Fala krąży po Europie – fala upałów. Zdaje się, że wysokie temperatury pozostaną z nami na dłużej, przynajmniej dopóki odpowiednie rozwiązania systemowe nie zostaną wcielone w życie. Obserwując najróżniejsze strategie radzenia sobie z rekordowymi upałami i zazdroszcząc niemiłosiernie osobom, które posiadają w okupowanych przestrzeniach klimatyzację, poszukuję własnej metody na przetrwanie lata. Ukojenie znajduję w przestawieniu się na tryb nocny – i wiem, że nie jestem jedyną osobą, która tak robi. W godzinach popołudniowych ulice świecą pustkami, a wraz z zachodem słońca i spadkiem temperatury z bloków i kamienic wypełzają udręczone i spocone kreatury przypominające ludzi. Ten dziwny stan, odmienny sposób funkcjonowania miasta, nasuwa skojarzenia zarówno z kulturami praktykującymi sjestę, jak i – przez nieustannie napływające alerty RCB – czasami pandemii koronawirusa.
Moje osobiste obserwacje nocnego życia w wypełnionym upałem mieście uzupełniane są przez konstatacje osób reżyserskich, których filmy prezentowane będą w sekcji Lost Lost Lost podczas tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego TAURON Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Osoby programerskie – Agnieszka Szeffel, Mariusz Mikliński i Mariusz Wojas – wypełniają powracającą co roku program sekcji kinem eksperymentalnym, gatunkowymi hybrydami i esejami filmowymi przeoczanymi wśród festiwalowych rozdań nagród. Przede wszystkim jednak zapraszają do innego doświadczania kina – niekoniecznie podążania za fabułą (która często jest tu znikoma), ale afektywnego przeżywania, zanurzania się w obrazach na ekranie, zatracania się w czasie i przestrzeni, wytwarzanym mikrokosmosie. O ile ja gubię się w porach upalnych dni i nocy, o tyle osoby twórcze wytyczają własne ścieżki postrzegania miejskiej przestrzeni. Prowadzą mnie przez zakamarki i obrzeża rzeczywistości, co nie znaczy jednak, że same nie pozwalają sobie na kontrolowane zagubienie.
Długie ujęcie na ulicę paryskiej dzielnicy Belleville. Spacerujący ludzie zasłaniają twarze maseczkami, unikają kontaktu z nieznajomymi. Chiński market zamyka się na noc, właściciel wyłącza światło, zasuwa rolety zabezpieczające. W tle słychać syreny ambulansu, alarmująca czerwień odbija się na fasadach budynków. Choć tytuł wskazuje, że „Noc się dłuży” (2023), w kolejnych obrazach miejskiej przestrzeni można się zanurzyć z przyjemnością.
Debiut pełnometrażowy Mathilde Girard, psychoanalityczki, pisarki i filmowczyni, uwiecznia na ekranie czasy pandemii koronawirusa, ale atmosfera melancholii i osamotnienia rezonuje niezależnie od trwającego lockdownu czy godzin policyjnych. Reżyserka miesza dwa pozornie niezwiązane ze sobą wątki, rozrzuca sceny, deformując czas filmowy – wydłużając krótką podróż taksówką i skracając kolejne doby wypełnione rutyną. Anne, młodą bohaterkę o kręconych ciemnych włosach, obserwujemy, kiedy ta spoczywa pod puchową kołdrą, zaparza kawę w kawiarce, odsłuchuje kolejne wiadomości głosowe albo czyta chasydzkie opowieści. Nie wiemy o niej za dużo, widzimy tylko wykonywane przez nią codzienne czynności. Czy jej odseparowanie wynika z pandemicznej izolacji, czy sama je wybrała, zmęczona kolejnymi prośbami pozostawianymi na poczcie głosowej przez znajomych? Kluczem do zrozumienia postaci staje się jej delikatny uśmiech. Pojawia się on wraz z włączeniem na telefonie nagrania, na którym nieznany mężczyzna lipsynkuje do piosenki Petuli Clark, „Le nuit n’en finit plus”: „Noc się nie kończy / I czekam na coś / Ale nie wiem, na kogo ani na co”.
Drugą bohaterkę, bezimienną, obserwujemy podczas nocnej podróży taksówką. Wraca ze szpitala, jest więc w pewnym stanie przejściowym, trochę liminalnym, być może na początku czegoś nowego. Cichym głosem konwersuje z taksówkarzem, obserwując przez okno nocny Paryż. Rozmowa dłuży się, z początku odrobinę niekomfortowa, z czasem obie osoby oswajają się ze sobą, zaczynają budować nową nić porozumienia. Kobieta wyjawia, że jest artystką, graficzką specjalizującą się w rysowaniu bukietów kwiatów, ale po urazie neurologicznym obawia się powrotu do pracy. Taksówkarz z kolei dzieli się refleksjami o swojej solidarności z osobami pracującymi ciałem jako mężczyzna, który w przeszłości również świadczył usługi seksualne. Wymiana urywków opowieści ze swojego życia zdaje się tymczasowym lekarstwem na samotność. To rozmowa z pokroju tych, które zapadną w pamięci bohaterów na dłuższy czas i o której przedłużenie prośba padnie na koniec filmu.
Dwie mikroopowieści, których reżyserka nie prowadzi według prostej osi fabularnej i które w zamian operują drobnostkami i detalami, zestawione zostają ze statycznymi ujęciami melancholijnych paryskich uliczek. „Noc się dłuży” nawiedza duch Chantal Akerman i choć niekoniecznie zaproszony przez samą Girard, z pewnością zostanie miło przyjęty przez nowohoryzontowiczów. Skojarzenie z twórczością belgijskiej reżyserki, szczególnie z jej „Wieściami z domu” (1976), przychodzi już po obejrzeniu pierwszych kadrów filmu. Pewna rozwaga, z jaką Akerman wybierała ustawienie kamery, subtelność poruszanych tematów i wyczulenie na ludzi, sylwetki, które łapie w swoim obiektywie, nieprzypadkowo zachwycają kolejne pokolenia widzek. Choć film Girard zdaje się mniej klarowny i przemyślany w porównaniu do arcydzieł belgijskiej artystki, to ta wrażliwość i delikatność w podejściu do otaczającego miasta w podobny sposób ściskają za serce.
W środku nocy, gdy chodniki opustoszały, a światła lamp ulicznych migoczą, kreując przed oczami podejrzane sylwetki, nawet najbliższa okolica może się wydawać obca. Ta obcość nie wyzwala jednak wyłącznie strachu, ale także potencjał nowych spostrzeżeń i refleksji. To, co znane, otrzymuje magiczną i niepowtarzalną aurę, niemożliwą do zreprodukowania. Właśnie zachwyt miejską przestrzenią, tak odmienną po zmierzchu, wyczuwam w „Nocnym spacerze” (2023) Sohna Koo-younga. Niecała godzina monochromatycznych nagrań koreańskiej zabudowy bez dźwięku, bez tłumaczeń, uzupełnionych poezją i abstrakcyjnymi rysunkami jest próbą uchwycenia tego stanu, w jaki wprawia przechadzka miejskimi ulicami późną porą. To przedziwna mieszanina niepokoju – w porównaniu do „Noc się dłuży” przestrzenie te pozbawione są przechodniów czy odgłosów pojazdów, zostajemy więc sam na sam z prezentowanymi miejscami – i spokoju wynikającego z zachwytu otaczającym światem i naturą.
Nagrane w granatowej barwie krajobrazy są niemal nieruchome. Towarzysząca im cisza sprawia, że ujęcia przypominają nagrania z kamer monitoringowych. Paradoksalnie dzięki tej statyczności wzrok osoby widzowskiej przyciągają wiatr wprawiający kępki traw i korony drzew w powolny taniec, delikatne fale odbijające lśnienie księżyca w rzece i wreszcie koty, „niezależne” bardziej niż „bezpańskie”, z gracją wyznaczające swoje ścieżki między deptakami. Kadry uzupełnione zostały abstrakcyjnymi i nieoczywistymi rysunkami, szkicami autorstwa samego reżysera w podobnym niebieskim kolorze, dodając pewnej subiektywności obrazom miejskiej zabudowy. Jakbyśmy, oglądając film, znajdowali się w konkretnym umyśle, który na widok miasta oświetlonego przez księżyc przypomina sobie przeczytany fragment poezji, graficznie ozdabiając go według własnej wizji. Jest to więc nie tylko rejestracja otaczającego świata, ale także gest wytłaczania na nim swojego śladu, swojej wyobraźni.
Poetyckie wersy, które prowadzą nas przez kolejne trakty koreańskiego miasta, nie są zresztą przypadkowe. Pochodzące z czasów królestwa Goryeo i dynastii Joseon utwory są dziełem Seonbi, uczonych i konfucjańskich myślicieli. Ta tradycja, choć istotna dla kontekstu kulturowego i kolejnych filmów Sohna, nie jest jednak konieczna do odczuwania emocji tkwiących w słowach prezentowanych na ekranie. Zachwyt nad harmonią życia, podziw dla porządku wyznaczanego przez naturę i czerpania z każdego momentu istnienia są niezależne od kultury, w której dorastaliśmy. Opisy barw, tekstur w dotyku, zapachów roślin, dźwięków nocy uruchamiają zmysły, przenosząc nas na chwilę do rejestrowanej rzeczywistości – stajemy na miejscu kamery i zaciągamy się otaczającym powietrzem.
Film staje się przestrzenią kontemplacji, kinowej medytacji, niesie przyjemny chłód nocy po dniu upałów. Wyobrażam sobie, że słowa z utworów Seonbi mogłaby napisać główna bohaterka „Poezji” Lee Chang-donga, pokazywanej rok temu podczas retrospektywy koreańskiego reżysera na Nowych Horyzontach. Tam starsza kobieta, udręczona konfliktami swojego wnuka i otrzymaną diagnozą Alzheimera, znajduje ukojenie w poetyckiej twórczości, skupieniu na danym momencie i ukrytym, choć możliwym do znalezienia wszędzie ‒ jeśli tylko się rozejrzymy ‒ pięknie. Może w tej subiektywności odczuwania cielesnego, afektywnego, a jednocześnie uniwersalnego tematu drzemie właśnie urok „Nocnego spaceru”?
Murilo Salles zaczyna swój dokument od wprowadzenia kontekstu historycznego: do zatoki Guanabara Portugalczycy przybyli w 1502 roku, nazywając skolonizowaną przestrzeń Rio de Janeiro, „niebem na ziemi”. Ta utopijna nazwa, skonfrontowana z przeszłymi i obecnymi doświadczeniami rdzennej ludności, której życie uległo „intensywnemu upodleniu”, brutalnie weryfikuje idealistyczną wizję. Ten kontekst narzuca punkt widzenia, z jakiego będziemy oglądać kolejne nagrania, pamiętając o systemowej nierówności i doświadczanym wyzysku, ze świadomością, że znajdujemy się na ziemiach brutalnie odebranych miejscowym.
„Zatoka” (2021) składa się z ośmiu segmentów, każdy kolejny dotyczy innego obszaru stanu Rio de Janeiro widzianego oczami mieszkańców – konkretnych osób, grup czy nawet zwierząt. Salles skutecznie zaciera granice między ludzkim i nieludzkim, tworząc obraz natury składającej się z całego spektrum istnień. W pierwszej części dźwięki wydawane przez pracowników fabryk, płynące z oglądanych przez nich w wolnym czasie telenoweli i używanych przeraźliwie hałasujących maszyn współtworzą organiczną melodię, niemalże uwerturę dla kolejnych minut filmu. Ludzie, ich praca i ich odpoczynek, a także otaczające ich przestrzenie współgrają ze sobą, wzajemnie się uzupełniają. Ta spójność zdaje się niezwykle istotna w tym portrecie Rio de Janeiro.
W kolejnych segmentach Salles przygląda się codziennemu życiu, kamera podgląda wykonywaną przez mieszkańców rutynową pracę, ich warunki życia, brazylijskie przestrzenie, domy i uliczki. Czasem historie te nie są podporządkowane harówce za najmniejsze wynagrodzenie – na przykład bogata dźwiękowo sekwencja kraba znajduje swoje odbicie w nagraniu mężczyzny z wyspy Governador, który tworzy jednoosobowy samolot ze znalezionych puszek. W tle zapętla się zremiksowany głos z radia, który stanowi pewnego rodzaju manifest artysty-twórcy samolotu. Bohaterowie „Zatoki” rzadko wypowiadają słowa – ich myśli wyrażane są przez towarzyszące im muzykę, dźwięki czy nawet emisję radiową.
To, co w „Zatoce” najbardziej urzeka, to momenty wspólnej egzystencji społeczności, ale też bezpiecznej prywatności ‒ chwile, kiedy oglądani bohaterowie znajdują wytchnienie po dniu (bądź nocy) pełnym pracy: ognisko sąsiadów z uboższych dzielnic São Gonçalo, rozkładanie leżanki w salonie fryzjerskim, połowy ryb w blasku księżyca, targi, na których mieszkańcy się spotykają, a także moja ulubiona sekwencja z mężczyzną z Niteroi, który kładzie się na łóżku z odgrzaną w mikrofali zapiekanką i ogląda operę mydlaną – przypominając tym samym, że tak zwany bedrotting praktykowany jest niezależnie od wieku, klasy czy płci na każdej szerokości geograficznej.
Uwagę przykuwa też scena pod koniec filmu, w centrum handlowym, gdzie sprzątaczka, rdzenna kobieta, wyraźnie wyróżnia się na tle otaczających ją uprzywilejowanych rodzin, par, grup. To właściwie jedyny moment, w którym w „Zatoce” ukazany jest kontrast między żyjącymi w Brazylii społecznościami. Salles ponownie przypomina, że komfort pewnych, często białych jednostek okupiony jest pracą innych – tych, do których zatoka pierwotnie należała. Kamera często koncentruje się na dłoniach wykonujących powtarzalne, rytualne wręcz czynności: zbieraniu krabów w namorzynach, skrobaniu małży z filarów mostu, naprawianiu sieci rybackich czy zaplataniu włosów. Poprzez uchwycenie esencji fizycznej pracy film staje się niemal uniwersalnym hymnem o ludzkiej odporności. Reżyser uwidacznia niewidzialną siłę roboczą, kluczową dla funkcjonowania na obrzeżach brazylijskiego „cudu gospodarczego”.
Widoki na morze, na wydobywające się z niego wschodzące słońce, po chwili oświetlające przycumowane statki i nadmorskie budynki, zachwycają swoją malowniczością, dla rdzennych mieszkańców są jednak codziennością i sygnałem o innym znaczeniu. Noc, w czasie której mogli chwilę odpocząć, spędzić czas z bliskimi, ze swoją społecznością, dobiega końca. Zaczyna się kolejny dzień, a wraz z nim praca w wysokiej temperaturze lata. Widząc pot na skórze mieszkańców kolejnych obszarów Rio de Janeiro, oddycham z ulgą, że po upalnym dniu przychodzi ochładzająca i oczarowująca noc.
W mroku paryskich uliczek, koreańskich przedmieść i brazylijskiej zatoki odnajduję nowe sposoby partycypowania w miejskiej infrastrukturze. Niewątpliwie zawdzięczam to specyfice filmów z sekcji Lost, Lost, Lost, które pozwalają na zmysłowe zanurzenie się w obrazie i dźwięku, cielesne odczuwanie zamiast podążania za akcją. Nagrzane po całym dniu asfaltowe chodniki zachęcają do nocnego spaceru, prowokują do odmiennej percepcji znanych zakątków przez pryzmat filmowych ujęć.