W „Urodzinach” Weronika Murek przedstawia historię Jagi Babażyny, starzejącej się aktorki, narzekającej na ciągłe zmęczenie, poczucie bezsensu, wypalenie zawodowe, przekonanej o tym, że jej potencjał nigdy nie miał okazji w pełni rozkwitnąć – czy to na scenie, czy to w życiu prywatnym. Powieść w nietuzinkowy sposób opowiada o życiu w zawieszeniu – między jutrem a wczoraj, między młodością a starością.
W życiu głównej bohaterki pojawia się tajemnicza Rodzina, która uparcie krąży w okolicach domu Jagi; nachodzą ją także niepokojące dzieci, które snują się w sąsiedztwie w nocy. Ma się wrażenie, że są nieteraźniejsze, obecne tylko w jakimś stopniu, ale mimo wszystko całkiem dezorganizują życie głównej bohaterki. Głównym źródłem grozy w „Urodzinach” są zatem widma. Robią one coś, do czego nigdy nie posunie się żaden śmiertelnik – potrafią zaburzyć temporalny i osobisty wymiar codzienności Jagi. Nachodzące na siebie różne momenty czasowe i obecności innych istot tworzą trudny do zniesienia asamblaż – życie Babażyny nagle staje się kompozycją tworzoną z elementów obcych, wniesionych do domu przez dzieci-widma: „Jej dom jest brudny, bo nie podlega jej kontroli, a pod jej nieobecność przeobraża się w coś, co jest czyste, lecz cudze” (s. 123). Trudno kobiecie się przed tym bronić, zwłaszcza że ani policja, ani sąsiedzi raczej nie biorą na poważnie jej historii. Fascynujące jest to, że obecność widm, owszem, budzi niepokój, ale wcale nie intensyfikuje atmosfery grozy, nie zbliża „Urodzin” chociażby do konwencji gotyckiego horroru. Ba, takie rozwiązanie fabularne wręcz eksponuje egzystencjalny dramat starzejącej się samotnej kobiety, sparaliżowanej temporalnie, jakby w poczuciu, że jej pojedyncze życie chyli się nad skrajem skończoności, nawiedzonej przez widmo Rodziny, której nigdy tak naprawdę nie miała. Życie w zawieszeniu między mglistym wspominaniem wczoraj a jakąś niemrawą antycypacją jutra jedynie wzmaga anachroniczny koszmar Jagi.
Życie Babażyny wypadło z kolein: po szekspirowsku jej czas wypadł z ram, stał się out of joint, codzienność oderwała się od spoiwa. Protagonistkę poznajemy w momentach tracenia jej własnej swoistości – jesteśmy świadkami personalnego rozpadu, tożsamościowe połączenia zrywają się raz po raz. Ma się wrażenie, że jej świat – to z kolei po borgesowsku – został skażony horroroidalnym snem. Najlepiej ten stan obrazuje rozmowa z lekarzem, kiedy Jaga opisuje Rodzinę: „Oczywiście wie, że nie są realni. Depersonalizacja. Derealizacja […] Nie, to nie są wizje, Jaga pilnuje słownictwa. Nie chce mówić o tym, że widzi rzeczy, których nie ma. Mówi, że doświadcza czegoś w rodzaju snu poza snem” (s. 190). Doskonale widać tu zagrożenie płynące z interwencji dzieci-widm: budzą one grozę, bo nie sposób ich poznać i dokładnie określić, można ich wyłącznie doświadczać, i to na ich warunkach. Dlatego Babażyna zostaje wyrugowana ze spokojnej i z racjonalnie pojmowalnej rzeczywistości, co w konsekwencji kwestionuje jej autonomię, w tym również możliwości samego postrzegania, rozumienia i czucia. Dość kłopotliwa sytuacja, zwłaszcza że kobieta kryguje samą siebie – wie, że stoi przed arcytrudnym zadaniem, no bo jak zracjonalizować nieracjonalne w taki sposób, by nie narazić się na komentarz, drwinę czy zaszufladkowanie? Babażyna najbardziej boi się osunąć się w śmieszność, dlatego teatralnie maskuje swój dramat. Mogłaby sparafrazować Conradowskiego Kurza i wykrzyknąć lekarce: „Blaga, blaga, blaga”, byleby tylko uciec od prawdziwego widmowego, niepojmowalnego, sennego koszmaru. Warto przy okazji dodać, że Murek bardzo udanie rozkłada sieć kontekstów – paranoiczne przeploty rzeczywistości i snu można wydźwignąć przecież z klasycznych dramatów Calderóna, z tą różnicą, że we współczesnej Polsce nie żyją hipogryfy, a na wiosnę nie kwitną magnolie. W „Urodzinach” i świat jest teatrem, i życie jest snem.
Dzieci-widma podważają autonomię Jagi. I to nie tylko pod względem możliwości poznawczych. Wkroczenie ich do domu to przejaw wielokrotnego nawiedzenia: przez to, co minione (Jaga zaczyna przeczesywać dokumenty i inne źródła, szukając jakichkolwiek informacji na temat dawniejszych lokatorów czy chociażby właścicieli ziemi), oraz przez to, co potencjalne i nigdy niespełnione. Warto skoncentrować się na tym drugim rodzaju nawiedzenia. Widmowa Rodzina pojawia się również w teatrze, dzieci wraz z tajemniczym mężczyzną snują się za Jagą jak paranormalny symptom jakiejś wersji jej własnego życia. I to właśnie ta fantomowa niezrealizowana rzeczywistość przejmuje kontrolę nad prawdziwą rzeczywistością aktorki. Czy ta Rodzina mogłaby być jej rodziną, gdyby nie przeżywała życia po swojemu? A może to projekcja niespełnionych oczekiwań albo jakaś paranoiczna internalizacja tradycyjnych norm społecznych (wskazujących, że kobieta musi założyć rodzinę), albo widmo wypartego życia przez wybory zawodowe?
Takie pytania prowadzą Jagę do kolejnego rozpadu. Kolejnego odrywania swoistości. I na tym polega właśnie najtragiczniejsze nawiedzenie: w życiu Jagi pojawia się widmo nigdy nieprzeżytego życia, i to ono kompletnie destabilizuje teraźniejsze życie, które przyszło wieść Jadze. Temporalny dramat, zapowiedziany już na samym początku powieści: „Potencjalność jest przekleństwem” (s. 14). Mówiąc jeszcze mocniej, potencjalność unicestwia dobrze znane życie Babażyny. Co interesujące, przecież to właśnie potencjalność najbardziej fascynowała kobietę na początku jej przygody z teatrem, kiedy to „Życie rozchyliło się na moment. Ukazało inne możliwości” (s. 37). Na koniec jej kariery aktorskiej to, co miało być fascynującym zaproszeniem w nieznane, stało się wypaczeniem, asynchronicznym horrorem. W ujęciu Murek potencjalność jest faktycznie przekleństwem: u progu dorosłości to raczej zapowiedź i szansa, „rozchylenie się życia” na wielość scenariuszy, jednak starzejąca się Jaga widzi ją jednak zgoła inaczej, ostatecznie bowiem ulega widmom, jej indywidualność osuwa się w cień, a jej własne życie coraz częściej zamienia się w asynchroniczną i cudzą historię: „Uchyliła im życia, więc weszły; są wszędzie” (s. 239). Przejście między tymi dwiema wartościami jest alegorią przemijalności, z którą musi pogodzić się protagonistka „Urodzin”.
Im boleśniej rozpada się „ja”, tym dramatyczniej Jaga krzyczy ze sceny „Kim jestem?”. Na ślady filozofii egzystencjalizmu wskazywał Dariusz Żółtowski w recenzji dla „Twórczości”, akcentując motywy bezsensu istnienia czy aluzje do Alberta Camusa. Myślę, że warto podjąć intertekstualne wyzwanie „Urodzin” i spróbować odpowiedzieć na to pytanie – kim jest Jaga Babażyna? Nie chcę rozstrzygać, czy aktorka to medium, czy raczej jakaś warszawska Baba Jaga, którą można postraszyć dzieci sąsiadów albo stażystów w teatrze. Załóżmy coś wręcz przeciwnego – Jaga to po prostu marudna, zmęczona, samotna kobieta, która cierpi na egzystencjalne mdłości. Tak jak Antoine Roquentin – bohater „Mdłości” Sartre’a – opisywał z początku życie markiza de Rollebona, by porzucić ten dziennik historyczny na rzecz rozważań na temat zagadkowości i absurdalności własnego bytu, tak Jaga Babażyna – z zawodu przecież profesjonalna aktorka – najpierw odgrywa zadawane role, by potem skoncentrować się już wyłącznie na samej sobie, coraz bardziej tracąc podmiotową integralność i mając coraz większą pewność, że prawdziwy świat jej się wymyka. W interesujący sposób Murek przetwarza klasyczny topos theatrum mundi, wskazując, że teatr to przestrzeń graniczna między iluzją a prawdą, albo inaczej, między światami, między doczesnością a potencjalnością, scena natomiast to metonimiczny obraz rozpadu tożsamości Jagi, miejscem rozmycia jej podmiotowości. Zresztą wybór teatralnego imaginarium można też odczytać jako literacką aluzję do koncepcji Ervinga Goffmana i zastanowić się, co się dzieje, gdy istnienie jednostki zbyt radykalnie będzie sprzężone z odgrywaną rolą społeczną, zwłaszcza gdy te normy nagle materializują się w postaci widma Rodziny.
Jeśli Roquentin widział zamiast ławek, ogrodzenia i trawnika jedynie potworne, miękkie masy, które straszą obsceniczną nagością bez ładu i składu, oderwane od lakieru i pozoru, to Jaga postrzega swoje życie jako momenty odrywania się od samej siebie i innych ludzi, zaczyna doświadczać przygodność bezsensownej egzystencji, dla niej osobiście wielce przerażającej. To są mdłości, albo jeszcze inaczej – duszności, wszak Jaga uchyliła swojego życia widmom. Idźmy tym egzystencjalnym tropem – Sartre wskazuje wśród wymiarów postrzegania ciała wskazuje: ciało-dla-siebie (doświadczane intuicyjnie) oraz ciało-dla-innego (w tym wymiarze ciało jest oglądane oczami innego człowieka), a także ciało oglądane jako przedmiot z perspektywy własnego bytu. We wszystkie wymiary wpisane są nieuniknioność, przypadkowość i skończoność. W powieści Murek ciało też jest wielowymiarowe: ciało Jagi oglądane chociażby w lustrze, ciało Jagi oglądane na scenie, ciało Jagi widziane oczami obcych bytów, które nagle pojawiły się w jej życiu, i co ciekawe, we wszystkich tych aspektach dochodzi do głosu aspekt skończoności, przypadkowości i pewnej wariantywności (chociażby przez sam fakt odgrywania postaci). W takim razie „ja” trudno doświadczać bezpośrednio, zawsze jest to pewien kompromisowy rezultat na styku różnych perspektyw. Ciężko też dokonywać introspekcji, skoro dostęp do jakiejś podstawowej jaźni w przypadku głównej bohaterki „Urodzin” został już utracony. Zwłaszcza że z czasem staje się obca, również dla samej siebie: „To nie oni ją prześladują, to ona jest ich marą” (s. 125).
Owszem, Jaga bardzo chce poznać samą siebie, ale musi się pogodzić z niepoznawalnością – a przemijanie wcale w tym nie pomaga, wręcz przeciwnie, narzuca perspektywę, że „ja” z przeszłości jest już tylko właśnie wspomnieniem, marą, na którą patrzy ktoś zupełnie obcy czy raczej ktoś starszy. Pozostaje pytanie – czy aby wiedzieć, „Kim jestem?”, najpierw musi dowiedzieć się, kim są dzieci-widma i czego tak naprawdę chce Rodzina? Czy to zmaterializowana tęsknota za nie-swoim życiem? Za tym wariantem rzeczywistości, która przez lata była egzorcyzmowana w niebyt?
Mdłości i duszności Babażyny prowadzą do utraty poczucia bycia w świecie (można zapytać – w jakim świecie? bo przecież jest on coraz bardziej cudzy), do wrażenia odizolowania i odosobnienia, niemożliwości uchwycenia najprostszych i najoczywistszych znaczeń wspólnego świata – chociażby w samej pracy, kiedy Jaga pyta (w istocie pytając i o siebie, i o odgrywaną postać), kim ona jest, co właściwie powiedziała i do kogo należy ten głos. W ten naprawdę bardzo przejmujący sposób Murek zakodowała historię o starzeniu się, o odchodzeniu w niebyt, o przemijalności, wreszcie – o ustępowaniu miejsca w swoim-już-nie-swoim życiu. „Urodziny” opowiadają o temporalnej tektonice, wywołującej masywne drżenie w nieświadomości – robią to w sposób niebanalny, pozbawiony psychoanalitycznego żargonu.