Nr 15/2026 Na dłużej

Dla oczu i dla podniebienia

Błażej Ciarkowski
Literatura Fragment

Wystrój jadalni był równie ważny jak jakość samych posiłków. Jadalni, a nie stołówki! Już samo słowo „stołówka” przywodziło na myśl zakładową jadłodajnię, gdzie na wyszczerbione talerze rzucano chochlą przypaloną kaszę polaną burą zawiesiną, która miała imitować gulasz. A więc wystrój jadalni powinien wpływać dodatnio na samopoczucie wczasowiczów i uprzyjemniać im posiłki. Warto zapewnić jak największe okna wychodzące na szczególnie malowniczy fragment krajobrazu. Jeśli to możliwe, należy zapewnić gościom możliwość skorzystania z tarasu. Wnętrze jadalni, obok podstawowego i niezbędnego wyposażenia, powinno być dekorowane elementami rękodzieła, mozaikami, metaloplastyką lub innymi pracami plastycznymi podnoszącymi poziom jego estetyki. Złośliwi mawiali, że jedynym celem tych wszystkich zbędnych ceregieli jest odwracanie uwagi wczasowiczów od tego, co na talerzu. Ale przecież nie tylko ciało potrzebuje kalorii. Umysł też ma swoje potrzeby. Należy karmić go wiedzą i doznaniami natury estetycznej. Czy nie przyjemniej spożywa się posiłki, gdy za oknem rozciąga się wspaniały widok na naturalny krajobraz, a na ścianie obok wzrok przyciąga mozaika stworzona rękami artystów plastyków? Gdy w czasie kolacji towarzyszą nam rzeźbieni w drewnie górale lub wycięte z blachy ryby morskie?

Architekci projektujący sanatoria i ośrodki wypoczynkowe bardzo często współpracowali z artystami, którzy dekorowali wnętrza pomieszczeń ogólnodostępnych, takich jak hol, jadalnia czy świetlica. Im większym budżetem dysponował inwestor, tym więcej dzieł współczesnych twórców mogli podziwiać wczasowicze i kuracjusze. Pojawiały się wśród nich zarówno nazwiska o lokalnej rozpoznawalności, jak i prawdziwe gwiazdy rodzimej plastyki – od Krystyny Strachockiej-Zgud, przez Kazimierza Fajkosza, po Bolesława Chromego. Tak skomponowany jadłospis dla ducha był w stanie zaspokoić estetyczne potrzeby nawet najbardziej wybrednych. A gdy do tego dodano jeszcze pieczeń rzymską lub duszoną wołowinę w sosie własnym…

Nawet najbardziej wyrafinowane rozwiązania architektoniczne i artystyczne nie miały szans w starciu z bezwzględną logiką piramidy Maslowa. Wytyczne opublikowane w 1951 roku przez CRZZ zalecały, by wczasowe posiłki zaspokajały dzienne zapotrzebowanie kaloryczne szacowane na ponad cztery tysiące kalorii. Gdy ciało wczasowicza posiliło się barszczem zabielanym lub potrawką cielęcą, a do tego dostało na deser kisiel żurawinowy, wówczas duch mógł do woli rozkoszować się kompozycjami plastycznymi na ścianach jadalni. Jeśli jednak kotlet na talerzu zaledwie przypominał sznycla, a w zupie jarzynowej smętnie pływał jeden mały kawałek kalafiora, wówczas największe cuda świata sztuki nie byłyby w stanie udobruchać wczasowicza, który narzekał, że pieniądze poszły na jakieś świecidełka, figurki i obrazki zamiast na porządne jedzenie.

Okładka książki „Remontownia. Ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u” Błażeja Ciarkowskiego. Przedstawia modernistyczny budynek sanatoryjny na tle zielonych wzgórz, z plenerową szachownicą na pierwszym planie.

W Jaszowcu było jedno i drugie. Pokój, Sasanka czy Barbara karmiły dobrze, a o jakość wnętrz zadbali architekci Jerzy i Zygmunt Winniccy, Seweryna Kasztelaniec oraz artyści z Pracowni Sztuk Plastycznych w Katowicach. I tak w kawiarni zlokalizowanej w obrębie centrum usługowo-handlowego akcenty plastyczne zaprojektowali artyści plastycy: Ryszard Twardoch, Zygmunt Lis i Bolesław Nowicki. Neony, które rozświetlały nocą dolinę potoku Jaszowiec, projektowała Amelia Sas, a tkaniny do wnętrz poszczególnych domów wczasowych były dziełem Anny Góreckiej. Nie narzekali także goście jaszowieckiego ośrodka wypoczynkowego ZNP, bo u nauczycieli zawsze karmiono dobrze. Mogli zatem w spokoju, gdzieś pomiędzy pierwszym daniem a drugim, spoglądać na barwną mozaikę przedstawiającą dziewczynkę z latawcem. Nie inaczej było w Jastarni, w Posejdonie, u górników z kopalń Knurów, Paweł i Pokój. Każdego dnia sezonu trwającego od czerwca do września trzystu wczasowiczów spoglądało na raki, ryby i dziwne stworzenia przypominające nieco prehistoryczne trylobity – wszystko wycięte z tłoczonej, delikatnie błyszczącej blachy aluminiowej. Stanowiły one element dekoracyjnej ściany-parawanu zasłaniającej wejście do kuchni. Zza blaszanego podmorskiego krajobrazu wyłaniały się kelnerki z parującymi wazami pełnymi zupy mlecznej (rano), półmiskami kotletów pożarskich (w porze obiadowej) czy dzbankami herbaty (późnym popołudniem). Po kolacji wielu wczasowiczów nie szło prosto do pokojów, lecz kierowało się ku świetlicy, gdzie stał telewizor. Za nim, na ścianie, pływało kilka blaszanych fląder, które najwyraźniej nie zmieściły się w jadalni. 

Posejdon, dzieło architekta Daniela Olędzkiego i duma górniczej braci z Knurowa, Pawła oraz Pokoju, był jednak wyjątkiem wśród nadmorskich ośrodków. Nad Bałtykiem nieczęsto dekorowano obiekty pracami artystów plastyków. Do rzadkości należały takie sytuacje jak ta w Jastarni, gdzie barwną mozaiką ze stłuczki szklano-fajansowej pokryto nie tylko ściany klatki schodowej obok recepcji, ale także fragmenty jadalni i świetlicy. Z kolei w Kątach Rybackich, w Gwarku, którego jadalnia była wprawdzie pozbawiona jakichkolwiek dekoracji, ale za to nad głównym wejściem do ośrodka dumnie maszerował szereg wystrojonych na galowo górników. Przeważnie było jednak tak, jak w domu wczasowym Słoneczna w Ustce należącym do Zjednoczenia Przemysłu Węglowego – prosto i skromnie. Wczasowicze podczas posiłków mogli jedynie gapić się w talerze lub okna, za którymi rozpościerał się sosnowy las. Tak samo było w Łebie, Dźwirzynie lub Krynicy Morskiej. Czy północna Polska znajdowała się zbyt daleko od zakładów ceramicznych w Łysej Górze, gdzie powstawała większość mozaik, którymi tak szczodrze dekorowano ośrodki wypoczynkowe w Beskidach czy Pieninach? A może po prostu uważano, że proste pawilony w Łebie czy Ustce nie są warte takiego zachodu oraz dodatkowych kosztów? Albo stwierdzono, że długie wakacyjne dni należy spędzać na świeżym powietrzu, wdychając jod i łapiąc całym ciałem promienie słońca, a nie siedzieć w świetlicach i kawiarniach? Tak czy inaczej, jeśli ktoś, wybierając się na wczasy, liczył na to, że ośrodek wypoczynkowy dostarczy mu, poza wszelkimi innymi, także doznań estetycznych, powinien był kierować się na południe Polski.

Weźmy na przykład sanatorium Budowlani w Krynicy. Związek Zawodowy Pracowników Budowlanych wzniósł w 1972 roku budynek niemający sobie równych w całym uzdrowisku (a może i w całych Pieninach?). Masywna bryła wbita w stok Góry Parkowej mogła jednorazowo ugościć aż dwieście osób. I to ugościć w komfortowych warunkach! Do tego piękne ceramiczne płytki na ścianach klatki schodowej, efektowny ni to żyrandol, ni to świecąca rzeźba w duszy schodów i pływalnia o ścianach pokrytych barwną mozaiką przedstawiającą coś, co personel określił mianem „glonów”. A w ogromnej jadalni malowane na drewnie formy, na poły abstrakcyjne, na poły przypominające malowidła z Lascaux. Autorami części tych wspaniałości była para wybitnych warszawskich artystów – Gabriel i Hanna Rechowiczowie. 

[…]

Nie każdy mógł sobie jednak pozwolić na zatrudnianie uznanych plastyków z Warszawy. Czasem, z braku innych możliwości lub w wyniku świadomego wyboru, trzeba było zatrudnić lokalnych twórców. Nie musiało to wcale oznaczać, że dekoracje robił miejscowy cieśla specjalizujący się od małego w rzeźbieniu kozikiem Pon Jezusicków Frasobliwych, chociaż i takie rzeczy się zdarzały. Wówczas, zupełnie przypadkiem, wytwarzało się interesujące napięcie między nowoczesną architekturą ze szkła i betonu a ludowym rękodziełem. Kuracjusze, którzy przyjechali do sanatorium Diament, jednej z modernistycznych „piramid” w ustrońskim Zawodziu, siorbali cienką, dietetyczną zupkę, zerkając na juhasów i harnasiów tańcujących na wielkim drewnianym reliefie. Od samego patrzenia człowiekowi zachciewało się oscypków, kwaśnicy, śliwowicy i wszystkiego, co niezdrowe, ale jakże smakowite. Inaczej było w domu wczasowym Centralnego Związku Spółdzielczości Pracy Harnaś w Bukowinie Tatrzańskiej. Tam nikt nie musiał trzymać diety, a kuchnia nieraz podejmowała wysiłek, by do menu zawitały „lokalne” specjały: placki po zbójnicku czy właśnie kwaśnica. O lokalność zadbali także architekci, którzy pod sufi tem jadalni rozmieścili drewniane belki (chociaż strop był żelbetowy), a do tego zawiesili rzeźbione łyżniki. Ponadto jedną ze ścian udekorował „chłopak stąd”, góral z Poronina, Józef Galica. Praca nosiła tytuł Tańczący harnaś i składała się z setek otoczaków wydobytych z tatrzańskich strumieni i przytwierdzonych do muru stalowymi trzpieniami. Goście, którzy zaczynali turnus i przychodzili na pierwszy posiłek, uważnie badali wzrokiem kompozycję. Niektórzy kiwali głowami z wyrazem twarzy sugerującym, że oto pozostali wczasowicze mają do czynienia z wytrawnym znawcą sztuki, człowiekiem światowym i oczytanym. Nawet oni nie byli jednak w stanie odnaleźć choćby kawałka tytułowego harnasia w abstrakcyjnym układzie kamieni. A zresztą, kto by się przejmował sztuką nowoczesną, skoro przez szerokie, wypełniające całą ścianę pomieszczenia okna można było podziwiać panoramę Tatr. I dzieło żadnego artysty, choćby był z Zakopanego czy z samiuśkiej Warszawy, nie mogło się z tym widokiem równać. 

Ale przecież pejzaż morski jest równie piękny co górski! Fale, niebo, zachody i wschody słońca nad Bałtykiem urzekają nie mniej niż poszarpane sylwety tatrzańskich grani. Mimo to praktycznie nie sposób znaleźć ośrodka wypoczynkowego czy sanatorium, z którego okien można by podziwiać polskie morze. Pierwszą (i najważniejszą) przyczyną takiego stanu rzeczy jest wiatr. Nie można zatem budować przy samej plaży, bo wiatr. Należy pozostawić szeroki pas zieleni, bo wiatr. Dobrze, jeśli budynek ustawiony jest prostopadle do linii brzegowej, bo wiatr. Tak przynajmniej zalecała architektka Halina Gurjanowa, autorka publikacji dotyczącej nadmorskich ośrodków wypoczynkowych. Zapewne miała rację, bo mało który wczasowicz chciałby spędzić dwa tygodnie w wiecznym przeciągu. Z drugiej strony, cóż to za przyjemność widzieć z okna balkony sąsiedniego ośrodka zamiast morskich fal lub sosnowy las, który, jakkolwiek piękny, wygląda podobnie w całej Polsce. Jak miło byłoby wyjść na balkon i oddychając nasyconym jodem powietrzem, wypatrywać małych plamek statków i kutrów gdzieś pod linią horyzontu. Albo, popijając herbatę, podziwiać zachody słońca przez panoramiczne okna jadalni. W ten sposób można było wypoczywać w bułgarskich Złotych Piaskach czy na Krymie. A w Polsce jedynie w Kołobrzegu.

Ośrodek wypoczynkowo-profilaktyczny Bałtyk był z założenia flagowym obiektem Centralnej Rady Związków Zawodowych i nie miał sobie równych na całym wybrzeżu od Świnoujścia po Mierzeję Wiślaną. Lśniąca bielą i szkłem bryła została wzniesiona na skraju plaży, tuż obok kołobrzeskiego molo. Spacerujący po drewnianym pomoście turyści mogli podziwiać, jak w oknach budynku odbijają się migotliwe fale. Przez te same okna kuracjusze patrzyli z góry na spacerowiczów. Przestronne pokoje zaprojektowane zostały w przemyślny sposób, tak aby wielkie, zajmujące całą ścianę okna nie były zwrócone wprost na północ, ale nieco ukośnie. Dzięki temu łapały promienie zachodzącego słońca. W sztormowe dni wiatr walił w szyby tak mocno, że co bardziej strachliwi kuracjusze bali się o ich wytrzymałość, oczami wyobraźni widząc sanatoryjny pokój zalewany deszczem. Inni, stanowiący zdecydowaną mniejszość, potrafili odnaleźć przyjemność w obserwowaniu szarych, kłębiących się fal. Najwięcej było jednak takich, którzy utyskując na niepogodę, szli na zabiegi, do świetlicy lub kawiarni. I pocieszali się, że mieszkańcy sanatoriów ukrytych za pasem nadmorskiej zieleni wcale nie mają lepiej, a oni przynajmniej mogą cieszyć się wspaniałą kawiarnią i jadalnią. O tak, kawiarnia i jadalnia w Bałtyku to było coś! Drugich takich nie miał żaden ośrodek nad polskim morzem.

Fragment książki Błażeja Ciarkowskiego „Remontownia ciał i dusz. Damy wczasowe i sanatoria w PRL-u”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne. Wydawcy dziękujemy za współpracę.