– Zastanawiam się, czy na Litwie zaczyna się Północ – powiedział w pewnym momencie Witek, nieświadomy jak doskonale wpisuje się w marszrutę moich dociekań. – Mam na myśli ornitologiczny punkt widzenia. Wystarczy sprawdzić, które z północnych gatunków się tam lęgną. Łęczak, kwokacz, biegus zmienny, siewka złota, edredon… Na tej samej zasadzie, wedle której Południe zaczyna się na Słowacji, bo lęgną się tam gatunki typowo południowe: orzeł cesarski, głuszek i kobczyk.
Na Litwę wjechaliśmy w środku nocy, mijając puste wsie i miasteczka. W oknach domów nie paliło się światło, po chodnikach nie snuły się wieczorne zjawy. Na zacumowanej nieopodal stawów rybnych barce zameldowaliśmy się sami, właściciele po prostu zostawili nam klucz w drzwiach.
Światło, ludzie i ptaki wróciły dopiero następnego poranka, gdy zażyczył sobie tego demiurg skowronek.
***
Czy na Litwie zaczyna się Północ? Odpowiedzi na to pytanie postanowiłem poszukać u Czesława Miłosza, zapatrzonego w świat przyrody człowieka z tych stron. Choć liczba noblistów w moich rozważaniach stawała się przytłaczająca, sięgnąłem po Dolinę Issy, bo nikt nie opisał tutejszych krajobrazów tak efektownie jak on.
Można lasami podróżować tu długo, nigdy nie nużąc oczu, bo, jak ludzie miasta, społeczeństwa drzew mają swoje niepowtarzalne właściwości, tworzą wyspy, strefy, archipelagi, znaczone tu i ówdzie jakąś drogą z koleinami w piasku, leśniczówką, starą smolarnią, której rozpadające się piece obrosła roślinność. I zawsze w pewnej chwili jest z pagórka widok na niebieską taflę jeziora z białą, ledwo dostrzegalną plamką perkoza, ze sznurem kaczek ciągnących nad trzcinami. Na bagnach lęgną się tutaj masy błotnego ptactwa, na wiosnę na bladym tutejszym niebie trwa wracający seriami warkot, wa-wa-wa bekasów – taki dźwięk wydaje powietrze w sterach z piór, kiedy odprawiają swoje monotonne akrobacje oznaczające miłość.
„Dolina Issy” to najbardziej ptasia powieść, jaką znam. Świat jej bohatera, młodego Tomasza, naznaczony jest ich obecnością do tego stopnia, że literacki język miejscami brzmi jak godowa piosenka trznadla: „latem jaszczurki szmyrgają spomiędzy cząbrów”. Miłosz pisze o „wątłym warkocie i bełkocie cietrzewi”, o niepokoju gęsi, gdy wiosną i jesienią „zrywają się nieporadnie, chcąc wzbić się z dzikimi, które nawołują z wysoka”, o kaczorze ubranym we wspaniałe pióra, który „woli samotność niż nudę wylęgania jajek i opiekowania się młodymi”, o „przenikliwym kri-kri-kri” żołny, której echo niesie się między pniami brzóz.
Tytułowa Issa to zakamuflowana Niewiaża, jeden z głównych dopływów Niemna. Rzeka, nad którą poeta spędził dzieciństwo, przez wieki stanowiła granicę pomiędzy Żmudzią (krainą, z której, przypomnijmy, do delty Niemna przyleciała Rechocząca Łąka) a Litwą Górną. Podobała mi się myśl, że patyki ciskane w nurt przez paroletniego Czesia prędzej czy później trafiały tu, gdzie dotarłem. A potem, przedostawszy się przez wody laguny, wpadały do Bałtyku. Kiedy powieściowy Tomasz nauczył się już stawiać koślawe kulfony, w oprawionym w tekturę zeszycie stworzył własny atlas ptaków. Żołna, kwiczoł, orzechówka – wszystko wedle zasady, że „nazwać i zamknąć ptaka w piśmie to prawie to samo, co mieć go na zawsze”.
Pytanie o północny charakter lokalnej przyrody musiało dręczyć również Miłosza, bo odniósł się do niego w pierwszym rozdziale powieści. Jego zdaniem Litwa była raczej czymś pomiędzy Europą Środkową a Skandynawią. Krainą przejściową, niejasną i nie do końca dającą się zdefiniować:
Fauna jest tu mieszana, jeszcze niecałkowicie północna. Zdarzają się pardwy, ale są i kuropatwy. Wiewiórka ma zimą futerko szarawe, ale niecałkowicie szare. Są dwa gatunki zajęcy – jeden zwykły, który wygląda zimą i latem tak samo. Drugi, bielak, zmienia sierść i jest nie do odróżnienia od śniegu. To współistnienie gatunków daje materiał do rozważań uczonym, a sprawa komplikuje się jeszcze przez to, że, jak mówią myśliwi, zając zwykły ma dwie odmiany: polną i leśną, krzyżującą się czasem z bielakiem.
Spostrzeżenia poety znalazły potwierdzenie we współczesnych obserwacjach ornitologicznych. Kiedy ja moczyłem myśli w leniwym nurcie Issy, Witek, jak na fizyka przystało, szukał twardych danych w katalogu litewskiej awifauny.
– Łabędź czarnodzioby, bielaczek, drzemlik, piaskowiec, kwokacz, rzepołuch, jer – wyliczył. – To wszystko gatunki północne, których lęgi zdarzały się na Litwie, ale nigdy w Polsce. W niektórych przypadkach może chodzić o zamierzchłą historię, nawet sto lat wstecz. Mówimy o jednoznacznie potwierdzonym fakcie rozrodu.
Współcześnie północność Litwy potwierdza jedynie regularne gniazdowanie siewki złotej; dwie z nich dopiero co widzieliśmy o poranku.
– Dawniej tych gatunków było więcej i nie ma w tym żadnego przypadku. Te, które lęgły się na Litwie, ale nigdy w Polsce, to ptaki typowo północne – zawyrokował Witek.
Nakarmieni i napojeni kawą, przenieśliśmy dociekania na nowy grunt. Na mapie przylądek Ventė przypomina wypchany rybami dziób pelikana. Ma pięć kilometrów długości, dwa szerokości i, jak cały Zalew Kuroński, powstał kilka tysięcy lat temu w wyniku przekształceń linii brzegowej Morza Litorynowego. W średniowieczu wybudowano tu zamek i kościół, lecz morski żywioł nie miał dla nich litości. Dopiero gdy w XX wieku skonstruowano betonowe umocnienia z długim na ćwierć kilometra falochronem, udało się udobruchać niszczycielskie zapędy sztormów.
Ornitologiczny potencjał przylądka jako pierwszy odkrył sto lat temu tutejszy latarnik Mikas Posingis. Wiedział, że na Mierzei Kurońskiej, dwadzieścia kilometrów stąd, od 1901 roku istnieje Vogelwarte Rossitten, najstarsza na świecie stacja obrączkarska. Mierzeja jest miejscem wyjątkowego natężenia ptasich migracji, niektórzy twierdzą, że wręcz największego w tej części świata. Jesienią 1929 roku Posingis ściągnął na Ventė tamtejszych badaczy. Rok później na przylądku łapano już w sieci i obrączkowano migrujące ptaki, a jedną z osób, które to robiły, był wyszkolony do tego wcześniej latarnik. W pierwszej dekadzie obrączki założono ponad dwudziestu dwóm tysiącom ptaków, a w 1946 roku sam tylko Posingis miał już na koncie osiemdziesiąt cztery tysiące obrączek. Pod koniec lat pięćdziesiątych na Ventė zamontowano pierwsze stałe pułapki. Miały dwanaście metrów wysokości i czterdzieści szerokości, chwytały kilkanaście tysięcy ptaków rocznie. W 1978 roku postawiono jeszcze większą, dwudziestopięciometrową pułapkę wyposażoną w elektryczną wyciągarkę, dzięki czemu dało się ją złożyć na wypadek wichury. Potem dołączyła do niej druga taka sama. Obie są do dziś największymi tego typu urządzeniami na świecie. Obok nich znajdują się zabudowania stacji ornitologicznej i nieduże muzeum.
Na parking wjechaliśmy niemal równocześnie: my samo chodem, Vytautas Jusys na zdezelowanym rowerze składaku. Miał mocny uścisk dłoni i dużo się uśmiechał. Na szyi nosił branżową biżuterię – kolorowe pętle z metalowymi obrączkami w rozmiarach odpowiednich dla różnych rodzin ptaków. Porozumiewaliśmy się mieszanką angielskiego, rosyjskiego, polskiego i litewskiego. Szybko się zorientowałem, że mam przed sobą showmana, który doskonale wie, jak oczarować publiczność.
– W przyszłym roku zaobrączkuję swojego milionowego ptaka – powiedział na wstępie i tym samym jednoznacznie dał do zrozumienia, że to jego szukaliśmy.
Vytautas urodził się w Kazachstanie. Ptaki obrączkował już jako piętnastolatek, a od ponad czterdziestu pięciu lat pracował na Ventė, z czego ostatnią dekadę jako kierownik stacji. Przez cały ten czas właściwie nie ruszał się poza rejon delty Niemna. Udało mu się zobaczyć trzysta dwadzieścia siedem gatunków ptaków spośród czterystu dziewięciu stwierdzonych na Litwie. Miał na koncie piętnaście stwierdzeń nowych gatunków dla tego kraju; były wśród nich mewa ochocka oraz oknówka wschodnia – azjatycka jaskółka, którą Jusys zaobserwował jako pierwszy w całej Palearktyce Zachodniej, czyli krainie zoogeograficznej obejmującej Europę od Uralu po Azory, Afrykę Północną i część Bliskiego Wschodu.
– Ale wszystkie gatunki lubię tak samo! – dorzucił zaraz z rozbrajającą szczerością.
Uznałem, że to dobry moment, by wyjąć z plecaka przywieziony z domu prezent – szklaną wilgę. Wziął ją w dłonie i uważnie obejrzał, wodząc palcami po gładkiej powierzchni.
– Będzie pasować do kolekcji – stwierdził, a wilga bez jednego machnięcia skrzydłami pofrunęła do prowizorycznego awiarium, czyli kameralnego magazynu pełniącego funkcję sklepu z pamiątkami. Na grzędach półek siedziały tu już dziesiątki innych ptaków. Milczących, bo zaklętych w ceramikę albo drewno.
Na pytanie o poranną ciszę na jeziorze Vytautas wyjaśnił, że na tegoroczną migrację spóźniliśmy się o cały miesiąc.
– Gęsi leciały już od lutego, więc szczyt przelotów dawno minął. Przy tak ciepłych zimach jak ostatnie wszystko dzieje się o wiele wcześniej niż dotychczas. Ptaki czują, że klimat się zmienia, i na to reagują. Ale jeśli pokręcicie się po okolicy, coś jeszcze zobaczycie.
Zwiedzanie stacji z jej kierownikiem obejmowało obchód największej pułapki. Składała się z wielu sąsiadujących ze sobą i wykonanych z siatki stożków, gdzie każdy był mniejszy od poprzedniego. Koniec wieńczyła konstrukcja w kształcie równoległoboku. Niesiony wiatrem ptak, który znalazł się w środku, nie miał jak uciec. Zobaczyliśmy to na żywym przykładzie: w pułapce szamotał się pierwiosnek.
Vytautas wziął go z rąk współpracownika, a potem w lnianym woreczku przekazał praktykantce. Opatulona w grubą kurtkę dziewczyna siedziała nad szczegółowymi atlasami ptaków. Zważyła i zmierzyła zdobycz, oznaczyła wiek, wreszcie metalowymi cążkami nałożyła obrączkę na nogę. Wszystkie te informacje wraz z numerem opaski zapisała w rozbudowanej tabeli. Cały proces przypominał operację chirurgiczną na wyjątkowo drobnym i delikatnym stworzeniu. Na koniec Vytautas chwycił go między dłonie, ustawił się plecami do wiatru i puścił. Pierwiosnek czmychnął w niebo, być może złorzecząc przy tym całemu światu na nieszczęście, jakie go spotkało.
W pułapce cały czas coś się działo, więc zaraz przyszła moja kolej na zwrócenie komuś wolności. Szpak był ciepły, pod palcami czułem łomotanie maleńkiego serca. Chyba zbyt długo wpatrywałem się w jego czarne oko, bo zaczął się szamotać i tłuc dziobem na oślep.
– Już, już – popędził mnie Vytautas.
Wyprostowałem ramiona i uniosłem dłonie. Próbowałem zawrzeć w tym geście choćby odrobinę patosu, jaki pamiętałem z podobnych scen z dzieciństwa, gdy w telewizji pokazywano wypuszczanie gołąbków pokoju. Ptak w moich rękach był jednak czarny i jeśli niósł jakieś przesłanie, to było ono enigmatycznie szpakowate.
– Leć, leć przed siebie! – zawołałem, a on uciekł tak szybko, jak potrafił.
Fragment pochodzi z książki Adama Robińskiego „Faronauci. Dookoła Bałtyku”, która nakazała się nakładem wydawnictwa Czarne. Wydawnictwu dziękujemy za współpracę i udostępnienie fragmentu.