Nr 21/2021 Na teraz

Coś jeszcze powiedzieć?

Maciej Libich
Literatura

Choć napisałem to już w zeszłym roku, z radością się powtórzę: książki Macieja Miłkowskiego dają nadzieję, że polska literatura wciąż ma coś do powiedzenia, a w dodatku potrafi mówić w zajmujący sposób. Ten właśnie „sposób” widać było przede wszystkim w dwóch pierwszych tomach opowiadań Miłkowskiego – mocno postmodernistycznym „Wiście” (2014) i nieco mniej postmodernistycznych „Drugich spotkaniach” (2017) – a „coś do powiedzenia” – w powieści „System Sulta” (2019). Najnowsze prozy, zebrane w tomie „Trzeci dzień świąt” (2021), są idealnie wyważone między jednym a drugim. Zgadza się, przed wami kolejna laurka na cześć Miłkowskiego.

Żeby jednak nie przesadzić z komplementami, zacznę od kąśliwości, to znaczy od początkowego opowiadania, „Zmiany”, które spośród jedenastu zebranych w książce wydaje się najsłabsze. Prowadzone w charakterystycznej dla Miłkowskiego pierwszoosobowej narracji – a przypominającej wewnętrzny monolog – pozbawione jakichkolwiek opisów, ukazujące świat z perspektywy bohatera, opowiada o ostatniej wizycie pewnego stalkera u terapeutki. Jak to u Miłkowskiego bywa, ekspozycja rozwija się powoli, niczym w thrillerze, a clou utworu zostaje ujawnione z pewnym opóźnieniem, w związku z czym czytelnik głowi się przez jakiś czas, kto z kim rozmawia i dlaczego. Niemniej sama sytuacja narracyjna nie stanowi tym razem najważniejszej zagadki. Kluczowe jest rozwiązanie utworu: dręczyciel żony, choć sprawia wrażenie wyleczonego, wraca do swoich dawnych nawyków. Jakkolwiek mało przewrotny wydaje mi się ten plot twist, pewne jest, że terapia zawiodła, tytułowa zmiana, jaką przeszedł bohater, okazała się pozorna, a nadzieja na nowe, lepsze życie spełzła na niczym. To mocny komunikat: nie liczcie, że może być inaczej, że cokolwiek w świecie może się zmienić – mówi Miłkowski. Tego rodzaju pesymizm, również poznawczy, jest mu bardzo bliski, a widać go choćby we wspomnianym „Systemie Sulta”, w którym profesor filozofii musiał udowodnić (lub obalić) istnienie Boga, lecz w efekcie udowadniał (lub obalał) swoje własne.

Mimo to „Zmiana” doskonale obrazuje tematyczną rozpiętość całego zbioru, jego bohaterami są bowiem mężczyźni, którzy nie potrafią odnaleźć się we współczesności. Ich problemy dotyczą najczęściej relacji z kobietami, seksualności, rodziny, ale też – mówiąc ogólniej – ich roli w świecie, który zmienia się gwałtownie i zdaje się zostawiać wszystkich w tyle. Dlatego już na początku wita nas wspomniany stalker, a chwilę później poznajemy całe grono zagubionych ojców, natarczywych kochanków i nawet jednego pedofila. Miłkowski nie opisuje może społecznych wyrzutków, choć i tacy się tu trafią, ale z pewnością przegranych, a nawet przegrywów. Nie oznacza to jednak, że w jego oczach każdy mężczyzna jest w stanie powodować tylko cierpienie. Wręcz przeciwnie, jego bohaterowie chcieliby zachowywać się porządnie, tylko czasem nie umieją albo wychodzi im to w dość pokraczny sposób. Bywa i tak, że chcą zła, ale nawet ono w paradoksalny sposób wychodzi komuś na dobre, jak w „Fauście” albo „Mistrzu i Małgorzacie”. Na przykład bohater świetnego „Teledysku” podstępnie podszywa się pod kochanka swojej żony i zaczyna z nią pisać w jego imieniu, ponieważ chce zniszczyć nowo powstały związek. W pewnym momencie angażuje się jednak w relację i zaczyna działać na korzyść swojego przeciwnika. Miłkowski opisuje to z dużą dozą ironii, na pierwszy rzut oka wyśmiewając zazdrosnego męża, lecz w rzeczywistości pokazuje jego całkowite zagubienie. Bo czego tak naprawdę chce główny bohater? Uratować swoje małżeństwo? A może pogrzebać je na zawsze? Stać się kimś innym? Odmłodnieć? A może właśnie nie zmieniać w swoim życiu zupełnie nic?

Ironia u Miłkowskiego nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę, że jednym z najważniejszych pisarzy pozostaje dla niego Julio Cortázar, ale i amerykańscy postmoderniści, których wpływ widać najwyraźniej w jego wczesnych opowiadaniach. Jednak ani w „Systemie Sulta”, ani w „Trzecim dniu świąt” ironia nie burzy ram świata przedstawionego ani sensów tekstu, lecz raczej maskuje drugie dno opowieści, zwykle przygnębiające; humorystyczna warstwa utworu nie stanowi dla czytelnika obietnicy jakiegokolwiek oczyszczenia. Nie o grę tu więc chodzi, a przynajmniej nie o grę bez stawki. Bo można wyczyniać z literaturą najdziwniejsze harce – zdaje się mówić Miłkowski – tylko co to wnosi? Ten dylemat świetnie widać w opowiadaniu „Rozdział 6” (które naprawdę jest szóstym tekstem w książce, i to wkomponowanym dokładnie w środek tomu). Stylizowane na artykuł naukowy albo fragment biografii poświęconej samemu Miłkowskiemu wydaje się stereotypowym wręcz przykładem rozgrywki między pisarzem a czytelnikiem:

„Jedyną emocją, jaką kiedykolwiek odczuwałem w stanie czystym, jest rozpacz”, napisał przypuszczalnie na przełomie lata i jesieni 2018. Gdyby w tym nieco efekciarskim zdaniu zmienić wyraźnie przesadzone „kiedykolwiek” na znacznie bliższe prawdy „ostatnio”, to można by uznać, że dość trafnie opisuje ono ten trudny do scharakteryzowania, pozbawiony wyrazistych zdarzeń, ale paradoksalnie przełomowy okres w życiu krakowskiego pisarza, przypadający mniej więcej na lata 2017–2022.

Podobne metakomentarze prędko zaczynają się nawarstwiać. Artykuł okazuje się bowiem w stosunku do pisarza wyjątkowo krytyczny (autor zaczyna szydzić z publikacji Miłkowskiego, jego prywatnej korespondencji, a nawet wyglądu), choć przecież wiemy, że zdania te składa sam Miłkowski, który naśmiewa się i z siebie, i z tego, że się z siebie naśmiewa. W pewnym momencie zaczyna omawiać opowiadanie, które właśnie pisze: „Na tle mizernej produkcji literackiej tego okresu wyróżnia się jedynie opowiadanie «Rozdział 6», napisane na przełomie lata i jesieni 2018 roku”. Tekst przeradza się wtedy w coś na kształt autokomentarza do nie-skończonego opowiadania, które mogłoby się tu zapętlić niczym perpetuum mobile. W tym sensie kompozycję tej prozy dałoby się pewnie opisać podług metod strukturalistycznych – wyliczyć jej poziomy, ponumerować i nazwać. I być może odnieślibyśmy wrażenie, że tego rodzaju literacka matematyka nadaje się do objaśniania rzeczywistości. Miłkowski na tym jednak nie kończy i nie umożliwia tego rodzaju refleksji, ponieważ udaje mu się wyskoczyć z pętli. Ponownie przywołuje cytowane zdanie dotyczące rozpaczy, wyjaśniając, że po prostu chciał je wypowiedzieć, tylko nie potrafił znaleźć odpowiedniej formy; napisał więc całe opowiadanie, by zdanie mogło paść: „Być może ta wielopoziomowa struktura jest tylko dodatkiem do bezpośredniego i dość trafnego (…) zapisu stanu emocjonalnego człowieka w wielostronnym kryzysie. Być może całą istotną treść «Rozdziału 6» Miłkowski zawarł już w pierwszych słowach”. Czytelnikowi nie pozostaje w tym momencie nic innego, niż zaufać autorowi – bo czy miałoby sens kwestionowanie szczerości tej deklaracji, jeśli to właśnie owa deklaracja ma przywrócić opowieść do jej pierwszego, a nawet „zerowego” poziomu pozbawionego ironii?

To wyjątkowo błyskotliwe opowiadanie, choć przecież wnioski, jakie z niego płyną, nie różnią się wcale od tych, do których można dojść po lekturze „Teledysku”; jeśli bowiem obrać „Rozdział 6” z otoczki metaopowieści, zostają tylko brutalna rzeczywistość i rozpacz. Dlatego kiedy Miłkowski stwierdza dowcipnie, że „uważany jest powszechnie za jednego z prekursorów nowoczesnego, odrodzonego realizmu”, właściwie mówi prawdę. I także dlatego wszystkie metapoziomy opowieści nie służą wcale pokazaniu, do jakich granic można doprowadzić wypowiedź literacką; mamy tu raczej do czynienia z obsesyjnym rozgadaniem bohaterów, które ma zagłuszyć poczucie ziejącej pustki. Zagadać pustki literatura chyba jednak nie potrafi, a przynajmniej nie w prozach Miłkowskiego – szkatułkowa opowieść w „Rozdziale 6” ulega w końcu rozprzężeniu, a gdy opada kurz, okazuje się, że na polu bitwy zostaje tylko rozpacz piszącego (a więc autora, narratora, bohatera, ale i czytelnika), i nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Jeśli więc po lekturze „Systemu Sulta” odbiorca zostawał z przeświadczeniem, że nie ma na świecie żadnych pewników, ale o literaturę może warto zawalczyć, to w najnowszej książce autora „Wista” nawet i ta myśl zaczyna chwiać się u podstaw – pisanie wydaje się co najwyżej formą odwracania uwagi, i to nie zawsze skuteczną. Marny to wyrok dla fikcji… ale przede wszystkim wyraźnie nihilistyczny zwrot w samej twórczości Miłkowskiego.

Dlatego właśnie wspomniana sztuka odwracania uwagi od pustki staje się najważniejszą (a czasem i jedyną) umiejętnością bohaterów opowiadań, choć w rzeczywistości rzadko kiedy działa. Tę jałowość doskonale rozumie główny bohater tytułowego „Trzeciego dnia świąt”, który tęskni za pewną kobietą. Długo rozważa, czy do niej napisać, a kiedy już się odzywa, by zaprosić ją do siebie, w oczekiwaniu na odpowiedź kompulsywnie śledzi upływający czas: „No to wolnym krokiem do salonu. I kawa. Kawa na wolno. Kawa na miękko. Dokładne ruchy. Odkręcić kawiarkę. Nasypać. Nalać. Może jeszcze garstkę. Może trochę wody więcej. Może jednak mniej. Zakręcić. Podpalić gaz. Czekać teraz”. Uwięziony w matni, przerażony nieuniknioną klęską, której się zresztą spodziewa, spędza cały dzień na bezproduktywnych czynnościach, by zapomnieć o czekaniu, a jednocześnie masochistycznie nim się cieszyć. W tym zawieszeniu zawiera się ogrom doświadczenia mężczyzn Miłkowskiego, którzy wciąż spodziewają się jakiegoś przełomu albo przynajmniej drobnej zmiany. Te jednak nie chcą nigdy nadejść, a już na pewno nie same z siebie – dokładnie jak w „Utracie” Adama Kaczanowskiego, w której kapitalistyczny system nie pozwala ani na żadne modyfikacje, ani na jego opuszczenie. Gdy zresztą przychodzi co do czego i coś nowego mogłoby się wydarzyć, perspektywa takiego przekroczenia okazuje się paraliżująca: „To jest ten moment, że mogę coś powiedzieć. Coś mógłbym właśnie teraz powiedzieć” – mówi bohater „Dwudziestolecia” po dwóch dekadach milczenia, lecz mimo to nadal milczy.

Obraz współczesności, jaki wyłania się z tych próz, jest wyjątkowo przygnębiający, a Miłkowski z lubością pokazuje nam świat w dobie kryzysu: idei, wyobraźni, lecz przede wszystkim – jednostki, której siły uległy wyczerpaniu. Tylko jak je odnowić? Pewnym przełamaniem wydaje się postać samotnego ojca z poruszającego opowiadania „Niedziela” (to prawdziwe arcydzieło), którego przeraża wizja spędzenia całego dnia ze swoim synem. Mimo sanek, obiadu, czytania, drzemki, planszówek i grania w FIFĘ czas nie chce płynąć i wciąż trzeba zagospodarowywać kolejne godziny. Sukcesem staje się więc przetrwanie każdej kolejnej minuty, zamknięcie lodówki, w której czeka alkohol, albo nawet ogolenie się: „Dopóki się człowiek codziennie goli, myślę sobie, mydląc policzki, to znaczy, że się trzyma. I po to się właśnie goli”. To tylko pozorne zwycięstwo, a narrator zdaje sobie sprawę, że w rzeczywistości nic się przecież nie zmieniło – choć ogolony, jest nadal tak samo bezradny – ale koniec końców udaje mu się przetrwać dzień i nie sięgnąć po butelkę.

„Trzeci dzień świąt” można by w takim rozumieniu potraktować jako manifest filozofii codzienności, drobnych kroków albo małych sukcesów (i w tym sensie nie dziwi powrót Miłkowskiego do krótkiej formy). Bo rzeczywiście zanurzeni jesteśmy w kryzysie, z którego nie widać wyjścia, a poczucia impasu doświadczają niemal wszyscy zagubieni bohaterowie opowiadań, jednak w morzu beznadziei znajdzie się też kropla optymizmu. Czasem dostarcza jej zmycie naczyń, czasem ogolenie się, a czasem przetrwanie bardzo długiego dnia. Zacznijmy od tego – mówi Miłkowski – zanim zbierzemy siły na ratowanie całego świata.

 

Maciej Miłkowski, „Trzeci dzień świąt”
Nisza
Warszawa 2021