Nr 21/2021 Na dłużej

Percepty świata, jakiego nie znamy

Jakub Skurtys
Literatura

Bob Marley powiedział kiedyś podobno, że są ludzie tak biedni
Że wszystko co mają to pieniądze
Słowa te są dla mnie gwiazdą poranną, popołudniową i wieczorną
(….)
Powoli zaczynam sobie przypominać
Że Bob Marley powiedział też kiedyś
„Łełełe Hajle Syllasje łełełe”
Ale raz obranego kursu nie zmieniam

Legendarny Afrojax

 

Autodafe

Wersja skrócona tej recenzji* brzmi tak: „Pocałunki ludu. Poezja i krytyka po roku 2000” Dawida Kujawy to jedna z tych książek o literaturze najnowszej, którą po prostu trzeba mieć i przeczytać, najlepiej kilka razy. Na szczęście pisma internetowe pozwalają na teksty dłuższe, więc recenzja może się swobodnie zmienić w szkic problemowy i po krótkiej zachęcie pominąć aspekt marketingowy: zróbcie sobie taki prezent, np. pod choinkę, jest zielony, więc będzie pasować.

A teraz do rzeczy. Nie wypada ukrywać, że z „Pocałunkami ludu…” jest mi po drodze, a właściwie było od samego początku, bo miałem okazję śledzić kolejne etapy przemiany doktoratu Kujawy w coś zupełnie nowego – w książkę krytycznoliteracką wolną od ciężaru Teorii, funkcjonującej jako akademickie udowadnianie sobie wiedzy i wartości oraz wytwarzanie specjalistycznych dystynkcji. Kujawa cyzelował swoją pracę kilka lat, przeżywał wzloty i upadki, po drodze korzystając jeszcze ze stypendium ministerialnego NCK, co zaowocowało napisaniem właściwie nowej rozprawy, skondensowanej i odpowiadającej na najnowsze problemy krytyki. Mimo wielu zmian i radykalnego porzucenia intelektualnego snobizmu, wciąż jest to praca oparta na bardzo precyzyjnym języku pojęciowym i domkniętym systemie ontologicznym, który autor zawdzięcza filozofii Gilles’a Deleuze’a i Felixa Guattariego. Można się z tym systemem nie godzić, ale trudno go w całości podważyć. Kto podejmował takie próby i uważał, że osiągnął sukces, najwyraźniej albo nie doczytał wystarczająco europejskiej filozofii, albo po prostu niewiele z niej zrozumiał, bo rzecz wymaga cofnięcia się do różnicy między Spinozą i Heglem, a może jeszcze dalej: aż do Platona i Heraklita. Estetyka Kujawy jest więc solidnie ufundowana: nie na rozmytej, amerykańskiej metaforyce tzw. „zwrotu afektywnego”, ale na twardej filozofii, liczącej sobie kilka wieków (spinozjańskie poruszenia ciał wydają się tu istotniejsze od samych mitycznych i zbanalizowanych „afektów”). Nie jest to ponadto wyłącznie estetyka (w duchu Kantowskiego podziału dyspozycji poznawczych), lecz raczej pewna forma ontologii społecznej, w której wiersz jest aktorem w procesach społecznych – nie tylko funkcją tych procesów, ale również ich parametrem (s. 128).

Nie wypada też chyba ukrywać, że z lewicowym, materialistycznym i deleuzjańskim podejściem katowickiego krytyka sympatyzuję. Podobnie jak on uważam, że „szerzenie rewolucyjnego dyskursu, częściej niż samą walką, jest pasożytniczym czerpaniem korzyści z walk prowadzonych gdzie indziej, przez kogoś innego – kogoś, kto w przeciwieństwie do nas w codziennych starciach z kapitałem podejmuje realne ryzyko (s. 26), a „komunizm musimy postrzegać nie jako ostateczny horyzont walk, ale jako «rzeczywisty ruch, który znosi stan obecny»” (s. 32). Chociaż stosujemy nieco inne metody komentowania poezji, to koniec końców spotykamy się we wspólnym rozumieniu kliku (lub nawet kilkunastu) zagadnień: relacji autonomii sztuki do tzw. polityczności, realnego i wirtualnego, intensywności i ekstatyczności wiersza, znaczenia przyszłości, roli intencji i społecznej produkcji znaczenia, czytania poza płaszczyzną reprezentacji (a więc tego, o czym wiersz mówi lub jaką tworzy sytuację liryczną), istotności awangardy i eksperymentu w tworzeniu przestrzeni możliwego, a wreszcie nawet pewnych technicznych „operatorów”. Kujawa stosuje je oczywiście w zgodzie z maszynizmem (choć pewnie filozofowie-specjaliści mieliby tu kilka zastrzeżeń, ale zostawmy to w gestii Michała Herera czy Joanny Bednarek), ja natomiast pożyczam je w sposób dość dowolny i nieortodoksyjny po to, żeby „otwierały” i „przemontowywały” teksty poetyckie. Innymi słowy: moje podejście jest bardziej filologiczne, skupione na wierszu i związanych z nim możliwościach interakcyjnej lektury, podczas gdy Kujawa pozostaje wyczulony na niedające się na ogół zwizualizować siły i pragnienia społeczne, których wiersz bywa soczewką (lub perceptem).

„Pocałunki ludu…” są jednak doskonałym przykładem, że ta wielościowa i społeczna optyka w niczym nie szkodzi uważnej, inspirującej lekturze poezji – to taka marginalna nota dla tych czytelników, których przede wszystkim interesuje styl krytyka w jego starciu/spotkaniu z tekstem, a nie świat, o jaki się przy tym upomina. Jest to jednak nota marginalna, bo chodzi tu o takie uprawianie krytyki literackiej, które nie tylko zrywa z klasyczną opozycją polityczne-estetyczne, nieustannie ją problematyzując, ale też potrafi w miejsce tego zerwania „wmontować” alternatywny paradygmat i od razu wywieść z niego efektywne interpretacje.

Warto też chyba wspomnieć, że mamy z Kujawą podobnie umocowane stanowiska wobec nieprzemijającej atrakcyjności poststrukturalizmu jako teoretycznego zaplecza dla naszych lektur (choćby przydatności Derridy i Deleuze’a), które – owszem – zostało na różne sposoby utowarowione, spłaszczone i „zepsute” w ostatnich dekadach, zwłaszcza przez koniunkturalnie grającą pod kapitał brać akademicką[1], ale którego nie da się nigdy ostatecznie rozbroić czy subsumować. Kolejnym wspólnym mianownikiem naszych poszukiwań zdaje się podzielana przez nas wiara w heterodoksyjny marksizm w wersji ludowo-włoskiej, autonomistycznej, strukturalnie przeciwstawiającej się politycznym tożsamościówkom, ale też niepodporządkowującej się racjonalnie postępującej rewolucji proletariackiej, sterowanej odgórnie przez wykształcone, partyjne (lub artystyczne) elity. W tym duchu wspólnie pisaliśmy posłowie do wierszy zebranych Roberta Rybickiego „Podręcznik dla onironautów” (jeszcze z Moniką Glosowitz, której „Maszynerie afektywne…” recenzowałem poprzednio dla CzK.pl), wspólne zredagowaliśmy wybór wierszy Jarosława Markiewicza „Aaa!…” (wraz z Rafałem Wawrzyńczykiem, na którego książki krytyczne i poetyckie niezmiennie czekam), i pewnie przed nami kilka następnych działań. Takich rzeczy nie wypada ukrywać, warto więc o nich wspomnieć już na początku. Pozycja piszącego ten tekst jest bowiem ściśle określona przez jeśli nie podziw, to przynajmniej szacunek do tego, w jaki sposób Kujawa (przecież mój rówieśnik) zajmuje się dziś poezją, począwszy od zakwestionowania tradycyjnych rozpoznań krytyki z poprzednich dekad, przez lekturę poszczególnych wierszy, aż po rozsnuwane przez niego wizje przyszłości, związane z koncepcją językowych dóbr wspólnych.

Jeśli z niektórymi szkicami autora miałem dotąd problem, to głównie z dwóch powodów: albo zaledwie muskały teksty poetyckie i zamiast dokonać ich asamblażowej reterytorializacji, w rzeczywistości otaczały je szczelnym kordonem interpretacyjno-teoretycznym, albo skupiały się na lekturze, która bardziej służyła potwierdzeniu teorii, niż była studium przypadku (np. słynny szkic o reżimie dywidualności z „Wakatu”). Wówczas precyzyjny, techniczny język maszynizmu, który od kilku dobrych lat stosuje Kujawa, zamiast rzeczywiście towarzyszyć wierszom, podporządkowywał je sobie i ustawiał grzecznie w szeregu. Ale to były moje refleksje o kilku, głównie wczesnych tekstach katowickiego krytyka. Te pozostałe dotyczyły raczej tego, że mało kto potrafi tak jak on – zapewne właśnie dzięki specyficznemu słownikowi, dotąd niestosowanemu w naszej krytyce literackiej – prognozować zmiany, przewidywać przyszłość i ze swojej marginalnej mimo wszystko pozycji (spoza uczelni, spoza gremiów jurorskich i spoza redakcji młodoliterackich czasopism, kontestując sporą część obiegu literackiego i nie stając się przy tym resentymentalnym piwniczakiem) zwracać uwagę na impulsy, które dopiero miały stać się widzialne w szerszej przestrzeni.

Czy chodzi o eksperyment neodadaistyczny spod znaku Krakowskiej Szkoły Poezji i w duchu „nowej fazy”, czy o poluzowanie rygorów treściowych wiersza lub odzyskiwanie surrealizmu (coraz częstsze tropy w BL i WBPiCAK, nie mówiąc już o wydawnictwie Convivo, które „wciągnęło” ostatnio Romana Bromboszcza, Grzegorza Wróblewskiego i Krzysztofa Jaworskiego), czy o przedłożenie poezji Natalii Malek ponad wiersze Ilony Witkowskiej, czy też o – trochę bezceremonialne, ale bardzo konsekwentne – forsowanie poetów z kręgu pisma „Cyc Gada” (Janicki, Kaczanowski, Bielicki, nawet Szpindler) oraz tych kiedyś „mniej atrakcyjnych” brulionowców (zwłaszcza Miłosz Biedrzycki) – za każdym razem wizja Kujawy jakoś sprzęgała się z nastrojami (naj)młodszych czytelników. Trudno stwierdzić, czy to same teksty autora miały na to wpływ (nie sądzę i nie przypisywałbym takiego rządu dusz jakiemukolwiek współczesnemu krytykowi ani pisarzowi), czy też po prostu Kujawa jest jaskółką zapowiadającą zmianę albo barometrem wrażliwości lirycznej nadchodzącego pokolenia. Programowo szuka on przecież w wierszach tego, co „wychylone w przyszłość” (s. 34).

Trochę tak widzę całe „Pocałunki ludu…”: jako rzetelną analizę, ale też manifest, stojący w opozycji do „Zwrotu politycznego” Igora Stokfiszewskiego – nie tyle proklamujący zmianę optyki i głoszący rewolucyjne hasła, ile dokonujący delikatnych przesunięć w obrębie tego, co już się wydarza, a czego zwykliśmy jeszcze nie dostrzegać. Kujawa, otwarcie polemizując ze Stokfiszewskim i poświęcając mu sporo uwagi (chyba więcej, niż na to zasłużył autor „Zwrotu politycznego”), wprost występuje przeciwko koncepcji rewolucyjnych zrywów, zwrotów i przełomów, które towarzyszyły wówczas przedstawicielowi „Krytyki Politycznej” za sprawą pism Alaina Badiou. W to miejsce proponuje swój deleuzjański, kłączowy model historii, w którym każda zmiana ma charakter procesu, kiełkującego powoli poza zasięgiem naszych spojrzeń. Można powiedzieć, że „Pocałunki ludu…” są takim intensywnym wyostrzaniem wzroku, żeby nie przeoczyć tkwiących w przeszłości zalążków jutra.

I jeszcze ostatni „pocałunek”, z osobistą wycieczką. Kiedyś zarzucono mi, że moje analizy to „sekcja” wierszy, która przypomina sekcję zwłok, i że uśmiercam w ten sposób poezję. Nad zasadnością tego zarzutu nie będę się zastanawiał, choć oczywiście rozumiem, że akademicki styl pisania większości współczesnej krytyki, daleki od ekstatycznych ochów i achów Karola Maliszewskiego, prorockiego patosu Pawła Próchniaka i koncyliacyjnych, rozmytych metafor Piotra Śliwińskiego, może nie każdemu czytelnikowi przypaść do gustu, ba, może się nawet wydać konformistyczną manierą. Kujawa nie dokonuje sekcji wierszy, nie rozcina, nie wyjaśnia krok po kroku i nie prowadzi w męczące przestrzenie teoretycznych eksplikacji. Jeśli na kimś/czymś dokonuje sekcji zwłok, to na krytyce literackiej dekady 2000-2010, ale głównie dlatego, że praktyki te jawią mu się jako martwy już korpus, otoczony sztucznym, akademickim kultem mistrzów i uczniów. Jeśli jednak chodzi o poezję, to pisanie katowickiego krytyka określiłbym jako wyjątkowo skondensowane, trafne, zmierzające wprost do celu. Nie ma tu miejsca na rozbudowane dygresje, bawienie się w etymologiczne gry czy typowe dla dekonstrukcjonistycznych technik odwlekanie sensu. Kujawa wie, co chce powiedzieć o każdym z poetów; najpierw wypracowuje sobie pewną ścieżkę rozumienia, a dopiero potem siada do spisania jej. „Pocałunki ludu…” świetnie się czytania nie dlatego, że zostały uproszczone „pod czytelnika” i pozbawione teoretycznych naddatków, ani też nie dlatego, że styl krytyka jest dość powściągliwy, nieskory do metaforycznych galopad, ale ze względu na wszechobecną w tej książce intuicję. Kujawa to jeden z tych czytelników współczesnej poezji, który czuje wiersze i myśli wraz z nimi, zarazem nie dając się uwieść figurze krytyka-poety. Pisze w sposób piękny, otwarcie przyznając, że towarzyszy mu zachwyt, zdziwienie i intuicja. Nie jest to jednak intuicja pojęta w sposób naiwny – to rodzaj filozoficznego intuicjonizmu, bliskiego myśli Henri Bergsona, zwłaszcza w odczytaniach Deleuze’a z „Bergsonizmu”. To cenna

 

Wiersz koczowniczy i nadmiar miłości

I tak i tak
Potrzebne są zmiany w rapie
Potrzebne są zmiany w kraju
Potrzebne są zmiany w klimacie
Potrzebne zmiany droga do raju

Żyto

 

Zacznijmy to omówienie klasycznie: od koncepcji i konstrukcji całości. Kujawa dzieli książkę na dwie części, inkrustując je licznymi wtrętami teoretycznymi (glosy) i diagramami, wyjaśniającymi specyfikę jego koncepcji ontologicznej i estetycznej. Pierwsza poświęcona jest krytyce literackiej i stanowi polemiczną rozprawę z dotychczasowymi projektami, nadającymi – zdaniem krytyka – charakter głównym rozpoznaniom lat dziewięćdziesiątych i pierwszych (ta lista „figur” dominujących to: Karol Maliszewski, Piotr Śliwiński, Grzegorz Jankowicz, Joanna Orska, Igor Stokfiszewski i Anna Kałuża). Tutaj stara się też Kujawa „upchnąć” teoretyczny słownik, w możliwie zrozumiały i ułatwiający to sposób, oraz zarysować główne ramy swojego projektu, który polega na czytaniu poezji w ścisłym związku z siłami społecznymi i procesami ekonomicznymi. Część druga to szkice poświęcone sześciu „zjawiskom”, w których to szkicach – w sposób achronologiczny, bo nie czas jest tu ważny, lecz pewne zależności estetyczne – krytyk ujawnia się nie tylko jako wnikliwy interpretator wierszy i realizator pewnego programu, ale też całkiem sprawny poeta, który w opisach i komentarzach nie stroni od metafor, nośnych puent i zdań o sporym lirycznym potencjale.

Warto na to zwrócić uwagę, bo wielu czytelników kojarzy autora „Pocałunków ludu…” przede wszystkim z trudnym, technicznym słownikiem maszynizmu i schizoanalizy, a nie z umiejętnością lakonicznego, lirycznego puentowania czy snucia wywodów (czasem rozdziały i rozdzialiki wydają mi się aż za krótkie, zbyt szybko zdążają do sedna). W metaforycznych zdaniach rozgrywa się drugi poziom tej książki – metaliteracki wymiar ustanawiania nowych pojęć obok tych oficjalnych, przejętych z filozoficznego słownika. Zdaje się, że Kujawa, obok precyzyjnego rozumienia pojęć i uważnych lektur Marksa, marksistowskich antropologów i włoskich autonomistów, ma też pewne ciągoty do konstruowania definicji tego, czym jest wiersz, w jaki sposób działa i jakie napięcia nim sterują. I to jest w tej książce bardzo interesujące, bo co kilka zdań można wkleić w nią fiszkę i zatrzymać się przy konkretnych ujęciach wiersza nie jako estetycznego artefaktu ani medium komunikacyjnego, ale jako zwornika perceptów i afektów. Kilka przykładów z początku książki: „sztuka jest tym, co nieprzerwanie pozwala wymyślać lepszy świat – nie odsłaniać ontologiczne podstawy istniejącej rzeczywistości, ale tworzyć nową” (s. 26), „Twórca przynajmniej czasami – to znaczy wtedy, kiedy tworzy – przestaje działać zgodnie z wzorcami egzystencji umożliwiającymi odtwarzanie się kapitalistycznego reżimu produkcji. Obcuje wtedy z możliwym, spekuluje o miejscu, które wcześniej nie istniało nawet w sposób wyobrażony” (s. 27), „poeta wytwarza percepty świata, jakiego nie znamy” (s. 34), a „wiersz nie może mieć racji ani jej nie mieć – wiersz sięga ku temu, co możliwe, by przedmiotem pożądania na powrót uczynić nie tylko to, co nie poddało się utowarowieniu, ale to, co formy towarowej zwyczajnie przyjąć nie może: nowy porządek społeczny” (tamże). Taki manifest czy raczej zestaw programowych wytycznych jest mi estetycznie bardzo bliski, nawet mimo moich filologicznych sympatii historyka literatury.

Trzy motta, otwierające „Pocałunki ludu…” – z Šalamuna, Guattariego i Blocha – dobrze pokazują horyzont poszukiwań katowickiego krytyka: ekstatyczna, alternatywna wymiana energii i afektów, szukanie ujść w podziemiach, niedostrzegalnych dla homogenizującego kapitalizmu i wiara w to, że język sztuki jest językiem nieustannie odradzającego się pragnienia utopii.  Wiersz –pisze Kujawa w jednej z ważniejszych deklaracji ostatnich lat, możliwej właśnie dzięki zastosowaniu koncepcji afektywnych, a właściwie bardzo specyficznego wariantu materializmu Deleuze’a – „jest artykulacją sił społecznych wyłaniających się w danym miejscu i czasie historycznym, a poeta jest koniecznym ogniwem tego procesu – to on przyjmuje i zwraca. Bez tej dwoistości, bez wyjściowego impulsu i jego późniejszego przetworzenia, wreszcie bez związku estetyki i etyki, nie może istnieć poezja” (s. 12).

Z początku można mieć wątpliwość, czy nie wracamy tu do starego marksowskiego pytania o reprezentacjonizm, który naznaczał dwa wieki myśli lewicowej, a który stanowi – zdaniem Kujawy – sedno sporu o poezję w ostatnich trzech dekadach, dzieląc ją wzdłuż linii wyrażalności (świata)? Wydaje się, że zgodne z koncepcją katowickiego krytyka byłoby myślenie wiersza, który nie tyle obrazuje czy naśladuje różne społeczne reprezentacje (od obrazów lub okruchów świata po struktury myślenia), ale jest ich „artykulacją”. W obrębie langue pełni on więc funkcję parole, pojedynczego aktu wypowiedzi, który nie jest zapisem żadnego stanu, lecz procesem, pozwalającym pewnym siłom społecznym ukazać się, skupić, oddziaływać na cały system (dodajmy, że krytyk sięga nie po de Saussure’a, tylko po znacznie precyzyjniejszy, bardziej materialistyczny schemat Luisa Hjelmsleva). W tym sensie Kujawa wykracza poza paradygmat „zaangażowanej poezji”, rozumiany zarazem jako pewien konglomerat idei, przekazywanych za pomocą teoretycznych tricków i chwytów, jak i  strukturalnie umocowana w rzeczywistości forma komunikacji, która kwestionuje nasze społeczne rytuały (np. postpolityczny projekt Anny Kałuży) lub wchodzi w złożoną relację z procesami utowarowienia i estetycznymi enklawami gry pozorów (jak to na ogół bywa u Joanny Orskiej). Czytana przez niego poezja nie musi być „zaangażowana”, bo od samego początku jest artykulacją tego, co społeczne, materialistyczne, a nie transcendentne, i jako taka artykulacja jest częścią plateau współczesnych doświadczeń i walk klasowych. Pozwala ona skupić się i ukazać tym siłom, które na ogół są przez system kapitalistyczny marginalizowane, wiodą podziemny, ukryty żywot, a w rzeczywistości stanowią po prostu alternatywne scenariusze świata, w którym żyjemy.

Poezja jest więc od myślenia możliwego, ale właśnie poprzez pisanie o niemożliwym – jej utopijny potencjał jest tu ściśle związany z kwestią pragnienia. Jak ująłby to Deleuze, chodzi o sforsowanie blokad, szukanie linii ujścia, a ostatecznie o strategię stawania-się-mniejszym, a więc ruch wymierzony przeciwko wszystkim politykom tożsamościowym i grupom mniejszościowym, które „poprzez” literaturę chcą uzyskać własny głos i tym samym wygrodzić dla siebie kawałek tortu (przestrzeni medialnej, społecznego forum czy też agory). Kujawę interesuje raczej taki wiersz, który zamiast otwarcie uderzać w te płoty lub stawiać własne, domyślnie lepsze i mniej naszpikowane kolczastymi drutami, przemyka się pod nimi i wskazuje dziury, którymi możemy podążyć, tworząc podziemną sieć współzależności, niedostrzegalną dla algorytmów i globalnych procesów ekonomicznych.

To w takiej sieci wypełniałaby się utopia Šalamunowskiej figury poety jako pośrednika w afektywnej wymianie: przyjmować i zwracać pocałunki, funkcjonując w alternatywnym systemie ekonomicznym, który – w przeciwieństwie do kapitalizmu – nie jest oparty na braku i wyzysku, lecz na nadmiarze: miłości, energii, relacji międzyludzkich. Ostatecznie więc cel Kujawy jest jak najbardziej polityczny i wspólnotowy, choć nie jest to wspólnota w Habermasowskim sensie: demokratycznych, racjonalnych podmiotów, które nieustannie negocjują swoje pozycje w intelektualnym sporze, lecz wspólnota afektywna, realizująca kontrkulturową fantazję libidalną, sięgającą zapewne jeszcze czasów Komuny Paryskiej. Šalamunowskiemu ujęciu „ludu” mógłby patronować bardziej Whitman, niż nasi awangardyści w jakimkolwiek – futurystycznym, konstruktywistycznym, katastrofistycznym – wydaniu. To u niego „lud” jest właśnie demokratyczną wielością, potencjalnością stawania się różnych „ja” poza rygorami i strukturami oraz przekształcania świata na zasadzie nieustannej partycypacji i wymiany energetycznej. Whitman się co prawda u Kujawy nie pojawia, ale jego „nieobecność” funduje moim zdaniem populistyczną utopię, wokół której krytyk konstruuje cały swój estetyczny program. To właśnie owa utopijność sprawia, że ostatecznie nie potrzebuje on ani obrony pojęcia autonomii, ani też Kantowskiego imperatywu estetycznego przeciwstawionego etyce ani Schillerowskiej gry w estetyczną wspólnotę pozoru.

„Ziemia Obiecana”, ku której wprost kieruje nas Kujawa, związana jest z kluczowym patronatem teoretycznym: odczytaniem Karola Marksa i pierwszego rozdziału „Kapitału” nie w duchu komentatorów ekonomicznych czy politycznych, ale w zgodzie z antropologicznymi inspiracjami Davida Graebera i Johna Hollowaya. Fundamentalną tezą jest więc ta, która mówi, że istnieje dobro społeczne poza jego towarowym charakterem, ten zaś zostaje z owym dobrem utożsamiony dopiero w systemie kapitalistycznym. Innymi słowy, Kujawa twierdzi, że żyjemy w świecie, który raczej wypełniony jest (lub może wypełnić) nadmiarem dobra społecznego – relacji, emocji, afektów – niż który cechuje niedostatek dóbr (ekonomicznych, surowców itd.). Poezja, w sposobie, w jaki nieustannie reorganizuje język, jest właśnie taką formą niewyczerpanego, nadmiarowego dobra, które nie chce się poddać formie towarowej i nie pozwala się jej ująć w pełni. Dlatego zawsze istnieje na marginesie kapitału i dlatego tylko jej część, zaledwie jakiś fragment, może zostać subsumowany pod kapitał, stając się towarem. Napiszmy to jeszcze inaczej, bo rzecz dotyczy obecnych, trwających w naszej poetyckiej krytyce sporów o autonomię sztuki i utowarowienie tejże, które przewija się przez dyskusje młodej, akademickiej lewicy (myślę i o Pawle Kaczmarskim, i o Łukaszu Żurku oraz ich ostatniej, „małoformatowej” dyskusji): wiersz nigdy nie jest towarem w pełni, nigdy nie jest też albo dziełem sztuki, albo towarem/produktem. Nie da się – w żadnym historycznym czasie czy kontekście, w najbardziej nawet sprytnym porządku, którym rządzi zasada zysku czy produktywności – ostatecznie wyczerpać potencjalności sztuki. Na tym zasadza się optymizm i emancypacyjna siła deleuzjańskiego, autonomistycznego i heterodoksyjnego gestu krytycznego Kujawy.

Tyle pocałunków w „Pocałunkach ludu…”. Teraz mogę przejść do tej ostrzejszej części, w której podstawiamy sobie nogi i wkładamy patyk w szprychy.

Alternatywa, czyli dlaczego wszystkiemu winni są krytycy?

Część teoretyczna na poziomie deleuzjańskim nie wzbudza we mnie oporu, a jest niewątpliwie wielkim atutem tej książki. To próba zastosowania konkretnego języka z konkretnego momentu twórczości obu autorów. Większy problem można mieć z warstwą historycznoliteracką, która zapewne nie będzie aż tak interesować czytelników wierszy, ale zajdzie za skórę innym krytykom. Tutaj Kujawa – trochę z konieczności, trochę z przekory, a trochę, jak sądzę, z filologicznej niewiedzy, bo pozycjonuje się on przede wszystkim jako krytyk i teoretyk –  trochę upraszcza, sprowadzając dynamikę sporów z lat dziewięćdziesiątych i pierwszych do kilku gestów, które wydają się istotne teraz, z perspektywy już zakonserwowanego pola literackiego i rozdanych awansów. Czyta krytyków raczej przez ich poszczególne książki, nie biorąc pod uwagę chaotyczności życia literackiego, przygodności wielu z tych głosów oraz ich „akademickiego” uwikłania w obecne w danym momencie układy wydawnicze i towarzyskie (zupełnie pomijając np. rolę czasopism i ich środowisk). Jego obraz „pola poetyckiego” zdaje się dziwnie statyczny i zakonserwowany przez garstkę akademickich badaczy o demiurgicznych wręcz mocach.

Choć wszystkie zaprezentowane w „Pocałunkach ludu…” wyjaśnienia wydają się sensowne i do przyjęcia, to jednak nie do końca „kupuję” przedłożenie Grzegorza Jankowicza ponad Jacka Gutorowa i nazwanie tego drugiego mniej radykalną, uproszczoną wersją tego samego wariantu dekonstrukcji (pełnego hermeneutycznych tęsknot). Realnej restytucji neoawangardy, ponownego rozstawienia figur Nowej Fali oraz splecenia ich z eksperymentem w duchu Andrzeja Sosnowskiego dokonał w pierwszej kolejności właśnie Gutorow w „Niepodległości głosu”, a potem rozwijając to w „Urwanym śladzie”. Z tej perspektywy Jankowicz, owszem, podbija stawkę teoretyczno-filozoficzną, ale nie jest zdolny dokonać jakiegokolwiek historycznoliterackiego „przegrupowania” pola, a to o nie przecież chodzi, jeśli wytyczamy ścieżki, grodzimy i szukamy nowych linii ujścia. Gdy patrzeć na poszczególne książki, to zdecydowanie przeceniona zostaje też u Kujawy rola „Bumerangu” Anny Kałuży, co prawda inicjującego jej projekt, ale nabierającego sensu dopiero w „Wielkich wygranych” i dopełnionego w „Pod grą”. „Liryczne narracje” Joanny Orskiej to praca bardzo symptomatyczna i ważna (zresztą oddaje jej krytyk należne miejsce), ale wizja obrony autonomii estetycznej wybrzmiewa w pełni dopiero w najbardziej niedoczytanej książce krytyczki, opisującej przemiany poezji od Nowej Fali do brulionowej przewrotki, a więc w „Republice poetów”. I jeszcze jedna wątpliwość: czy rzeczywiście „Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy” Karola Maliszewskiego, a więc praca dość pośpiesznie klecona, sklejona z niepasujących do siebie recenzji i obwarowana przypadkowym komentarzem historycznoliterackim, była „tą” książką, w której noworudzki krytyk wypowiedział swój program? Dlaczego nie „Rozproszone głosy” albo znacznie potężniejsze jeśli chodzi o merytoryczność rozpoznań, preferencji i strategii, „Zwierzę na J.”? Czy Piotr Śliwiński swoich najważniejszych gestów instytucjonalizujących i konserwujących pole poetyckie dokonał rzeczywiście w „Świecie na brudno”, zbiorze w sumie dość luźnych recenzji i felietonów (którym Kujawa poświęca krótki rozdzialik), czy raczej w dwóch, mniej więcej równocześnie ugruntowywanych opowieściach o historii poezji najnowszej „dla studentów i uczniów”, tej z „Literatury polskiej 1976-1998”, pisanej z Przemysławem Czaplińskim, i tej z „Poezji polskiej po roku 1968”, robionej wraz z Anną Legeżyńską? A może ważniejsze od tych książek były szybkie profesury lub swoisty „sojusz” z poznańskim WBPiCAK? Czy w całej tej opowieści żadnej znaczącej funkcji nie spełniła lubelska szkoła „Kresów” (Niewiadomski, Bagłajewski) i śląski „FA-art”? A Marian Stala? Nic nie wniósł też ferment przełomu wieków z krakowskim środowiskiem „Ha!artu”, obwieszczającym nadejście nowej generacji poetów, ani warszawski krąg neolingwistów i skupionych wokół nich krytyków[2]? To kilka typowo historycznoliterackich pytań o ciągłość i zerwanie, które zrodziły mi się w głowie raczej na prawach dyskusji, niż z chęci podważenia tez Kujawy. Pamiętać musimy, że dla katowickiego badacza najważniejszy jest spór o reprezentację, i to podług niego dzieli on i opisuje poszczególne „projekty”, a rezygnację z wiary w reprezentacjonizm i porzucenie tego paradygmatu czyni clou swojej pracy.

Pytania o stłumione impulsy, o potencjalność ówczesnej krytyki, również tej, o której już zapomniano, zastępuje analiza kilku konkretnych form pojęciowych, czasem niebędących nawet sednem omawianych książek. Z pewnością nie wyczerpują one obrazu zmian, jakie zachodziły w pierwszej dekadzie XXI wieku, nawet jeśli możemy je dziś określić jako programy najbardziej wyraziste, znajdujące się w oku pokoleniowego cyklonu (w ramach logiki walki z ojcami i matkami, a swoistego matkobójstwa dokonuje przecież Kujawa na programie krytycznym Anny Kałuży). Ani spór między hermetycznością (potem tekstualnością) a poezją egzystencjalną (szkołą życia, barbarzyńcami, o’harystami, szorstkimi i wrażliwymi itd.), ani atrakcyjna, patronująca pewnemu momentowi zwrotu tekstualnego figura Michała Pawła Markowskiego, nie były chyba kluczowymi sprawami dla wyłonienia się obecnego konsensusu krytycznego. Kujawę interesuje pewien wyabstrahowany, pojęciowy moment tych projektów albo „postać pojęciowa” (tak to nazwijmy), która pozwala mu klarownie rozrysować spór wokół treści (zrozumiałości vs niezrozumiałości, jasności vs ciemności) i fetyszyzm reprezentacjonizmu. Z tej perspektywy oczywiście nieistotne wydaje się to, że np. atakowany (słusznie) „tekstualista” Grzegorz Jankowicz, który w „Lekcji żywego języka” „ustawił” lirykę Andrzeja Sosnowskiego, wkrótce sięgnie po Jacques’a Ranciere’a i Giorgio Agambena, a swój wybór wierszy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego oprze na idei niekapitalistycznej wymiany (w duchu retorycznego tropu „podaj dalej”, bardzo bliskiego idei šalamunowskich „pocałunków”). Podobnie Orska, debiutująca legendarnymi już „Lirycznymi narracjami”, pozostającymi pod wyraźnym wpływem Szkoły Frankfurckiej i lektur Paula de Mana na temat ironii, z czasem wykrystalizuje swoje ujęcie autonomii estetycznej w duchu niemieckiego romantyzmu (Schlegel, Schelling), a potem sięgnie – próbując głębiej wczytać się w instynkt gry i zabawy naszej neoawangardy – po język Deleuze’a i będzie bliższa duchowi autora „Anty-Edypa”, niż Adorna.

Ciekawa jest też w „Pocałunkach ludu…” obecność Karola Maliszewskiego, tzn. sprowadzenie jego roli do komentatora tego, co osadzone w egzystencji i czytelne, niejako fundacyjne dla populistycznych fantazji „zrozumiałości”. Owszem, rozpoznania Maliszewskiego z czasów „Naszych klasycystów, naszych barbarzyńców” czy „Rozproszonych głosów” nieco się zestarzały, grzeszyły też typową dla noworudzkiego krytyka dezynwolturą pojęciową, ale przecież to właśnie u niego najczęściej pojawiała się „ekstaza” czy w ogóle ekstatyczność. To on, właściwie jako jedyny, od początku bronił tego skrzydła naszej poezji lat dziewięćdziesiątych, w którym – po wydeptanych przez Šalamuna ścieżkach – dziarsko wędrowali sobie MLB i potem Szczepan Kopyt.

Wiara w to, że poszczególne książki krytycznoliterackie konserwują kanon poezji, który przede wszystkim okazuje się kanonem edukacyjnym, a niekoniecznie spotyka się z indywidualnymi preferencjami samych poetów, może i jest zasadna, ale rozmija się z moją dydaktyczną praktyką. Owszem, ktoś pisze sylabusy i ktoś na ich podstawie uczy studentów takiej a nie innej opowieści o ostatnich trzech dekadach. Trochę z własnych badań nad historią literatury, a trochę z praktyki dydaktycznej, wiem jednak, że po pierwsze opowieść ta jest wciąż chaotyczna i odrębna w każdym ośrodku, a po drugie to my sami (tzn. moje pokolenie, a nie nasi profesorowie), jako prowadzący zajęcia z literatury najnowszej, dokonujemy najbardziej gwałtownych gestów konserwujących i konsekrujących.

Rozpoznania Kujawy, choć nie chcę odbierać im waloru poznawczego, bo ten jest bardzo ważny, mają prymarnie charakter krytycznoliteracki – pozwalają na rozstawienie szachownicy (albo – jak woli krytyk – planszy do go). „Zabrakło nam krytyki, która podjęłaby chociaż próbę, by w brechtowskim duchu zerwać elitarny sztafaż z eksperymentu, nie odbierając mu kunsztowności, a raczej przywracając na stałe awangardowo-kontrkulturowy wymiar” (s. 56) – pisze Kujawa. Kiedy, gdzie i do jakiego stopnia jej zabrakło? W latach dziewięćdziesiątych? Dwutysięcznych? W radykalnym wdarciu się wszystkiego, co awangardowe, do mediów publicznych wraz z przełomem ustrojowym (o czym zresztą krytyk wspomina), czy może w praktyce komentującej swoiste domykanie się „pola” z pozycji neolingwistów, głównie młodych, warszawskich poetów i akademików? A może na łamach „Studium” i samego „Cyc Gada”, który przecież stał właśnie dowartościowaniem eksperymentu jako sztubackiego prawa do bycia niepokornym? W „Machinie” czy brzeskim „.Red”? Czy uprawiany przez Cezarego Kędera i krąg „FA-art’u” postmodernizm naprawdę był aż tak elitarystyczny i akademicki, jak dzisiaj sądzimy? Skąd wzięła się Dorota Masłowska? Co z awangardowym nastawieniem wczesnego „ha!artu” i samym Piotrem Mareckim? Na pewno jest z tymi zjawiskami pewien problem, a trudno też powiedzieć, żeby Orska – pisząca o „Siała baba mak” Krystyny Miłobędzkiej i innych jej rymowankach, konstruowanych na wzór zabaw dziecięcych – broniła elitarystycznego ujęcia eksperymentu, rozmijającego się z wiarą w lud czy klasę robotniczą. Przeciwnie: zamiast wydobywać jego aspekt populistyczny, wydobywała uniwersalną, dziecięcą niewinność i nieokiełznaną jeszcze przez kapitał nadmiarowość.

„Pocałunki ludu…” zaczynają się więc po myśli współczesnych czytelników wierszy i niejako wbrew piszącym o nich – od diagnozy kryzysu, któremu winna jest krytyka, i to głównie w jej akademickiej postaci (choć nie tylko, bo pierwszy zarzut kieruje jednak Kujawa w stronę peryferyjnego procesu zwijania kultury po przełomie ustrojowym oraz „neoliberalnego państwa z kartonu” (s. 60)). Tymczasem „linie ujścia pozwalające wyjść z kryzysu zostały wytyczone już dekadę temu, dokładnie wtedy, kiedy krytyka tego potrzebowała; tak się jednak złożyło, że nikt z akademików nie wydawał się tym szczególnie zainteresowany” (s. 19). Linie te wytyczyli sami poeci, a nazwał je nie kto inny, jak Rafał Wawrzyńczyk, którego uwagom Kujawa zawdzięcza chyba najwięcej, począwszy od znaczącej roli MLB i samego Šalamuna, przez swoiście partyturowy, impresyjny odbiór wierszy, aż po opisywany dogłębnie koncept ekstatyczności. Z pewną złośliwością można by stwierdzić, że o ile krytyka jest rzeczywiście pewną formą pokoleniowego uczestnictwa i – przynajmniej moim zdaniem – artykulacją wspólnotowych pragnień, o tyle „Pocałunki ludu…” składają hołd tej bardziej offowej, nieakademickiej, undergroundowej części generacji X (późnych roczników 70. i wczesnych 80.), stając się nigdy przez nią nienapisanym manifestem i niejako wyręczając samego Wawrzyńczyka z niemiłego obowiązku książkowego domknięcia swojej facebookowej działalności jako Rafal Wawrzynczyk Official.

Nie chcę być źle zrozumiany: nie bronię oczywistego konserwatyzmu akademickiej części krytyki i gremiów jurorskich, ani tym bardziej zjawiska wycofania się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych krytyków na uczelnię, jako poszukiwania ucieczki (lub przestrzeni względnej autonomii) od zależności, a właściwie poddaństwa względem rynku. Ani tego, jak bardzo na rękę było to kapitałowi, który mógł potem wyławiać poszczególne postacie jako celebryckie niemalże figury. Chodzi mi po prostu o to, że Kujawa trochę za mocno wierzy w magiczne sprawstwo krytyki (jej uczelnianych i jurorskich postaci), decydującej o współczesnym obrazie poezji. Sprawstwo to ma charakter walk, zaniechań, przemilczeń, jawnych i nieświadomych błędów oraz filozoficznych braków, a stoi za nim pragnienie władzy, obrony pozycji i podtrzymywania akademickich karier.

Zaproponuję wizję alternatywną: książki krytyczne na ogół powstawały z przypadku, były impulsem, chwilą wywalczenia w wydawnictwie „resztki” planów rocznych na „coś o poezji”, pozostawały głęboko niedopracowane względem swoich akademickich odpowiedników i monografii, i nawet sztandarowy podręcznik dla studentów do literatury przełomu, napisany przez Piotra Śliwińskiego i Przemysława Czaplińskiego, nie ma takiej mocy petryfikowania świata. Jeśli jakiś negatywny obraz poezji się ustabilizował, to tak naprawdę stabilizują go dopiero gesty krytyczne naszego pokolenia, które poszukuje przyczyn niedowartościowania różnych estetyk w ramach konfliktu ze swoimi poprzednikami/mocodawcami/profesorami. Zapewne możemy z tym obrazem powiązać dziś i naiwne (choć oczekiwane i zarazem niechętnie przyjęte przez uniwersytecką krytykę) wystąpienie Igora Stokfiszewskiego, i na poły paranoiczny ruch młodej lewicy w stronę obrony „poezji zaangażowanej”, a potem „poezji tożsamościowej” w zupełnie już niemarksowskim duchu, i rosnący konflikt pokoleniowy pomiędzy wychowanymi na wczesnej fazie recepcji Derridy, a tymi, którzy mogli już czytać „Praktykę Teoretyczną”. Ale czy rzeczywiście wszyscy (krytycy i krytyczki, młodzi poeci i poetyki, okazjonalni czytelnicy i czytelniczki wierszy) wpatrujemy się w niego tak uważnie, że nasze działania mają charakter mimetycznego odtwarzania jego konturów? Nie wątpię, że sylabusy nie piszą się same, ale też nie przeceniałbym ich roli, również patrząc na własny dobór lektur na zajęciach z literatury najnowszej.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że wiele tez Kujawa złagodził, zarówno względem doktoratu, jak i środowiskowej legendy, jaka się wokół „Pocałunków ludu…” zaczęła unosić – a przypomnijmy, że chyba nigdy jeszcze żadna książka krytycznoliteracka nie miała tak skutecznej, szeptanej i szerowanej kampanii promocyjnej. Wszyscy spodziewali się rozróby, ojco/matkobójstwa i ataku na autorytety, chyba z samego przypuszczenia, że skoro autor nie jest już ograniczany uczelnianą etykietą, może wbić kij w mrowisko i mówić bez żadnych zahamowań. Nic z tych rzeczy. Kujawie nie grozi fascynacja typowa dla polskiej, piwnicznej prawicy. „Pocałunki ludu…” nie mają aż tak konfliktowego charakteru, jak mogło się pierwotnie wydawać. Dokonują przeorganizowania literackiego pola w sposób teoretycznie i filozoficznie zasadny, przydatny dla autora i jego dalszych rozważań, ale rzadko wchodzą w otwartą, ostrą polemikę. Jedno, na co Kujawa może sobie pozwolić, będąc już poza strukturami uczelnianymi, to zrezygnowanie z gestów alegacyjnych – nie musi powoływać się na mistrzów i mistrzynie ani tłumaczyć swojego miejsca w obrębie tego, co kojarzyć możemy ze śląską (związaną z Uniwersytetem Śląskim) szkołą krytyki, uosabianą najpierw przez „FA-art”, a potem przez „Opcje” i „Śląskie Studia Polonistyczne” (i ważne postacie Anny Kałuży, przemilczanej w książce Aliny Świeściak, Krzysztofa Uniłowskiego, Dariusza Nowackiego, Konrada Kędera  itd.).

Co by nie mówić, ta relacja istnieje, i to nie tylko względem najnowszych „Maszyn afektywnych” Moniki Glosowitz, ale przede wszystkim wobec najbardziej postponowanej w tej książce Kałuży. Nie chodzi oczywiście ani o naśladownictwo, ani o szkołę, a raczej o wspólnotę poglądów i kanonów estetycznych. Gdyby wczytać się w różne szkice katowickiej badaczki, to wiele z jej propozycji (choćby te z posłowia do wyboru wierszy MLB) pokrywa się w ogólnych preferencjach z wyborami Kujawy; czasem korzystali oni nawet z podobnych pojęć. Tym, co ich różni, jest przede wszystkim metodologia – „pasożytnicze” przywiązanie Kałuży do dyscyplin ościennych (historia sztuki, architektura, nowe media, potem socjologia komunikacji i wizualna), które fundują jej pakiet otwierających metafor w ramach „transdyscyplinarności” czy też „szerokiego oglądu pola artystycznego”, przeciwko antydyscyplinarnemu, nomadycznemu podejściu Kujawy, który na tych procesach grodzeń, a więc odsłanianiu teoretycznych „zapożyczeń” z innych słowników, nic by nie zyskał. W opisie projektu Kałuży – w stosunku do zasługujących chyba na więcej ironicznego dziegciu tez Śliwińskiego czy Maliszewskiego – padają też chyba najostrzejsze sądy. Zdaniem Kujawy jest to powrót do paradygmatu reprezentacji i naiwna próba czytania postpolitycznego. Mimo programowych deklaracji na temat społecznej funkcji wierszy, występuje u autorki „Bumerangu” jednostronne oddziaływanie kultury na tekst, a o chwilowym sukcesie jej propozycji decydować ma „metodologiczna nieścisłość i elastyczne traktowanie raz przyjętych aksjomatów”. Ponadto „Kałuża daje do zrozumienia, że nie zna mechanizmu walki klasowej”, „język poetycki funkcjonuje u krytyczki jako coś, co jedynie przygląda się przeobrażeniom, nie wpływa na nie i nie reaguje na nie”, co prowadzi ją do kolejnych porażek w próbach „złapania” wybranych poetów (Wróblewski, Domarus, Biedrzycki, Zdrodowski, Kaczanowski – są to wszystko poeci bardzo ważni dla Kujawy). Wreszcie (rekapituluję dalej tezy z „Pocałunków ludu…”) nieumiejętność uczenia się na własnych błędach prowadzi autorkę „Bumerangu” do swego rodzaju ucieczki z pola krytyki literackiej w przestrzeń analiz „z zakresu sztuk wizualnych i sztuki konceptualnej” (s. 126). Tak, bywa i tak, że katowicki krytyk nie przebiera w słowach, ale w tym wypadku jest to uzasadnione podwójnie: rozczarowaniem kierunkiem, w którym podążyła Kałuża, badaczka o niegdyś świetnym, literackim słuchu, co Kujawa przyznaje już na początku, oraz potrzebą zarysowania wyraźnej, filozoficznej różnicy między ich sposobami czytania.

Kilka drobnych zarzutów trzeba sformułować też pod adresem wydawcy, co robię rzadko, ale tym razem czuję się zmuszony. Choć korekta jest wyjątkowo pieczołowita, jest to chyba pierwsza książka krytycznoliteracka od lat, która nie została wyposażona w indeks nazwisk, a – nie ukrywajmy – Kujawie przydałby się też indeks pojęć. Przypomniały mi się tomy z lat dziewięćdziesiątych, które nawet w tytułach rozdziałów nie podają, o jakim poecie traktuje poszczególna część. Pomysł dwustopniowego układu przypisów – wyjaśniających w stopce, i klasycznych, z odsyłaczami do tekstów, po końcu każdego rozdziałów, również wydaje się karkołomny. Nawet jeśli dobrze wypada to w ebooku, w formie mobi lub epub, to w książce jest po prostu niepraktyczne i wymaga robienia kilkunastu zakładek, które lokować nas będą na końcu poszczególnych rozdzialików lub części. Kwestie typograficznej oprawy też czasem wzbudzają wątpliwości – świetnej okładce z obrazem Michała Żytniaka, znanego również jako raper Żyto, i zaplanowanemu zapewne przesytowi i zagęszczeniu czcionek, towarzyszy wyraźnie niedopracowany, mało czytelny spis treści, justowany do prawej trochę wbrew logice i pracy oka. Po co? Żeby podkreślić raz jeszcze, że „Pocałunki ludu…” to esej, a nie monografia naukowa? Żeby jury Nagrody Literackiej Gdynia miało łatwiej i nie musiało się zastanawiać nad kategorią? Wiem, że autor nie chce być wchłonięty przez ten obieg, ale też nie wątpię, że jego rozprawa będzie jedną z lepiej sprzedających się książek o literaturze w ostatnich latach (a o poezji na pewno), a interes wydawcy jest tu sprzeczny z piwnicznymi pragnieniami samego Kujawy.

 

Poeci (krótki języczek uwagi)

Punkt szósty: Bisz jest smutny, że ktoś może być dumny,
że zrobił komuś, kurwa, puzzle z żuchwy.
Siódmy punkt: Bisz ceni słowo „Bóg”, mówi, że Bóg
ustawił by się z nami, jakby mógł.
Punkt ósmy, dziewiąty i dziesiąty to jedno,
Bisz to frajer, bo lubi wiersze, spokój i piękno.

Bisz

 

Przejdźmy wreszcie na ostatnich stronach do poezji, w której imieniu studium Kujawy zostało przecież napisane. „Pocałunki ludu…” są książką sprytną, oryginalnie pomyślaną i tworzoną w kontrze do rozwlekłego monologu lirycznego (w przeciwieństwie do – pardon – mojej recenzji), proponującą diagramy, teoretyczne glosy i próbującą od nowa rozrysować pole poetyckie – bardziej rozrysować właśnie, niż opisać. W gruncie rzeczy Kujawę cechuje od początku umiarkowany duch polemiczny, nawet jeśli nie względem najnowszych nurtów w krytyce (choćby koncepcji twardego intencjonalizmu, któremu poświęca krótki zaledwie przypis), to na pewno w kontekście tez z kilku ostatnich dekad. „Pocałunki ludu…” to swoisty bunt kwiatów przeciwko korzeniom – próba zakwestionowania dotychczasowego konsensusu krytycznoliterackiego, który zadomowił się za sprawą synergii między najważniejszymi ośrodkami naukowymi (może z wyjątkiem Uniwersytetu Warszawskiego), gremiami jurorskimi i centralnym obiegiem wydawniczym. Nie jest oczywiście tak, że Kujawa kwestionuje wszystko i wszystkich, a po tomy poetyckie sięga do odległych i niedostępnych piwnic, wykopując stamtąd białe kruki. Sama lista omawianych przez niego twórców powie nam wiele: Adam Kaczanowski, Natalia Malek, Robert Rybicki, Miłosz Biedrzycki, Dominik Bielicki, Dawid Mateusz. To tylko sześcioro poetów, poprzez których krytyk stara się ukazać coś, co określa mianem „ekstatyczności wiersza”, balansowania liryki pomiędzy realnym i możliwym.

„Głównym kryterium – pisze Kujawa – jakie przyjąłem, była słaba obecność twórców w recepcji na przełomie wieków lub towarzyszące mi poczucie ich «niefortunnej» recepcji dzisiaj” (s. 16). Nie są to więc pisarze całkiem zapoznani, nieistotni, a w tej chwili trudno nawet powiedzieć, żeby – może poza MLB, który jest ojcem chrzestnym Krakowskiej Szkoły Poezji – byli pomijani. Malek to przecież zeszłoroczna laureatka Gdyni, Kaczanowski zaś niedawny laureat Szymborskiej i Silesiusa. Podobnie Dominik Bielicki – ten też doczekał się już uznania, choć przez lata rzeczywiście pozostawał w niszy. Dawid Mateusz – jak na debiutanta, który wydał lata temu tylko jeden tom, co prawda nominowany do Gdyni i nagrodzony Iłłakowiczówną – też cieszy się statusem niemalże legendy środowiska młodoliterackiego.

Mamy w „Pocałunkach ludu…” do czynienia z autorami, którzy rzeczywiście na początku wymykali się językom krytycznym. Na palcach można policzyć udane, kompetentne recenzje i szkice o twórczości Kaczanowskiego, Bielickiego czy Malek (sam przyznaję się tu do sporych zaniechań). Może i Robert „Ryba” Rybicki cieszy się obecnie wielkim szacunkiem sporej grupy młodych poetów, a przy okazji zapanowała swoista akademicka „moda” na jego twórczość (przy asekuracyjnym zarzekaniu się, że przecież nikt nie pisze „jak” Ryba), jednak z łatwością dostrzeżemy, jak bardzo powierzchowna jest to moda i jak bardzo naszej krytyce, czy to w modelu hermeneutycznym, czy też socjologicznym, po prostu brakuje tu wrażliwości i pojęć, za pomocą których mogłaby się „podłączyć” do tej poezji.

Założenia części poświęconej bezpośrednio liryce najlepiej wykłada sam Kujawa, i robi to treściwie w jednym, krótkim akapicie, pozwolę więc sobie przytoczyć to „streszczenie”:

Adam Kaczanowski interesuje mnie jako poeta „szerokiego realizmu” – sprawdzając, ile absurdu mieści się w zdrowym rozsądku, autor na powrót uplastycznia spetryfikowaną przez kapitał rzeczywistość. Natalia Malek to poetka neoobiektywizmu: wytwarza swoje możliwe światy, wykorzystując quasi-dokumentalistyczne frazy zestawione w ostrych jukstapozycjach. Robert Rybicki kontynuuje altermodernistyczną tradycję surrealizmu, tworząc światy bez miar – to, co ilościowe, na powrót sprowadza do tego, co jakościowe. Dawid Mateusz to poeta, który brulionowy imperatyw „pojedynczości” przetworzył tak, by indywiduum raz jeszcze stało się fenomenem społecznym: jednostka i zbiorowość nie są tu usytuowane na przeciwległych biegunach, lecz stanowią kontinuum. Dominik Bielicki z nostalgią spogląda w stronę Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, ale jest to nostalgia produktywna: interesują go zaprzepaszczone wizje socjalistycznego modernizmu, „duchy przeszłości”, które wciąż mają w sobie pierwiastek utopijny. Miłosz Biedrzycki to przede wszystkim poeta „radykalizmu wyobraźni”: czerpiąc z tradycji kontrkulturowych, teologicznych i filozoficznych, zakreśla egzystencjalne terytoria wolne od parcelacji bytu – tym, co stoi za jego eksperymentem, jest radykalna immanencja (s. 148-149).

Na tej liście są oczywiście pewne puste miejsca i chciałoby się więcej tego sposobu pisania, tego chwytania impulsu, który tworzy oddolne, środowiskowe legendy, jeszcze zanim krytyczne języki zdążą je przyszpilić, a jurorzy nagrodzić i zarekomendować. Ale przede wszystkim chciałbym zobaczyć w tej liście bardziej domykający się projekt – i oczywiście nie chodzi ani o kwestie parytetowe, ani o dobór nazwisk, ani o klasycznie już wyliczanie braków (bo część poetycka trochę traci „pazur” w stosunku do część teoretycznej i metakrytycznej). Wydaje się, że ten gest zyskałby na sile, jeśli skorzystałby z podwójnego „gdyby”.

Po pierwsze – gdyby Kujawa zakorzenił się mocniej w kontrkulturowych, czyli tych mniej oficjalnych, antymainsteamowych estetykach Nowej Fali, pokazując przy tym pewne linie ciągłości, zamiast walczyć z monopolem pojęć z lat dziewięćdziesiątych, upraszczająco określanych jako czasy o’haryzmu i ashberyzmu, czy też – jak nazwał to ostatnio Dawid Mateusz – sommersby. Bo w gruncie rzeczy to właśnie o Piotra Sommera i jego „Literaturę na Świecie” szło od początku; to ona jest nieoficjalną centralą, zwornikiem kapitału symbolicznego w polu literackim (dla wszystkich omawianych przez Kujawę „figur” krytycznych). Skoro ważną, może najważniejszą częścią koncepcji krytyka jest wywiedzenie eksperymentu z neoawangardowego ducha liryki Tomaža Šalamuna, poprzez Miłosza Biedrzyckiego, aż do poetów z kręgu pisma „Cyc Gada”, to najbardziej odczuwalnym brakiem wydaje się nieobecność Piotra Janickiego. Wiem – tłumaczył się autor, że w tym akurat momencie nie miał ani koncepcji, ani czasu, ani dobrych pojęć, które mogłyby tej poezji pomóc. A jednak, tak jak moim zaniechaniem w obu dotychczasowych książkach jest brak Malek, tak tutaj Janicki aż się wprasza pomiędzy Kaczanowskiego i Bielickiego, z całą swoją afirmacyjną, demiurgiczną wręcz ekstazą.

Po drugie: gdyby gdzieś w tle, prócz Miłosza Biedrzyckiego, mogła majaczyć jednak ta „resztka” „brulionu”, która była z nim zawsze luźno związana i od początku przekraczała jego towarzyskie układy – myślę zwłaszcza o Grzegorzu Wróblewskim, a trochę o Krzysztofie Jaworskim. Wspomnę też o Annie Matysiak i jej ożywionych foremkach, ale także o tym, co nadchodzi, co zarysowuje się dopiero na horyzoncie, a co tak dobrze „sprzęga się” z inicjatywą Kujawy: Suchanecki, Kosenda, Harlender, Rosiński, Voytala. Co prawda jest to zapewne pierwsza książka krytyczna, która poświęca krótki rozdział Krakowskiej Szkole Poezji jako zjawisku społecznemu opartemu na partycypacji, wymianie afektywnej i współtworzeniu otwartego, inkluzyjnego środowiska, ale właśnie ta socjologiczność przykrywa rozpoznania estetyczne (bo niczego się nie dowiadujemy o wierszach tych twórców).

To chyba wszystko, jeśli chodzi o zastrzeżenia do drugiej części książki. Reszta to wzruszenia i olśnienia, cenne opisy i intrygujące analizy. Wyjątkowo trafnie pisze Kujawa o Biedrzyckim i przenikliwie o Kaczanowskim, celnie chwyta różne aspekty działań Dawida Mateusza i proponuje najlepszy tekst o Bielickim, jaki miałem okazję czytać. Ale najbardziej ujmuje mnie chyba rozdział poświęcony Natalii Malek, trochę za krótki, ale w gruncie rzeczy dokonujący pierwszej udanej próby rozpisania jej wierszy jako perceptów, a nie intelektualnych lub impresjonistycznych zagadek. Od umieszczenia poetki w sąsiedztwie amerykańskich obiektywistów, przez analizę rytmu wiersza jako wytracającego się, energetycznego transferu oraz tekstu jako kordu-włókna, dochodzi Kujawa do takich np. wniosków:

Malek nie przedstawia w swoim utworze żadnej koncepcji filozoficznej ani nawet wizji świata, lecz tworzy swój autorski percept, który pozwala myśleć i czuć przeszłość w określony — czyli rozwojowy, liniowy i przestrzenny — sposób. Być może to właśnie „przestrzenność” przeszłości paradoksalnie sprawia, że o przyszłości zaczynamy myśleć i czuć ją zupełnie inaczej: niewymiernie, niemierzalnie, o wiele bardziej intensywnie niż ekstensywnie, raczej jakościowo niż ilościowo. O ile za ludźmi ciągną się korytarze, nawarstwiają trwałe i niezmienne, zapewne nawet urzeczowione doświadczenia, to przed ludźmi mamy bezkres rozwiązań, żadnych uprzednio wytyczonych linii, po prostu witalistyczny ocean nieodkrytych jeszcze możliwości egzystencjalnych. Z przymrużeniem oka powiedzieć można, że to coś w rodzaju mniej defetystycznej wersji Anioła Historii — nasz ma oczy kameleona, z trwogą patrzy wstecz, ale to nie przeszkadza mu z nadzieją łypać ku przyszłości (s. 209, podkreślenie moje).

„Łypanie ku przyszłości” to nie tylko historyczna dyspozycja poezji Malek. Wszystko w „Pocałunkach ludu…”, tzn. każda z omawianych poetyk, wychyla się w ten „witalistyczny ocean możliwości” i wszystko postrzegane jest jako otwarta egzystencjalnie forma życia, które dopiero ma lub może się ukonstytuować. Autora cechuje – jak sam wskazuje w ostatnim rozdziale, próbie samokrytyki w duchu lewicowej tradycji, będącej przy okazji odpowiedzią na jego głośny spór o wiersze Waldemara Jochera z redakcją KONTENTu – „szaleńcza wiara w literaturę”, ale też przekonanie, że wiara ta musi mieć realne przełożenie na wspólnotową płaszczyznę działań. Poezja bowiem sama z siebie nie zmienia świata i może co najwyżej próbować odzyskać przedmodernistyczny status „kolektywnego marzenia”. Zmieniają go związki zawodowe, walki klasowe i nomadyczne wspólnoty, szukające ujścia na obrzeżach kapitału. „Egzystencjalne terytoria – pisze Kujawa w kontekście MLB – muszą już teraz stworzyć warunki do zmiany dominującego sposobu produkcji, choć prawdą jest, że dopiero po takiej zmianie będziemy w stanie dogłębnie przekształcić egzystencjalne terytoria. Wiedziała o tym nawet Margaret Thatcher: «Ekonomia jest metodą; celem jest przemiana ludzkich serc i dusz»” (s. 334). Taki żart na koniec książki, gorzki i prawdziwy… Oby nie ostatni.

 

Dawid Kujawa
Pocałunki ludu. Poezja i krytyka po roku 2000
Korporacja Ha!art
Kraków 2021


Przypisy:
* Autor recenzji jest pracownikiem Instytutu Filologii Polskiej UWr.
[1] Kujawa wprowadza tu ważne pojęcie PMC, klasy specjalistyczno-menedżerskiej, którym będzie się posługiwał konsekwentnie w książce, określając tak zarówno przedstawicieli neoliberalnych elit, jak i utożsamiających się z dawną „inteligencją” humanistów, osadzonych bezpiecznie na akademickich fotelach i niejednokrotnie sprzyjających (świadomie lub nie) tym neoliberalnym przemianom.
[2] Dla mnie najciekawszym głosem „tamtych czasów” pozostają wciąż „Przerwane procesy” Pawła Kozioła, bo oczywiście w kwestii niewykorzystanych szans „Świata nie scalonego” Kacpra Bartczaka, jako lektury proponującej zupełnie inne otwarcia, ale zbyt osobnej, by mogła zadziałać w rodzimym kontekście, w pełni się z Kujawą zgadzamy. Innym problemem jest sama „czasowość” kształtowania się zarysowywanego przez badacza krytycznego konsensusu, bo od „Naszych klasycystów, naszych barbarzyńców” Maliszewskiego, czyli próby opisania na gorąco sytuacji przełomu, do „Bumerangu” Kałuży, mija właściwie cała epoka inspiracji teoretycznych i przemian kulturowych. W tym sensie moment interwencyjny Śliwińskiego czy Maliszewskiego, również z punktu widzenia inspiracji filozoficznych, jest zupełnie odrębny, niż ten Kałuży czy Jankowicza.