Pierwsza część tej książki doprowadza mnie do rozpaczy. Nie znam miejsc, gubię się w geografii, próbuję nadążyć za destynacjami i terminologią. Annie Proulx zabrała mnie w rejony geograficzne, w stosunku do których nie mam żadnych odczuć, bo ledwie mogę je umiejscowić na mapie. Zmęczona i zniechęcona nienadążającą wyobraźnią wychodzę z mieszkania i idę do księgarni. Świat jest za duży, ja bym go zwęziła, myślę po drodze parafrazą ze Stanisława Lema. Księgarnie są od tego, żeby znaleźć spokój i książki, których nie szukasz. Właściwie już wychodzę, ale czuję, że coś jeszcze czeka, a ja czegoś jeszcze potrzebuję. Cienkie tomy poezji stoją stłoczone pod oknem. Wyciągam „Rozcierki z ziemi” – tytuł pachnie glebą. Tom napisała Charlotte van den Broeck, trzydziestopięcioletnia belgijska pisarka i poetka, na język polski wiersze przetłumaczyła Olga Niziołek. Otwieram książkę i trafiam na wiersz „szyszka”, potem „sejsmologia” i w końcu: „z bagien”. Opowiada o dziewczynie z bagien, być może złożonej w ofierze, bo ze śladem pchnięcia nożem i z pętlą na szyi. „[…] datowanie węglem // pozwala oszacować że dziewczyna z bagien / nie żyje dwa tysiące lat żyła szesnaście” – kończy się wiersz. Wracam do Proulx i czytam dalej jej „Bagna, mokradła, torfowiska” w tłumaczeniu Szymona Drobniaka. „Ludzie z bagien” wyłaniają się gdzieś w połowie książki i uzupełniają opowieść o terenach podmokłych jako archiwach przyrody, archiwum historii Ziemi, ludzi i nie-ludzi. Wrócimy do nich.
Annie Proulx, amerykańską dziennikarkę i pisarkę, znamy bardzo dobrze. Autorka opowiadania „Tajemnica Brokeback Mountain” (polski przekład Konrada Majchrzaka) – zekranizowanego i nagrodzonego trzema Oscarami – oraz wspaniałej (również zekranizowanej) powieści „Kroniki portowe” (przekład Jędrzeja Polaka) niemal zawsze osadza akcję swoich tekstów w ciekawych okolicznościach przyrody. Malownicze góry, surowa Nowa Fundlandia, a teraz esej o bagnach, mokradłach i torfowiskach. Tę ostatnią książkę, podobnie jak wcześniejszą powieść „Drwale” (ponownie przekład Jędrzeja Polaka), pisze przez pryzmat emocji wywołanych zmianami w środowisku.
Impulsem do pisania książki o terenach podmokłych nie jest tylko żal po znikającym krajobrazie i poczucie straty. Jest nim również próba zrozumienia, jak działają, dlaczego znikają i jaki mają związek z kryzysem klimatycznym. Temat wciągnął Proulx na długo. Trudno się dziwić, jest ogromny, obejmuje w zasadzie historie z całego świata i ma rzeczywiście znaczenie globalne. Torfowiska przechowują ogromne ilości dwutlenku węgla skumulowanego w sprasowanych przez ciśnienie ciałach roślin – dwukrotnie więcej niż wszystkie lasy na Ziemi, obejmujące ponad 30% jej powierzchni. Tymczasem torfowiska zajmują jedynie około 3% powierzchni globu. Wymieńmy kilka z nich: Cuvette Centrale w Kotlinie Konga, Wielkie Torfowisko Wasiugańskie, Flow Country w Szkocji czy teren Biebrzańskiego Parku Narodowego. Wszędzie, gdzie wkraczał człowiek, torfowiska, tereny bagienne i podmokłe były osuszane. Oznaczało to uwalnianie do atmosfery potężnych ilości gazów cieplarnianych, radykalne ingerencje w stosunki wodne – kryzys wodny, pogłębianie kryzysu bioróżnorodności i przyczynianie się do ogólnoświatowego kryzysu klimatycznego. Dość powiedzieć, że dzisiaj zdegradowane torfowiska emitują 6% gazów cieplarnianych antropogenicznego pochodzenia (jednym z takich emisyjnych „hot spotów” jest Polska).
I tak w kilku krótkich zdaniach dotarliśmy do katastrofy. Moglibyśmy się tu rozejść i zamknąć tekst. Jednak Proulx zatrzymuje nas pytaniem o przeszłość: „Zanim znikną ostatnie mokradła, chciałam dowiedzieć się więcej o świecie, który tracimy. Czym był świat torfowisk niskich, wysokich i bagien? Jakie znaczenie miały te tereny – nie tylko dla ludzi, ale dla wszelkiego życia na Ziemi?”.
Zacznijmy od kłopotu terminologicznego. W co wdeptujemy, wchodząc w świat książki Proulx? Subtelności nazewnictwa bagiennego doskonale tłumaczy profesor Wiktor Kotowski, jeden z założycieli Centrum Ochrony Mokradeł: „nie istnieje coś takiego jak sformalizowany kodeks nazewnictwa bagiennego, czy mokradłowego – wręcz przeciwnie, stosowane terminy pochodzą z wielu różnych dziedzin nauki i wiedzy, w których obszarze zainteresowania znalazły się tereny podmokłe: biologii, geologii, rolnictwa, torfoznawstwa, leśnictwa”. Co więcej: „Ważnym kontekstem zdefiniowania pojęć jest też ich powiązanie z terminami funkcjonującymi w innych językach – zwłaszcza w angielskim”.
W uproszczeniu, na potrzeby dalszego wywodu ustalmy: mokradła to termin najszerszy, w języku polskim oficjalnie ujęte jako obszary wodno-błotne[1]: tereny bagien, błot i torfowisk lub zbiorniki wodne zarówno naturalne, jak i sztuczne, stałe i okresowe, o wodach stojących lub płynących, słodkich, słonawych lub słonych (łącznie z wodami morskimi, których głębokość podczas odpływu nie przekracza 6 m). Węższym terminem jest bagno, a jeszcze węższym bagno torfowe, często w języku polskim skracane po prostu do torfowiska. Jednak bagno jest zawsze mokre, a torfowisko czasem już nie.
Proulx w swojej książce przyjmuje trójdzielną terminologię dotyczącą interesujących ją obszarów: torfowisko niskie (ang. fen) – w uproszczeniu: to te głębokie, zasilane wodami spływającymi z wyżej położonych rzek i jezior, królestwo traw bagiennych, trzcin; torfowisko wysokie (ang. bog), czyli zasilane wodami opadowymi, królestwo mchów torfowców; bagno (ang. swamp) – płytki, grząski teren zarastany przez drzewa i krzewy. Żeby było ciekawiej, sama autorka powędruje w boczne ścieżki wytyczonej drogi, opisując choćby lasy namorzynowe. O tym, że kwestia terminologiczna dostarcza piszącym problemów, zaświadcza przygoda Sebastiana Musielaka. Tłumacząc świetną powieść Juhaniego Karili „Polowanie na małego szczupaka”, dziejącą się niemal w całości wśród mokradeł Laponii, Musielak niemal utonął, próbując dopasować polski język bagien do fińskich odpowiedników i nie uszczuplić bogactwa przyrodniczego i językowego terenów podmokłych. Z tak bogatymi ekosystemami mamy do czynienia. Ponieważ tereny podmokłe ulegają w czasie nieustannym przekształceniom, musi je ścigać również terminologia. „Praca naukowców od mokradeł polega na identyfikowaniu i katalogowaniu wciąż zmieniających się sposobów, w jakie łączą się ze sobą woda, ląd oraz rośliny” – pisze Proulx.
Przyznaje także: „Zastanawiając się jak wyglądają torfowiska, przyjrzałam się dziełom holenderskich malarzy, którzy żyli wśród podobnych wód i nieba oraz drgającego horyzontu”. Jak zobaczyć świat i zachodzące w nim zmiany również krajobrazu i klimatu w sztuce, uczył nas Nicholas Mirzoeff[2], zabierając niewinność obrazom choćby Moneta. Zauważał, że niesamowite barwy nieba impresjonisty były częściowo spowodowane obecnymi wówczas wyziewami rodzącego się wielkiego przyspieszenia przemysłu. Obraz „Rozładunek węgla” spowity jest „przytłumioną żółtą mgiełką dymu węglowego”, a na obrazie „Impresja, wschód słońca” tenże dym miesza się z „niebieskim światłem i czerwienią wschodzącego słońca”. W historii polskiego malarstwa też znajdziemy zapis zmian w przyrodzie. Obrazy Józefa Chełmońskiego przypominają nam, że mieliśmy kiedyś na terenie Polski dużo sroższe zimy, zalegający miesiącami śnieg i błoto pośniegowe, w którym grzęzły ówczesne środki transportu. „W niepamięć odeszła Polska, którą znamy z klasyków naszej literatury albo z obrazów Juliana Fałata: ta, w której zimą nasz kraj okrywa gruba warstwa śniegu, a gdy topnieje, rzeki co roku na wiosnę wylewają. Zastępuje ją nowa Polska, która stawia przed nami zupełnie inne wyzwania związane z zaburzonym obiegiem wody”[3] – zauważa Jan Mencwel w książce „Hydrozagadka”, opisującej proces meliorowania kraju. Według przywoływanego już Kotowskiego osuszono w Polsce nawet 80–90% terenów podmokłych. W imię walki z dziczą, w imię cywilizacji, walki o ziemię i tereny sprzyjające rolnictwu. Właściwie do dziś proces odwadniania Polski się nie zakończył. „Świat się zmienia”, pisze Mirzoeff, a sztuka – tak malarstwo, jak i literatura – odnotowuje to skrupulatnie (nawet jeśli mimochodem).
„Rzadko myślimy o dźwiękach dawnych czasów” – zauważa Proulx. Jak brzmiał niezmeliorowany krajobraz?
Cofam się pamięcią do wyjątkowo mokrej wiosny, którą przeżywaliśmy kilka lat temu. Chodząc wtedy po Puszczy Białowieskiej, szukaliśmy przejść nad okresowymi błotami, wdrapując się na kłody leżące w poprzek mokrego. Pamiętam to niesamowite wrażenie „chodzenia po niebie” – w rozlewającej się na dnie lasu wodzie odbijały się czubki świerków i chmury. Potem na trzy godziny ugrzęźliśmy w (właśnie „w”, nie „na”) łące. Woda zalała wysokie trawy, tworząc bulgocząco-chlupiący teren, po którym poruszanie się było żmudne, a szukanie przejścia (takiego, by nie zanurzyć się po uda) trudne. Wyszliśmy z niedowierzaniem, że nam się udało. Wylaliśmy wodę z kaloszy (tu podłóżmy znów dźwięk ciurkającej wody), wykręciliśmy skarpetki (kapanie) i ruszyliśmy dalej przez ciemniejący las. Przed lasem czekało nas przejście przez kolejną część łąki, zalanej tylko do naszych kostek, za to ściętej lekkim mrozem. Każdy krok polegał na postawieniu buta na cieniutkim lodzie, przeniesieniu ciężaru ciała powodującego załamanie lodu. Niesamowicie męczące sekwencje: chrup, plusk, ciamk, chrup, plusk, ciamk. I jeszcze cmok, kiedy wyciągasz but z błota. Przywołuję te onomatopeje, bo tylko tak możemy usłyszeć w tekście bagno.
Nie dziwi, że tereny podmokłe miały swój własny słownik. Proulx znajduje go u Roberta Macfarlane’a. W książce „Landmarks” wymienia on pojęcia, których Brytyjczycy używali dawniej do opisu krajobrazu: „[…] z samej tylko Wschodniej Anglii i tamtejszego fenland pochodzą: roke, słowo oznaczające wznoszącą się wieczorną mgłę; skradge, usypany z ziemi wał na szczycie starego wału; fizmer, dźwięk trawy poruszanej lekkim wiatrem; didder, sposób, w jaki bagno drży, gdy się na nie nastąpi; poisestaff, oznaczające tyczkę do przeskakiwania przez rowy”. „Każde miejsce ma swoją opowieść”, jak stwierdza Proulx, ale każde ma też swój język, który znika razem z miejscem. Nie są to języki wyłącznie ludzkie. Ornitolodzy słyszą wysychanie. Im mniej okresowo zalewanych terenów, wiosennych mokradeł, tym mniej migrujących ptaków: słonek, ostrygojadów, batalionów, rycyków. Muszą one wybierać inne trasy i punkty międzylądowań, a w końcu inne miejsce na lęgi. Dalsze istnienie gatunków uzależnionych od terenów podmokłych staje pod znakiem zapytania. Znikanie wody z krajobrazu to zmiana na tak wielu poziomach, że trudno nie zastygnąć w przerażeniu.
Co roku jeżdżę wiosną do Puszczy Białowieskiej. Od tamtego czasu, gdy brnęliśmy przez mokrą łąkę, nasze spacery są inne. Teraz szukamy wody. Bagna wokół rzeczki Krynicy z roku na rok są uboższe. Wreszcie, w 2026 roku, po latach apeli przyrodników, rowy melioracyjne odwadniające Puszczę są zasypywane. Ale wody jest na razie wciąż mało – więc choć to działanie ogromnie krzepiące, nasuwa się pytanie: czy nie podjęto go za późno?
Torfowiska, bagna, mokradła, tereny podmokłe zatrzymują wodę, wspierają jej filtrację, nawilżają powietrze. Ich rola w ekosystemie ziemskim jest nie do przecenienia. Torfowiska mają też potężną pamięć. Pamięć roślin zaklętą w dwutlenku węgla, który wcześniej wiązały w swoich ciałach, fotosyntezując. Odkładający się przez setki i tysiące lat torf ma właściwości konserwujące. Również ludzkie ciała – jak to, które do swojego wiersza włożyła van der Broeck. „Ludzie z bagien”, zachowane szczątki kobiet, mężczyzn, dzieci działały na wyobraźnię kulturową od wieków. Proulx przypomina, że ten motyw wykorzystał między innymi Seamus Heaney w tomie „North”, „w którym podejmuje temat konfliktu w Irlandii Północnej (The Troubles) oraz sięga głęboko w przeszłość, poszukując obrazów i symboli odzwierciedlających przemoc oraz napięcia polityczne tamtego okresu”. Tymi symbolami są bog bodies – „ciała z bagien”. W 2025 roku Seamus Heaney HomePlace – centrum sztuki i literatury mieszczące się w miejscu urodzenia i pochówku poety, poświęcone mu w całości – zaprosiło czytelników do wspólnego świętowania pięćdziesięciolecia wydania tomu „North”. Z tej okazji odbył się koncert, „podczas którego naukowe zagadnienia były przedstawiane za pomocą muzyki”, a chór zabrał publiczność „w tajemniczy świat torfowisk”, przybliżając ich znaczenie historyczne i mitologiczne oraz najnowsze ustalenia dotyczące ich ekologicznej roli. Czytano wiersze, grano muzykę, a jednodniowe sympozjum zaszczyciła swoją obecnością profesor Turi King, która badała ciało Człowieka z Tollund, zmarłego prawdopodobnie w IV wieku p.n.e., wydobytego z torfu w Danii w 1950 roku. Jeśli poezja i nauki przyrodnicze mogą się przenikać, nawzajem oświetlać i promować konkretne ekosystemy, to obchody rocznicy wydania tomu „North” są tego wspaniałym przykładem. „Wydarzenie podkreślało głęboki związek między historią, archeologią i twórczością Heaneya oraz znaczenie tych odkryć [ciał z bagien] dla zrozumienia zarówno przeszłości, jak i jego poetyckiej wizji” – piszą organizatorzy.
Co jeszcze o przeszłości mówią nam torfowiska? I dlaczego, jak nawołuje Proulx, musimy je poznać, zanim zupełnie znikną, a po nich my?
„Każdego roku roślinność wegetuje, produkuje pyłek, który uwalniany jest do atmosfery, do powietrza. Fruwa, później opada. Jeżeli trafi na odpowiednie warunki, takie właśnie jak wilgotne warunki na torfowiskach – zostaje zakonserwowany i warstwa po warstwie odkłada się. I właśnie te warstwy są dla nas, palinologów, archiwum, które odczytujemy”. Dzięki archiwom przyrody doktor Marcelina Zimny – do której dzwonię między kolejnymi rozdziałami książki Proulx – mogła badać, co działo się na terenie dzisiejszej Puszczy Białowieskiej po ustąpieniu zlodowacenia około dwunastu tysięcy lat temu. Najpierw pojawiła się roślinność tundrowa. A im dalej w czas, tym więcej drzew:
Dzięki analizie pyłkowej widzimy, jak drzewa powolutku wkraczały na teren dzisiejszej Puszczy. Jak te, które się stąd wycofały, wracały powolutku z ostoi glacjalnych. Tracąc torfowiska, tracimy wiedzę potrzebną, żeby zrozumieć, jak działa środowisko, w którym żyjemy. Żeby umieć teraz i w przyszłości odpowiedzieć na kryzys klimatyczny. Nie tyle modyfikować – bo my chcemy wszystko modyfikować – ekosystem, ale raczej zareagować, wesprzeć te miejsca, które szczególnie narażone są na zagładę
– mówi Zimny.
Kategoria czasu wydaje się kluczowa, żeby zrozumieć, jakie tajemnice kryją torfowiska. Torf akumuluje się bardzo wolno, dlatego widoczne są w nim zmiany dziejące się powoli na przestrzeni wieków i epok geologicznych. Zimny tłumaczy:
Naukowcy, którzy próbowali przewidzieć, jak będzie się zmieniał skład gatunkowy naszych lasów wobec katastrofy klimatycznej, załamują ręce, przyznają, że w swoich badaniach nie wzięli pod uwagę tak szybkich zmian, jakie dziś w przyrodzie obserwujemy. Coś, co można było odczytać pod mikroskopem, badając pyłek, procesy trwające, dekady, wieki, dziś dzieje się na naszych oczach. To przerażające. Coraz trudniej przewidzieć, co będzie dalej. Ale im więcej mamy danych, również właśnie z badań palinologicznych, tym większe szanse, że zrozumiemy, jak nasze środowisko będzie się kształtować.
Zaglądanie we własną historię – tak istotne dla organizatorów obchodów rocznicy wydania tomu „North” Heaneya – jest równie ważne dla palinologów. Doktor Zimny zwraca uwagę, że niszcząc torfowiska, jesteśmy jak ludzie palący zabytki i archiwa. Bezrefleksyjnie skazujemy się na niepamięć. A antropocen zaznaczy się w torfie niezbyt grubą warstwą materiału, słabo odczytywalną, skażoną mikroplastikiem. Taki zapis chcemy po sobie zostawić? Czy w ogóle nas to obchodzi? Proulx pisze: „Jestem zwolenniczką Fernanda Braudela, historyka, który wierzył – tak jak ja – że możemy odkrywać ślady przeszłości, przyglądając się »klimatologii, demografii, geologii i oceanologii oraz skutkom wydarzeń, które zachodzą tak powoli, że są niezauważalne dla tych, którzy je przeżywają«”. Dostrzeżenie tego, co niezauważalne – oto sedno ekscytacji, z jaką Proulx zanurza się w historię terenów podmokłych.
Badania z zakresu nauk przyrodniczych oraz analiza literatury i dzieł sztuki mogą iść w parze, żeby pomóc pełniej opisać świat, który za nami pozostał. Doskonale widać to w „Bagnach, mokradłach, torfowiskach” – książce nieco chaotycznej, może zbyt opakowanej terminologią, ale zarazem przepełnionej troską, za którą Proulx ogromnie doceniam. Zarówno w nienajlepszej literacko powieści „Drwale”, jak i w omawianej w niniejszym tekście książce widać ogromną determinację autorki, żeby złagodzić „nieustanne tępe poczucie winy” wobec świata, który znika. Złagodzić solastalgię – to okrutne uczucie nazwane przez australijskiego filozofa Glenna Albrechta, oznaczające żal i tęsknotę za domem, który wysycha na naszych oczach. Może pisanie to niewiele, ale jeśli to właśnie umiemy robić – czy pozostaje nam coś innego?
Mam solastalgiczną zasadę, powstałą dzięki lekturze tekstów Joanny Macy, by nie zostawiać czytelnika czy słuchacza z poczuciem przegranej. Chcę jej dopełnić i w tym tekście. Mokradła być może znikną. Ale jest coraz więcej ludzi, których ich los obchodzi. W najgorszym wypadku nie będziemy w swoim smutku sami. W najlepszym – coś uda się uratować. W Polsce od 2001 roku istnieje Centrum Ochrony Mokradeł, które tworzą wspaniali specjaliści wykonujący olbrzymią pracę edukacyjną, badawczą, aktywistyczną. Rowy melioracyjne w Puszczy Białowieskiej są zasypywane, co jest również efektem lobbowania za utrzymaniem i wzmocnieniem Zielonej Tarczy Wschód. To garść z wielu inicjatyw. Inna z inicjatyw, która bardzo mnie wzruszyła, przywoływana jest w książce Proulx. Świadczy o sile literatury – poznajcie ją.
Północno-wschodnia Indiana (USA), niewielkie mokradło Limberlost. W latach 20. XX wieku matka Proulx, wtedy nastolatka, zaczytuje się w powieści „Girl of the Limberlost” Gene Stratton-Porter, dziejącej się oczywiście w scenerii mokradła. W latach 1888–1910 teren został osuszony mimo protestów pani Porter (protestowała!). W latach 90. fani powieści, czytelnicy z Indiany, wykupują część terenu i z pomocą kilku organizacji przyrodniczych odtwarzają bagno, usuwając rury drenarskie. Poziom wody podniósł się, zasadzono rodzime rośliny, wróciły ptaki, owady, płazy. Teren jest nadal zagrożony wyschnięciem, ale na razie odtworzone mokradło Limberlost „tętni życiem”.
Moglibyśmy machnąć ręką – wszak skala tego przedsięwzięcia jest mikra. Ale mówi o czymś ogromnym, co dotyka każdego wątku w tym tekście: poczucia tożsamości. Krajobraz zakorzenia się w nas. Z tego wynikają troska, poczucie straty i inne emocje, które popychają nas do obrony przyrody – czy przez aktywizm, czy poprzez pisanie.