Z Martą Tomczok, autorką książki reporterskiej „Blizny. Krajobrazy poprzemysłowe” rozmawia Anita Jarzyna
Marta Tomczok: Słowo „blizna” jest na tyle wieloznaczne, że może jednocześnie odnosić się do doświadczeń ludzi i nie-ludzi, czyli środowiska. Metafora blizn świetnie, moim zdaniem, łączy te różne porządki i przestrzenie, które są obecne w książce. Łączy je materialnie, organicznie, dzięki czemu umożliwia rozpoczęcie dyskusji o tym, co jest w rzeczywistości obiektem zainteresowania historii środowiskowej. Nie jest nim na pewno samo środowisko, ale właśnie człowiek w nim żyjący. W tym sensie wydaje mi się, że blizny spinają te problemy. Ale zarazem mogą być i są pojęciem mylącym dla czytelników, którzy oczekują od książki opisu krajobrazów poprzemysłowych sensu stricte.
Mam jednak poczucie, że oddając głos ludziom, którzy mówią w imieniu krajobrazów, zdecydowałam się na mniej oczywiste i zarazem uczciwsze rozwiązanie. Bo wbrew szumnym obwieszczeniom i roszczeniom niektórych autorów czy autorek, środowisko samo w swoim imieniu nie mówi. Taki wniosek nasuwa mi się po latach śledzenia dyskusji o tym, jak opowieść nieantropocentryczna może funkcjonować w literaturze czy szerzej – humanistyce. Mówią ludzie, którzy pamiętają, jak środowisko się zmienia, jak niszczeje, jak jest brutalnie usuwane, ludzie, którzy organicznie ten proceder odbierają. Pod tym względem wydaje mi się też, że ten tytuł jest uczciwy, bo nie udaje, że opowieść nieantropocentryczna może być rzeczywiście nieantropocentryczna.
Tymczasem za zniszczeniami krajobrazu czy przestrzeni, z której znikają ludzie, stoją jednak dalej ci ludzie. I prawdopodobnie w bardzo wielu wypadkach przedstawienia takich przeestetyzowanych, melancholijnych krajobrazów – jakie znamy chociażby z książek Filipa Springera – mogą się pojawiać (czy pojawiliby się) ludzie, gdyby osobie piszącej chciało się tych ludzi znaleźć i z nimi porozmawiać. Wielu reporterów, decydując się na pewien sposób opowiadania, nie pyta dawnych mieszkańców o to, jak funkcjonowali w danym krajobrazie, czy chcieliby w nim funkcjonować dalej. Mnie natomiast to wydało się kluczowym doświadczeniem zbiorowego życia Polski po 1945 roku. W którymś momencie zaczęłam się zastanawiać, co się tu, w tym kraju, stało pod wpływem przemysłu. W rezultacie moja książka z opowieści o ludziach i krajobrazie stała się książką o historii różnych zbiorowości, które przeszły duże zmiany. Nie jest to oczywiście książka socjologiczna, więc nie odpowiada wprost na pytanie, które dałoby się zilustrować liczbami czy mapowaniem wszystkich miejsc borących udział w tych przekształceniach. Chcę raczej zwrócić uwagę na pomijane, nieopowiadane w historii społeczeństwa zjawisko wysiedleń przemysłowych.
Twoje pytanie dużo mi samej wyjaśnia. Chciałam, żeby książka dała bohaterom sposobność przeniesienia się w tamten czas, ponownego przeżycia wysiedlenia i odniesienia się do tego problemu. Słusznie porównywałaś i odróżniałaś te dwa – polityczne i przemysłowe – doświadczenia wysiedleń, ale myślę, że ostatecznie one się niczym nie różnią, jeśli chodzi o przenoszenie się w obrębie granic. Bo i tu, i tam granice się zmieniają. Czy będzie to zmiana granic zamieszkania w obrębie państwa, które przestaje istnieć, czy przestrzeni do życia, która przestaje istnieć, ludzie muszą się przenieść z miejsca, które znali, do miejsca, którego nie znają. W obu przypadkach tracą przestrzeń do życia. Więc w gruncie rzeczy dla wielu osób będą to bardzo zbliżone w sensie dotkliwości doświadczenia.
Tak, w przypadku wysiedleń przemysłowych niemożliwość powrotu wydaje się nawet bardziej dojmująca. Wysiedlenia, które znamy z historii Polski, obejmowały bardzo różne pod względem urbanizacji obszary; często były to miasta, które Polska traciła w całości albo w części, ale te miasta nie przestawały istnieć. A wysiedlenia przemysłowe dotykają głównie wsi i ziemi, która dosłownie znika, przykryta górą, zatopiona sztucznym jeziorem, a z którą ludzie byli szczególnie zżyci, co wynikało z długotrwałego, niekiedy uporczywego uprawiania tej ziemi, ziemi przodków, ziemi ojców. Związek z nią był doświadczeniem nie tyle romantycznym, ile chtonicznym.
Oczywiście, wysiłek fizyczny pracy na roli jest przecież połączony z bezbrzeżnym doświadczaniem ziemi, z którą było się od świtu do zmroku. Nie da się tego doświadczenia tak łatwo zastąpić czym innym – opowieści ludzi w mojej książce tłumaczą, dlaczego.
Natomiast to, że czasem książka przenosi w moje własne doświadczenia, wynika z pisarskich decyzji. Wiedziałam, że prowadząc siebie i czytelniczkę po tak różnych przestrzeniach, muszę znaleźć klucz, który wyjaśni porządek opowieści – dlaczego rozpoczyna się w jednym miejscu, a kończy w innym. To nie jest łatwa decyzja, szczególnie dla osoby, która wcześniej starała się porządkować materiał według zupełnie innych miar i wag – problemowych, historycznych. Uznałam, że najuczciwiej będzie opowiedzieć tę historię tak, jak ją przeżywałam, czyli poprzez podróż. Zresztą teraz, kiedy pracuję nad kolejną książką reportażową, okazuje się, że to doświadczenie jest mi cały czas pisarsko bliskie. Pewnie to kwestia predyspozycji czy wręcz biologii, że dobrze się czuję w takiej opowieści, która – jak pisze Rebecca Solnit – układa się względem wędrówki. Chyba większość z nas zna to doświadczenie; w podróży przychodzą nam do głowy pomysły, które nigdy by nie przyszły w innych okolicznościach. Uświadomiłam sobie też, że rzeczywistość długo się we mnie odkłada i pracuje, wymaga powolnej sedymentacji. Nigdy tak nie miałam z literaturą. To był i jest materiał, który dosyć szybko porywa mnie do działania, szybko prowokuje, a rzeczywistość nie. Nie mam problemu z tym, by po przyjściu z terenu natychmiast coś zanotować. Ale wydaje mi się, że narracja podróżnicza polega na czym innym. Robert Macfarlane uważa, że opowieść o podróży powinna być taka jak podróż, czyli często bezcelowa albo zaskakująca efektem. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co nas spotka ani w czasie podróży, ani na końcu podróży. Podróż, jak w wielu opowieściach z serii Sulina wydawnictwa Czarne, musi się siłą rzeczy rozlewać. Trudno od nich oczekiwać, że będą zwartym, problemowym reportażem. Wiele mnie zaskakiwało i zależało mi, żeby perspektywa bycia zaskakiwaną otwierała się również przed czytelniczką. Tak jak przed większością z nas otwiera się problem wysiedleń, którego przez tyle lat nie byliśmy świadomi.
Gdybym przyjęła wyłącznie reporterską metodę pracy, mocno zanurzoną w reportażu historycznym, i nie opierała się głównie na tym, co opowiadali wysiedleni, prawdopodobnie inaczej opisywałabym te przestrzenie. Większość z nich nie była żadnymi rajami. Cóż to w ogóle za kategoria? Naznaczona topiką „et in Arcadia ego”, kojarzy się z kiczem i nadmierną sentymentalnością czy czułością, która z kolei dziś jest szczególnie piętnowana i rugowana. W istocie te krainy, o których piszę, rozrzucone po różnych, słabo zurbanizowanych miejscach w Polsce, mogłyby raczej kojarzyć się z zacofaną wsią opisaną przez Edwarda Redlińskiego w „Konopielce”. Prawdopodobnie mogłyby zostać uznane za mało interesujące przyrodniczo. I właśnie dlatego zdecydowałam się uruchomić w języku te czułe, sentymentalne rejestry, żeby wzmocnić wartość tamtej przyrody, szczególnie dla tych, którzy w niej żyli. Te osoby nie opowiadały o sile swojego przywiązania językiem Macfarlane’a. Dlatego uznałam, że słowo „raj”, które, podobnie jak „wysiedlenie”, przyszło od nich, jest słowem, które należy zachować.
Zdałam sobie z czasem sprawę, ale bardzo późno, już po napisaniu książki, że być może przygotowało mnie do niej i przemówiło w niej moje wczesne doświadczenie wyprowadzki ze wsi, którego nie miałam możliwości intelektualnie przepracowywać, a które było dla mnie dotkliwe, bo było właściwie pożegnaniem się i z moją szkolną klasą, i z domem, i przede wszystkim z psem, który krótko po tym zmarł. Ale zasadniczo do rozmów z osobami poszkodowanymi, osobami wysiedlonymi, nie byłam w żaden sposób zawodowo przygotowana. Nie jestem terapeutką, psycholożką, osobą, która została przeszkolona, by rozmawiać z ludźmi straumatyzowanymi. Nie miałam też kwestionariusza pytań, starałam się być odpowiednio oczytana i otwarta na to, co moi rozmówcy i rozmówczynie będą chcieli opowiedzieć. Pomocne podczas naszych spotkań okazały się stare zdjęcia. Pokolenie, z którego wywodziła się większość moich rozmówców, jest przywiązane do zdjęć analogowych, kiedy je objaśniali, łatwiej się otwierali. Ale nie przypominam sobie sytuacji, w której miałabym poczucie, że jestem zbyt natarczywa. Raczej mówiono mi, że przyszłam za późno, bo więcej dowiedziałabym się od starszych pokoleń. W środowiskach, do których trafiałam, rozmowy o wysiedleniach odbywały się między dawnymi mieszkańcami czy sąsiadami. Chyba nikt nie zostawał sam z tymi doświadczeniami. Problem w tym, że nikt z zewnątrz ich nie dostrzegał i nie uznawał, nie prowadzono badań, na przykład antropologicznych, nie było dziennikarzy. Te tematy poza kilkoma wyjątkami pozostawały nienaruszone.
Władza w Polsce Ludowej w kwestiach związanych z przemysłem była bezwzględna i reprezentowała tylko jeden model myślenia o wysiedlanych ziemiach. Właśnie kolonizacyjny, co oznaczało, że te ziemie trzeba zdobyć i wydobyć, a ludzie muszą się temu podporządkować. Do dzisiaj zresztą wysiedlane ziemie są objęte kategorią wyższej konieczności. Stosując ją, bardzo łatwo odsunąć na bok nie tylko problemy emocjonalne wysiedlanych ludzi, ale przede wszystkim kwestie środowiskowe. Nawet całkiem niedawno spotkałam się z argumentacją jednego z geologów, który krytykując przeciwników rozbudowy obiektu przemysłowego, twierdził, że chcą oni żyć w rezerwacie. Rezerwat był metaforą życia pod kloszem. W myśl tej logiki normalnością byłoby to, że żyjemy w środowisku powolnej przemocy przemysłu, która rzekomo nam nie szkodzi. Mówimy tutaj o obecnych czasach, nie o aberracjach lat 70. czy 80. Wydaje mi się, że ta retoryka niewiele się zmieniła przez ostatnich 50 lat. W dalszym ciągu ci, którzy nie chcą się zgodzić na wysiedlenie, uznawani są za oszołomów, troglodytów, którzy nie potrafią zrozumieć, że zmiany potrzebne są i państwu, i im samym, jakoby cywilizacyjnie zacofanym. Niewiele się zmieniło, ponieważ ta retoryka nie bierze pod uwagę, że konsensusu społecznego nie osiąga się wyłącznie na poziomie ekonomicznym. On jest bardzo ważny, aczkolwiek jest też obarczony największym ryzykiem, że się nie dogadamy.
To jest efekt fałszywego wyobrażenia o funkcjonowaniu i oddziaływaniu przemysłu, którego szkodliwość często wydaje nam się ograniczona do terenu zajmowanego przez dany zespół obiektów, kombinat, kominy i tym podobnie. W związku z czym ulegamy iluzji, że wystarczy postawić płot, najlepiej pas ochronny i duży las. A tymczasem powolna przemoc polega na tym, że skażenie działa zupełnie inaczej, co wiemy oczywiście dzięki książce Roba Nixona, ale też dzięki wielokrotnemu analizowaniu przypadku Czarnobyla i długotrwałego działania promieniowania.
O Antoninie Leńkowej pierwszy raz usłyszałam od Ciebie, kiedy zajmowałaś się Wiktorem Woroszylskim, który czytał jej „Oskalpowaną ziemię” w połowie lat 70., czyli tuż po wydaniu. Na tym przykładzie widać, jak daleko oddziaływała. Jej książki miały wiele wydań, musiała być rozpoznawalna. Ale interwencje ekologiczne szerzyli też dziennikarze piszący do wysokonakładowej prasy – na przykład Celina Kulik. Jej życiorys jest dla mnie do dzisiaj nieodgadniony, dość powiedzieć, że znika z horyzontu w 1969 roku: przestaje pisać, nigdy nie udało mi się odpowiedzieć dlaczego. Ona, jako typowa dziennikarka terenowa, odwiedzała najróżniejsze przestrzenie, od Turowa, Bogatyni, przez Bełchatów, Zagłębie Miedziowe, po Zabrze, właściwie była wszędzie, gdzie prowadzono wielkie inwestycje, swoje widziała i swoje pisała. W tym czasie zawiązała się też grupa Krajobrazy, działali w niej Jerzy Urban, Krzysztof Teodor Teoplitz czy Daniel Passent. Sama Leńkowa miała wiedzę, której w takim stopniu nie mieli dziennikarze, wiedzę z opracowań zagranicznych. Interesowała się historią ekologii, pustynnieniem ziemi, zasoleniem oceanów, dewzrostem, szkodami górniczymi.
Tak, dzięki czemu była tak chętnie czytana. Potrafiła opowiadać, wprowadzać ciekawe kategorie, chociażby księżycowy kraj czy oskalpowaną ziemię. Ta fraza nie odnosi się wyłącznie do zniszczeń, zanieczyszczeń czy skażeń, ale wiąże się po prostu z górnictwem odkrywkowym.
Nie miałam żadnej mistrzyni czy mistrza. O tym, że można w ogóle naśladować czyjeś pisanie, pomyślałam stosunkowo późno, co jest dziwne, skoro jestem literaturoznawczynią. Byłam chyba zbyt przejęta własną działalnością. Może gdybym naśladowała, ta książka byłaby znacznie lepsza.
Najważniejsze chyba dla mnie było pisarstwo okresu PRL-u, po prostu lubię tę literaturę z jej wyobraźnią krajobrazową, językiem, składnią pojemnego zdania.
Terenowa. Myślę, że kiedy powstawała, nikt sobie nie stawiał pytań o tego rodzaju granice. Na przykład Jerzego Putramenta, który był jednym z moich wzorców, nie czytano w ten sposób, aptekarsko oddzielając komponent fikcji od reportażu. Podobnie wiele zawdzięczam Wilhelmowi Szewczykowi. Bardzo lubię reportaże Moniki Warneńskiej. Bliski jest mi jej sposób działania i reagowania, dużo czytała i nie kryła, że nierzadko to książki wiodły ją w konkretną przestrzeń, a jak tam jechała, była w stanie chłonąć wszystko. W zdecydowanie mniejszym stopniu pociąga mnie podróżopisarstwo czy reportaż środowiskowy współczesnych tłumaczonych u nas pisarzy, takich jak wspomniany już Macfarlane czy David Farrier. Gubię się w ich meandrycznych opowieściach. Dlatego sama wybieram raczej formę pisarstwa, które nazwałabym objazdowym.
Dotykasz tu, od jeszcze innej strony, kluczowego problemu mojej książki, od którego zaczęłyśmy rozmowę, czyli tego, czym jest krajobraz. Gdyby nie była to tak sztuczna i tak już zużyta jednostka intelektualna czy narracyjna, obrosła różnymi znaczeniami, nie byłoby mowy o tym, żeby przypisywać sobie w odczuwaniu tego krajobrazu takich intruzywnych, zewnętrznych afektów, jak zachwyt. Gdyby te przestrzenie opisywać zupełnie neutralnie, nie byłoby się czym zachwycać, tu jest komin, tu jakiś inny obiekt, tu są góry, tu martwe drzewa. Rzecz jednak w tym, że zachwyt przytrafia się w dzikiej przyrodzie, przytrafia się w przestrzeniach, które są bardzo atrakcyjne przyrodniczo, niezależnie od tego, czy są w nich kominy, czy ich nie ma.
Jako narratorka wchodzę w te przestrzenie w latach 20. XXI wieku. Nie mam pojęcia, czy gdybym przyjechała tam krótko po wybudowaniu tych zakładów, w latach 70., 80., byłabym w stanie zachować ten sam zachwyt. Myślę, że nie. Teraz staram się krytycznie podejść do swoich wyborów. Ale pisząc, nie zastanawiałam się nad tym, czy ten zachwyt jest historycznie uczciwy. Myślę, że on jest po prostu typowy dla tego, co zobaczyłam. Poza tym nie uważam, że musimy mieć negatywne skojarzenia z doświadczeniami przemysłowymi, zwłaszcza jeśli chodzi o przemysł, który wydarza się w środowisku. Przemysł zniszczył te przestrzenie czy mocno je niekiedy nadwątlił, ale nie zdołał pozbawić ich osobliwego piękna. To piękno w wielu miejscach przewrotnie powraca w wyniku renaturalizacji, rewitalizacji, zazieleniania hałd, które obnażone odpowiednim spojrzeniem, okazują się sztucznymi przestrzeniami, ale w dalszym ciągu jest to przyroda. Nie wiem, czy umiem dobrze wytłumaczyć, dlaczego tak reaguję. Nie chcę sprowadzać tego do zwodniczego piękna skażonych krajobrazów. Myślę, że wprowadzenie zachwytu i piękna do opisu może i narratorce, i czytelnicze pomóc uchylić zasłonę Mai. Zobaczyć tę przestrzeń po swojemu. To jest doznanie afektywne – widzi się i nagle jest się oszołomioną, kiedy staje się nad odkrywką czy przed wielkimi kominami. Te miejsca są halucynogenne. Wiem oczywiście, że nie wszyscy podzielają taki zachwyt. Prawdopodobnie reporterski krytycyzm czy obiektywizm każe taki krajobraz poszatkować, wyodrębnić te obiekty przemysłowe, uznać je za obce. Patrzeć z balkonu na elektrownię Bełchatów i brzydzić się kominem, który nie pozwala w spokoju pić porannej kawy. Ale mnie ten problem wydaje się znacznie bardziej skomplikowany. Dlatego wybieram podejście nieselektywne, można powiedzieć, że mortonowskie. Pozwalające dostrzec, jak sadza, dym, przyroda się ze sobą sklejają. Uważam, że afektywne spojrzenie na krajobraz poprzemysłowy musi być spojrzeniem nieselektywnym, gdzie spotykają się ze sobą wzniosłość, lęk, zdziwienie, niezrozumienie, ale na pewno nie wzgarda, wyższościowa odraza.
Ładnie to opowiadasz naukowymi terminami, ale mi tu przede wszystkim chodziłoby o uwzględnienie perspektywy lokalsa, którym jestem w przestrzeni górnośląskiej. Przyzwyczaiłam się do wielu takich miejsc, choćby dlatego że chyba nikt z nas nie jest w stanie długo żyć w przestrzeni, której nienawidzi. To jest podejście uczciwsze niż postawa wyobcowującej niechęci.
Także osób, które po wysiedleniu pracują w przemyśle. Tym bardziej dlatego nie uważam, żeby selekcjonowanie, co jest złe środowiskowo, a co jest dobre środowiskowo, było jedynym sposobem na tak zwany sztafaż ekokrytyczny czy ekopoetycki. Wydaje się, że po Martinie Pollacku, który pokazał, jak bardzo zwodniczy bywa krajobraz, widzenie go w sposób skontaminowany, a nie selektywny, jest zdecydowanie bardziej ekokrytyczne. W przypadku krajobrazów poprzemysłowych nie może być mowy o jakiejkolwiek selekcji, nie można powiedzieć, co jest dobre, a to jest złe. Nawet ludzi w tym zatrutym krajobrazie nie można tak po prostu stamtąd wyrwać i przenieść w jakiś inny, bo oni ten skontaminowany krajobraz noszą w sobie, o czym doskonale wie również literatura, właściwie od początku XX wieku, od „Germinala” Zoli.
Paradoksalnie dziczenie jest procesem, na który człowiek pozwala, a rewitalizacja procesem, który dzieje się bez udziału człowieka. W rzeczywistości jest niemalże odwrotnie, ale na poziomie czysto ideowym, który zaraz rozwinę, wydaje mi się, że jest właśnie tak. W Polsce rewitalizacja i renaturyzacja przebiegają bez partycypacji społecznej. Przebiegają głównie na poziomie architektury krajobrazu, przeprowadzane są przez instytucje, takie jak urzędy miasta, zarządzające gruntami, ale brakuje dialogu ze społecznością, której te krajobrazy mają być zwracane. Natomiast ze zdziczałego krajobrazu ludzie aktywnie korzystają. Po pierwsze, zgadzając się na to dziczenie i nie przeszkadzając przyrodzie się odradzać. Po drugie, korzystając z niej potem w takim stopniu, w jakim ona im na to pozwala. Co wywołuje refleksję, która w ogóle nie ma miejsca przy rewitalizacji czy renaturyzacji, że zmęczona pracą ziemia ma prawo odpocząć. Może sobie odpoczywać całe wieki, bo pracowała też całe wieki. Rewitalizacja natomiast często skutkuje zniszczeniem bioróżnorodności, na przykład czterdziestoletniego lasu, w miejscu którego ma zostać zrewitalizowany krajobraz. Pytanie tylko – dla kogo? Ludzi? Ptaków, jaszczurek, które się stamtąd wypędza? To jest dalszy ciąg kolonizacji.
Różnice polegały przede wszystkim na coraz lepszym dogadywaniu się z ludźmi i częstszych konsensusach. Nie dochodzi już raczej do agresywnych interwencji, jakich w PRL-u dokonywały Służby Bezpieczeństwa, choć nadal, jeżeli państwo uzna obszar za konieczny do wysiedlenia pod inwestycję, to zostanie on bezwzględnie wysiedlony. Z podobieństw wskazałabym przede wszystkim na ostateczność tych działań, plany przecież nie zakładają przywrócenia tych miejsc ludziom. Tymczasem wydaje mi się, że należałoby dać mieszkańcom możliwość myślenia o tym, czy wrócą do swoich krajobrazów i co się będzie z nimi dalej działo. Nadal częstym problemem jest niemożliwość udzielenia ludziom jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy i kiedy zostaną wysiedleni. To dotyczy takich skrajnych przypadków jak Opolno-Zdrój, gdzie mieszkańcy domagają się niekiedy sprzedaży swoich domów, ale to się nie dzieje. I takich miejsc jak Pojezierze Olkuskie, gdzie jest kilka wsi zagrożonych zatopieniem i ludzie prawdopodobnie powinni zostać wysiedleni, a wciąż do tego nie dochodzi. Nie wspominając już o hałdzie w Bolesławiu, która może być toksyczna. Mieszkańcy tych miejsc cały czas są niepewni, czy powinni w nich pozostać. Ta niepewność powoduje w nich dużą frustrację.
Przede wszystkim musiałby istnieć dobry plan wysiedleń, określający konkretny horyzont czasowy, co szczególnie dzisiaj w czasach dosyć niepewnych energetycznie, jest trudne do przewidzenia. Oczywista i konieczna jest pomoc sztabu psychologów i zaspokojenie potrzeb ekonomicznych mieszkańców. I wreszcie czas: na prowadzenie rozmów, negocjacje – tutaj nic się nie powinno dziać nagle, a to przy wysiedleniach często ignorowano. Wszystkie te inwestycje były nagłe. I chyba ostatnia ważna kwestia, w Polsce właściwie nie brana pod uwagę, czyli możliwość zbiorowej relokacji społeczności, które nie chcą się rozproszyć. Rozumiem, że wysiedleń często nie da się uniknąć, ale na tyle, na ile to możliwe, nie powinny się one kojarzyć ludziom ze zniszczeniem, degradacją, kolonizacją czy przemocą. W przeciwnym razie w dalszym ciągu wysiedlenia będą powodowały blizny – i to nie tylko w krajobrazie.