Internetowy dyskurs wokół filmów Wojciecha Smarzowskiego osiągnął już chyba szczyt absurdu. Twórca „Wołynia” jest bodaj jedynym obok Patryka Vegi polskim reżyserem, którego nazwisko regularnie przyciąga do kin miliony widzów. O ile dzieł Vegi nikt nie nazywa lekturami obowiązkowymi – są oglądane raczej wstydliwie i dla czystej rozrywki – o tyle Smarzowski ma reputację narodowego wieszcza, który demaskuje niewygodne prawdy o nas wszystkich. Pod płaszczykiem podejmowania gorącego społecznie tematu może robić, co tylko zechce. Gdy ktoś spróbuje mu coś zarzucić, media społecznościowe natychmiast zaczynają płonąć. Powiesz, że nie podobał ci się „Dom dobry” – wyzwą cię od przemocowców. Stwierdzisz, że nieudolnie stłoczone w nim obrazy cierpienia to za mało na udany film – krzykną, że nic nie zrozumiałeś, boś zimny jak lód. Komentującym zdaje się umykać prosty fakt: że nawet dobry reżyser może podjąć ważny temat i nakręcić fatalny film. Takim właśnie przypadkiem jest „Dom dobry”.
Idę do kina, świeci słońce. Wychodzę z kina, wieje chłodem. Na niebie czarne chmury, na ulicach nikt się nie uśmiecha. „Dom dobry” wyssał życie nie tylko ze mnie, ale i ze świata wokół. Jest w tym nawet coś poetyckiego, w przeciwieństwie do samego filmu. Nie ma się co dziwić, w końcu atrybutem jego twórcy jest siekiera. Wygodna pozycja autora walącego obuchem po głowie pozwala Smarzowskiemu przesuwać granice w pokazywaniu okrucieństw, mnożyć patologie bez końca. W nowym filmie opowiada o przemocy domowej, więc okazji, by sięgnąć po podręczny zestaw narzędzi tortur, ma bez liku – i z każdej korzysta po trzykroć. W kwestiach inscenizacyjnych jest fachurą, nie niedojdą – dobrze wie, jak okręcić widzowi kabel wokół szyi, żeby go udusić. Pytanie tylko, czy taki kiedykolwiek powinien być cel reżysera? I czy jako widz muszę mu się podporządkować?
Smarzowski rzekomo „odkrywa” dla kina przemoc domową. Tymczasem tylko w listopadzie widziałem dwa inne nowe filmy, które ów temat poruszają niejako przy okazji, a i tak robią to lepiej od „Domu dobrego”. Jeden z nich jest polski: w słodko-gorzkich „Ministrantach” Piotra Domalewskiego przemoc objawia się wpierw w gestach wycofania, opuszczonej głowie i drobnych siniakach, by następnie wybrzmieć z właściwą jej grozą. Trudno o dwa bardziej odległe sposoby opowiadania o ludzkich krzywdach i reagowaniu na nie: Domalewski rozdziera serce i skleja je na nowo, Smarzowski próbuje wyrwać je z piersi i wytarzać w gnoju, ale nawet to mu się nie udaje. Dlatego decyzję gdyńskiego jury, by właśnie „Ministrantów” nagrodzić Złotymi Lwami, a „Dom dobry” całkiem zignorować, uważam za słuszną.
W „Christy”, drugim z zaanonsowanych filmów, z amerykańskiej sztampy sportowej kiełkuje obraz małżeńskiego piekła. Reżyser David Michôd wie, jak operować niedopowiedzeniem i szokiem, a przy tym sprawnie szkicuje postaci. Gdy mąż zadaje głównej bohaterce obfite rany kłute, trudno nie uronić łzy, bo dobrze poznaliśmy Christy i dynamikę jej związku, a scena ta jest logiczną kulminacją ciągle eskalujących nadużyć mężczyzny. Powodem, przez który podobnych emocji nie wywołały we mnie akty przemocy w „Domu dobrym”, jest istotna zmiana w twórczości Smarzowskiego. Wczesny Smarzol – ten z okolic „Domu złego” i „Róży” – potrafił uchwycić w mikroskali chwile ludzkiej kruchości. Smarzol późny nie jest do tego zdolny, bo nie opowiada o ludziach, tylko o tematach – na dodatek wyłącznie w trybie interwencyjnym. Bohaterowie są u niego chodzącymi statystykami, zmiksowanymi na miazgę razem z medialnymi nagłówkami i tabloidowymi diagnozami. W efekcie wszystko zostaje zbanalizowane, również sama przemoc. Dziadek bił babcię, ojciec bił matkę, to i Grzesiek (Tomasz Schuchardt) bije Gośkę (Agata Turkot). Wszystko można łatwo wytłumaczyć, każdy wątek zamknąć jednym sloganem i przejść do inscenizowania kolejnej sceny agresji fizycznej. A nawet nie kolejnej, bo dzięki obranej przez twórcę formie niektóre z nich trafiają do recyklingu.
Gośka nie posiada ani jednej cechy osobowej, prócz tej, że cierpi katusze i próbuje się wyrwać, najpierw od toksycznej matki (Agata Kulesza), a potem od męża-sadysty. Grzesiek jest tak samo skomplikowany: wiemy tylko, że pod miłym uśmiechem skrywa wieczny wkurw. To wyzwanie dla aktorów, którzy nieźle wypadają na ekranie, ale nie mogą stworzyć pełnokrwistych ról. Schuchardt znacznie bardziej porażający był w „Utracie równowagi”, jeszcze jednym tegorocznym filmie, który wnika w mechanizmy przemocy dogłębniej niż „Dom dobry”.
Ani na moment nie wierzę bohaterom, nie widzę w nich żywych, jednostkowych ludzi. Gośka i Grzesiek poznają się przez internet, piszą do siebie cytatami z literatury wysokiej. W dalszej części filmu nie ma jednak ani jednej sceny, która przekonałaby mnie, że bohaterowie cokolwiek czytają. Oboje mają wprawdzie półki wypełnione książkami, ale są one tam tylko dla niepoznaki, służą twórcy jako podkreślenie pewnych oczywistości (u Grześka znajdziemy na przykład książkę Antonina Artauda, twórcy teatru okrucieństwa). Najczęściej powraca cytat z wiersza Edgara Allana Poego: „Wszystko jest snem, snem we śnie”. W zestawieniu z tym, co widzimy na ekranie, powtarzanie tego fragmentu wywołuje we mnie głównie zażenowanie.
To, co na pierwszy rzut oka wygląda na prostolinijnie rozwijającą się opowieść, jest w istocie labiryntem cierpienia przechodzonym przez Gośkę w tę i z powrotem. Dla zwolenników „Domu dobrego” zacierająca granicę między jawą a koszmarem formuła subiektywnej, niechronologicznej narracji to najmocniejszy element filmu, gest etyczny, dzięki któremu przekraczamy siebie i maksymalnie zbliżamy się do perspektywy bohaterki coraz bardziej tracącej jasność umysłu. Nie mam prawa wypowiadać się na temat intencji reżysera – chcę wierzyć, że były szlachetne – ale ekranowy efekt wygląda mi bardziej na próbę zrobienia formalnej popisówki, pretekst do nieustannego multiplikowania sadystycznych scen. W moim odczuciu obrany przez Smarzowskiego tryb narracji ostatecznie osłabia też siłę przekazu – w końcu sam widz zaczyna wątpić, czy cała ta przemoc faktycznie się wydarzyła, czy była może wytworem rzekomo chorego umysłu bohaterki. Do tego też niejako zachęca końcówka: dwa alternatywne zakończenia sugerują dwie równorzędne wersje historii.
Problemy „Domu dobrego” zaczynają się jednak znacznie wcześniej, bo już na samym początku, jeszcze wolnym od dosadnych obrazów terroru. Pobieżnie portretowana sytuacja rodzinna Gośki, błyskawiczny proces jej zakochiwania się w Grześku i wspólne chwile szczęścia na zagranicznych wakacjach mają wyraźnie groteskowy posmak – wciąż nie wiem, czy zamierzony. Kiedy zaczynasz od świątecznej szopki i rewii instagramowego kiczu, trudno nadać następującemu później horrorowi ton należytej powagi i grozy – zwłaszcza jeśli w międzyczasie rzucasz wisielczymi dowcipami. Nie pierwszy raz Smarzowski prowadzi intertekstualną grę z innymi swoimi filmami, ale naprawdę nie wiem, czemu znalazła się tu scena, w której Grzesiek ogląda w telewizji „Dom zły” i mówi, że to gówno. Jest tak samo niepotrzebna i bezsensowna, niezależnie od tego, czy uznamy ją za akt rzeczywistego, czy jedynie pozorowanego („zobaczcie, gość jest takim psycholem, że nie podoba mu się nawet »Dom zły«”) dystansu reżysera wobec własnej twórczości.
Jednym z zadań artystów jest spoglądanie tam, gdzie inni wolą nie patrzeć. Dlatego cenię sztukę nastawioną na konfrontację i wstrząs. Kino dyskomfortu, które sięga po rozwiązania ekstremalne, aby przeszyć widza do szpiku kości. Często działa tak na mnie Darren Aronofsky, po którego „Wielorybie” czułem się, jakbym płakał całym swoim ciałem. Często działa tak na mnie Gaspar Noé, którego „Climax” oglądałem zahipnotyzowany i przygnieciony, równocześnie zachwycony i pewny, że nigdy więcej do niego nie wrócę. Smarzowski tak na mnie nie działa. W tym tkwi największa porażka „Domu dobrego”: zamieniając ekranową przemoc w męczący, rutyniarski festiwal powtórzeń, pozbawia się jej szokującego, przerażającego wymiaru.
Tym, którzy mówią, że epatuje przemocą, Smarzowski odpowiada: w filmie nie ma ani jednego zmyślonego uderzenia pięścią w twarz, każda pokazywana tortura jest z życia wzięta. Kiedy to słyszę, ciśnie mi się na usta jedno pytanie: i co z tego? Zarzut nie dotyczy przecież autentyzmu portretowanych aktów przemocy, ale sposobu ich podania. Absolutnie wierzę, że każdy siniak na ciele Gośki ma swoje przykre – nawet jeszcze brutalniejsze – odbicie w rzeczywistości. Nie mam też wątpliwości, że zjawisko domowej przemocy zasługuje na nagłaśnianie i piętnowanie. „Dom dobry” nie jest jednak ani szkolną rozprawką, by stawiać mu wysokie noty wyłącznie za dobór tematu i tezy, ani reportażem śledczym, by chwalić go za sam research. Jest tylko i aż filmem, dziełem sztuki, które wypada czytać dwutorowo: zadając pytania o to, jak i co mówi. Formalnie mamy do czynienia z niestrawnym ciągiem obrazków – mgnień kliszowego szczęścia i długich passusów cierpienia. W warstwie treściowej to zaś smarzowszczyzna doprowadzona do karykatury: kino absurdalnie wyzute z subtelności i czułości, w którym każdy moment potencjalnej otuchy okazuje się smolistym żartem.
Nie jestem ślepy na zapełniające się w straszliwym tempie sale kinowe ani głuchy na głosy kobiet, które zobaczyły w Gośce siebie. Widzę i słyszę, że kino Smarzowskiego wciąż rezonuje z wieloma osobami w naszym kraju. Pozwólcie jednak, że będę wierny własnym odczuciom: wyszedłem z „Domu dobrego” solidnie wkurzony, przy czym powodem mojego wkurzenia nie były wcale – a powinny – przemoc i świat, który przymyka na nią oko, ale sposób podjęcia tematu czyniący z przemocy wypreparowany, mdły spektakl. W efekcie powstał film nie tyle antyprzemocowy, ile w przemocy się lubujący.