Nr 4/2021 Na dłużej

Chropowaty wrażliwiec

Łukasz Muniowski
Muzyka Esej

9 kwietnia zmarł Earl Simmons, znany jako DMX. W ostatnim czasie raper zaangażowany był w promocję swojego najnowszego, ósmego albumu. Przez dziewięć lat, jakie minęły od premiery jego ostatniego krążka, „Undisputed”, sporadycznie wypuszczał pojedyncze piosenki, zamiast płyt kolekcjonując raczej następne wykroczenia i wyroki. Jak w przypadku wielu artystów, jego twórczość była nierozerwalnie związana z życiem osobistym, to zaś często sprowadzało się do anegdot i krzykliwych nagłówków, co praktycznie zmieniło DMX-a w mem. Absurdalność większości z jego wybryków sprawiała, że w doniesieniach medialnych na dalszy plan schodziły problemy ze zdrowiem psychicznym, takie jak osobowość mnoga czy choroba afektywna dwubiegunowa. Raper sam zdawał się bagatelizować sprawę, gdy naśmiewał się z siebie i swojego wizerunku twardziela, jak w programie komediowym „Mad TV”, w którym prosi mamę o porady miłosne, serialu „Fresh off the Boat”, w którym okazuje się zapalonym ogrodnikiem, czy po radiowym wywiadzie, kiedy to wykonał piosenkę świąteczną o reniferze Rudolfie.

Wyśmiewanie go było łatwe. Trudniejsze zaś było zrozumienie, jak wiele wysiłku kosztowało przyznawanie się do własnych słabości na kolejnych płytach. Członkowie afroamerykańskiej społeczności, zwłaszcza mężczyźni, o zdrowiu psychicznym po prostu nie rozmawiają, a tym bardziej nie szukają pomocy wtedy, gdy pojawiają się jakieś problemy. O tym, z czym się mierzy raper, mogli dowiedzieć się wszyscy, wystarczyło uważniej posłuchać którejkolwiek z jego płyt – jego życie dawno wyrwało się spod kontroli, a przedwczesna śmierć była nieuchronną konkluzją historii, która nie mogła się dobrze skończyć. Simmons miał 50 lat, 11 dzieci, ogromne długi, a jego kariera wymagała kolejnego wskrzeszenia. To szczególnie smutne, biorąc pod uwagę to, jak wielu ludzi inspirował.

Pierwszy singiel wypuszczony przez DMX-a nosił tytuł „Born Loser” (Urodzony przegrany) i w niczym nie przypominał drapieżnych, ulicznych kawałków, z jakimi później został skojarzony. Na lekkim, przyjemnym dla ucha podkładzie DMX opowiada o kolejnych życiowych potknięciach i porażkach, by zakończyć konkluzją, że tak naprawdę jest zwycięzcą, tyle że nie zdawał sobie z tego sprawy. W tym czasie jednak było to raczej myślenie życzeniowe, a nie wniosek zgodny z rzeczywistością: dwudziestojednoletni wówczas DMX walczył z uzależnieniem od cracku, którego spróbował pierwszy raz siedem lat wcześniej. Krążył też między więzieniem, domem a ulicą, na której zdarzało mu się sypiać. Na pierwszą płytę musiał poczekać sześć lat, ponieważ z racji (zasłużonej) reputacji kryminalisty nikt nie chciał podpisać z nim kontraktu i to pomimo sławy zdobytej jako battle rapper. Optymizm, jakim napawa ostatnia zwrotka piosenki, był więc bardzo na wyrost – tak naprawdę Simmons przeszedł daleką drogę, by znaleźć się chociaż w studio nagraniowym.

Jego matka urodziła go, gdy była nastolatką. Opuszczona przez partnera, wychowywała syna samotnie, choć „wychowanie” należałoby opatrzyć cudzysłowem – często bowiem biła chłopaka, ten zaś wyładowywał swoją frustrację na innych. W wieku 11 lat wyrzucono go ze szkoły za złe zachowanie. Matka zostawiała go w domach opieki, a kiedy po kilku latach DMX chciał wrócić do niej na stałe, miała już nową rodzinę, do której nie pasował. Tak ledwie czternastoletni Earl Simmons trafił na ulicę. Na niej odkrył swoje powołanie: jego głos, z którego przebijał naturalny ból, już wtedy służył mu jako narzędzie pozwalające przetrwać. Z równą skutecznością używał go do wygrywania walk na rymy, co siania postrachu wśród ofiar napadów. By okradać, nie potrzebował broni, miał za to nietypowego pomocnika.

Pitbulla Boomera, którego raper określał jako swojego pierwszego przyjaciela, kochał tak mocno, że wytatuował sobie jego podobiznę na plecach. Simmons przyznawał otwarcie, że woli psy od ludzi, bo nie kłamią i kochają bezwarunkowo – nigdy nie doświadczył miłości, a typowe dla psów oddanie było jedyną czułością, na jaką mógł liczyć. Przygarniał bezpańskie psy lub kradł je, nawiązując z nimi bliskie relacje. Kazał do siebie mówić per „pies” i tak też określał najbliższe sobie osoby. Jak wszystko w jego życiu, miłość do czworonogów była również problematyczna – w 2007 roku odebrano mu 12 zaniedbanych pitbullów, samego rapera zaś oskarżono o znęcanie się nad zwierzętami.

Raper miał bowiem mroczną stronę, która w każdej chwili mogła dojść do głosu. Jego pseudonim sceniczny, Dark Man X, nie wziął się znikąd, a o jego problemach z prawem świadczy pokaźna kartoteka. Przeżycia, jakie ukształtowały go jako człowieka, stanowiły o jego potencjalne muzycznym. DMX rapował tak, jakby od powrotu na ulicę dzieliła go bardzo cienka linia. Ciągle rozdrapywał swoje rany, okazując wrażliwość w sposób pozwalający traktować ją jako niezbywalną oznakę męskości. DMX otwarcie mówił o cierpieniu, miłości i religijności. Z równym przekonaniem potrafił rapować o kradzieżach, życiu na ulicy czy imprezach, co o zabójstwie szefa gangu z Chicago, dorastaniu w getcie czy miłości do babci. Na każdej z siedmiu płyt znajdowała się też modlitwa, a jego marzeniem było zostanie pastorem.

Pierwszy album, wydany w 1998 roku „It’s Dark and Hell is Hot”, był całkowitym zaprzeczeniem tego, co działo się wówczas w mainstreamowym hip-hopie. Już promujący płytę teledysk do „Get at Me Dog” zaskakiwał minimalizmem. W erze bogactwa, błyszczących garniturów i pięknych kobiet DMX wypuścił czarno-biały klip nakręcony w legendarnym nowojorskim klubie The Tunnel, wyglądający jak zapis występu na żywo: na scenie tylko raper, przed nim mikrofon i publiczność. Jego styl był chropowaty, brudny i bezkompromisowy. Raper warczał, szczekał i krzyczał, wyzwalając w sobie, ale też w słuchaczu, coś pierwotnego. Nie uciekał przed negatywnymi emocjami, przekonując, że najlepsze, co można zrobić ze złością, to ją wyrzucić.

Kolejne płyty pokrywały się platyną, a DMX stawał się coraz sławniejszy nie tylko jako raper, lecz także aktor kina akcji. To jednak na koncertach DMX był najbliżej fanów. To na koncertach, wykazując się niemałą odwagą, wpuszczał ich do swojego świata. Otwarcie dzielił się swoimi przeżyciami, a niekiedy płakał na scenie. Raper zatracał się w chwili i nawiązywał autentyczną więź z publicznością. Wystarczy wspomnieć jego występ na Warsaw Challenge w 2014 roku, kiedy wspinał się na rusztowania, robił pompki na scenie czy zaprosił na nią niepełnosprawnego chłopaka i pozwolił mu tam zostać do końca koncertu, a przed samym występem biegał po Parku Sowińskiego, szukając chętnych do wspólnej modlitwy.

DMX miał rzadką umiejętność trafiania do ludzi – był, jaki był, potrafił zrozumiale mówić o elementarnych emocjach, bo sam przeżywał je w nieskomplikowany sposób. Według badania z 2017 roku DMX miał najbardziej ubogie słownictwo wśród amerykańskich raperów. Oczywiście, łatwo traktować to jako wadę, ale nawet sam autor badania przyznaje, że nie powinno to przekreślać dorobku artysty bazującego na energii i szczerości. W zakresie tekstów i wątków w nich poruszanych DMX nigdy nie wyszedł poza pierwszą płytę, co również można uznać za dowód wewnętrznych ograniczeń, które przyczyniły się do ostatecznego upadku rapera. Można też traktować brak widocznego z płyty na płytę postępu jako znak dość wczesnej artystycznej dojrzałości i wierności samemu sobie.

Popularni raperzy dostosowują się do czasów, zapraszając do współpracy najpopularniejszych w danym momencie producentów i wykonawców. Tymczasem każda płyta DMX-a to zestaw podobnych do siebie utworów. Popularność i szacunek, jakie zdobył, pozwalają śmiało mówić o rozpoznawalnym brzmieniu, czego większość wykonawców mogłaby mu pozazdrościć. Nie da się jednak zaprzeczyć, że ta formuła musiała się w końcu wyczerpać. Refren „Born Loser” zawiera linijkę: „młody człowiek zrobił coś ze swoim życiem” i w istocie raper osiągnął niesamowity sukces. Nie chodzi bynajmniej o miliony sprzedanych płyt, lecz o fakt, że osobistą tragedię potrafił przekuć na triumf. Chociaż sam nie potrafił wyrosnąć z traumy dzieciństwa i poradzić sobie z nałogiem, jego muzyka dawała siłę innym, on sam natomiast do końca zachował autentyczność i niezależność. I przede wszystkim w tym należy upatrywać jego wielkości.