Nr 8/2026 Na teraz

Było sobie życie

Michał Piepiórka
Recenzja Film

„Dmuchawce” Momoko Seto rozpoczyna wyobrażenie kosmosu i rozsianych po jego najdalszych zakątkach migoczących gwiazd. Po chwili, powolutku, dalekie galaktyki zamieniają się w zbliżenie puchatych nasion tytułowego kwiatu. W tym zabiegu montażowym jest w zasadzie zawarta cała idea filmu. W malutkiej główce rośliny zdaje się mieścić potencjał równie nieskończony, co w całym wszechświecie. Poziomy mikro i makro zlewają się ze sobą, tworząc jeden wielki ciąg życia: nieskończonego, wiecznego, niezłomnego.

Nagrodzona w Cannes przez FIPRESCI animacja to oryginalne i kreatywne przedsięwzięcie, choć zarazem widać w nim echa popularnych dzieł sprzed lat. Wyjątkowość „Dmuchawcom” zapewnia różnorodność owych inspiracji i ich spójne splecenie. Można w filmie Seto poczuć klimat „Parku Jurajskiego”, rozpoznać konwencję prowadzenia narracji znaną choćby z „Mikrokosmosu” i fabułę przypominającą perypetie bohaterów „Kompanii braci”. Fantastycznonaukowa przygoda sąsiaduje z przyrodniczym dokumentem i kinem wojennym skoncentrowanym na sile przyjaźni. „Dmuchawce” zaczynają się przy tym niczym film postapokaliptyczny – bo w zasadzie, jeśli spojrzeć na układankę fabularną, właśnie do tego gatunku dziełu Seto najbliżej. Nad tym konglomeratem najróżniejszych konwencji – kina przygodowego, sensacyjnego, przyrodniczego – unosi się klimat traktatu filozoficzno-przyrodniczego.

Wszystko to udało się osiągnąć bez ani jednego dialogu, przy dźwiękach popiskiwania, pogwizdywania i szurania kilku antropomorfizowanych nasionek dmuchawca, które pokonują ogromne połacie czasu i przestrzeni, szukając dla siebie nowego miejsca do życia po całkowitej anihilacji Ziemi. Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, czy planeta zajęła się niszczycielskim ogniem z powodu deszczu meteorów, czy głowic jądrowych. Czy szukać w katastrofie winy ludzi, czy był to czysty przypadek? Charakterystyczny kształt atomowego grzyba podpowiada interwencję człowieka, który z powodu własnej pychy czy głupoty nie tylko zgładził własny gatunek, ale również wszystko, co żyło na planecie. Jednak w odróżnieniu od „Mad Maxa” czy „Wodnego świata” film odznacza się wyjątkowym optymizmem. To perspektywa nieantropocentryczna – bo gatunek ludzki niekoniecznie ma się z czego cieszyć.

„Dmuchawce” to przykład kina posthumanistycznego – w tym sensie, że koncentruje się jedynie na agentach pozaludzkich: roślinności, drobnych zwierzętach, grzybach, ale również wodzie, piasku, kamieniach czy muszlach. Nawet zakres antropomorfizacji jest niewielki – bo ludzkie formy zachowań przyjmują w zasadzie jedynie drobne pyłki, mrucząc coś do siebie i wykonując nieznaczne gesty. Dlatego seans przypomina kino przyrodnicze, oglądające przyrodę pod lupą czy na wielkim zbliżeniu. Animacji pyłków towarzyszy obraz żywej akcji: kroczenia żaby, wicia się kijanek, pełznięcia ślimaków, lotu ćmy, chodzenia modliszki, ale również, ukazanego za pomocą technologii time-lapse, rozrostu grzybni, rozkwitu kwiatów, plenienia się pnączy i kiełkowania sukulentów – jakby twórcy faktycznie odnaleźli swoich niezwykłych bohaterów, śledząc zastaną przyrodę.

kadr z filmu przedstawia dmuchawca i owada
mat. prasowe Best Films

Forma posthumanistycznego kina przyrodniczego równoważona jest świadomie kreowaną baśniowością. Sam punkt wyjścia wydaje się pochodzić z wyobraźni fantastycznej (czy raczej fantastycznonaukowej) – niczym z kosmicznych fantasmagorii Georges’a Mélièsa, który dzięki sile kinematograficznego medium wysyłał ludzi na Księżyc na spotkanie z Selenitami. Zrządzeniem losu pyłkom dmuchawca udaje się w ostatniej chwili opuścić pogrążającą się w pożodze Ziemię i wyfrunąć daleko w kosmos – gdzieś za czarną dziurę, na odległą planetę, której pierścień składa się z pływających ryb. Konwencjonalny jest również sposób konstruowania czasu – akcja jest rozpisana na miliardy lat ewolucji stworzeń i roślinności: od okresu zlodowaceń po ustabilizowanie klimatu umożliwiającego funkcjonowanie bioróżnorodnej faunie i florze. Tymczasem mali bohaterowie, niczym niezłomni podróżnicy czy żołnierze, pokonują kolejne niebezpieczeństwa: chłód lodowców, tsunami potopu, ataki niebezpiecznej zwierzyny, niszczycielskie burze piaskowe, bezwzględną suszę czy śmiercionośny rozrost grzybni.

Ich podróż jest ze wszech miar symboliczna – ma zarówno podkreślać niezłomność życia, które zawsze „znajdzie sposób” i będzie bezwzględnie przeć do przodu w poszukiwaniu najdogodniejszych warunków egzystencji, jak również bogactwo bioróżnorodności naszego (wszech)świata. Bo fauna i flora odległej planety w zasadzie niczym się nie różnią od tych znanych z ziemskich ogrodów, lasów, pustyń i rzek. Różnica jest niewielka, ale zasadnicza. W roztaczanym przed naszymi oczami na ekranie krajobrazie brakuje jednego, za to szczególnie znaczącego (z ludzkiego punktu widzenia) elementu: człowieka, którego nieobecności można nawet nie zauważyć, bo jego rolę w fabule przejmuje antropomorfizowana przyroda. Śledząc angażujące przygody roślinnych pyłków – zwinne ucieczki przed potężną zwierzyną, ratunek z potopu, poszukiwanie schronienia przed burzami, podróże na grzbiecie ćmy czy ślimaków – zostajemy pochłonięci do reszty akcją. Tymczasem czynnik ludzki pozostaje w zawieszeniu – uobecnił się na początku filmu w formie atomowego grzyba, ale również pozostaje potencją rozwijającej się ewolucji. To nie jest wizja świata po człowieku, ale pomiędzy – w ten sposób autorka wpisała dzieje wszechświata w krąg wiecznego powrotu, unaoczniający nieskończony tryumf życia.

Ale zanim człowiek powróci, jego nieobecność jest wymowna. Eliminacja z tej historii gatunku ludzkiego, który w realiach antropocenu jest odpowiedzialny za daleko posuniętą degradację środowiska naturalnego, przynosi refleksję ekologiczną. Odległa planeta, po której spacerują pozaludzcy bohaterowie, przedstawia się bowiem jako teren dziewiczy, nietknięty ludzką obecnością, dzięki czemu może zachować własną czystość, nieskazitelność i równowagę.

W tej odysei pyłków przez różne habitaty – dzięki przyjętej konwencji kina drogi – ale również poprzez ery ewolucji, Seto roztoczyła przed widownią niezwykle szeroką panoramę życia, ukazaną poprzez ogromną bioróżnorodność. Fabularną stawką staje się odnalezienie najwłaściwszego miejsca dla własnej egzystencji – nie nazbyt suchego, nie nadmiernie wilgotnego, osłoniętego od wiatru, chroniącego przed zwierzyną, niewystawioną na działanie śmiercionośnych grzybów. Świat natury jawi się tyleż niebezpiecznie, co kojąco – nie wszędzie poczujesz się co prawda jak w domu, ale w końcu znajdziesz swoje miejsce. I myśl ta staje się główną nauką, którą autorka stara się przekazać. Zdaje się, że nadziei dla przyszłości planety wcale nie szuka w nieobecności człowieka, ale w tym, że nasz gatunek wreszcie odnajdzie dla siebie własne miejsce – optymalne, w którym reszta przyrody na tym nie ucierpi.

Kluczowe zdaje się porozumienie międzygatunkowe – którego zresztą bohaterowie doświadczają, korzystając z pomocy ćmy czy ślimaków. Z tego względu „Dmuchawce” ogląda się trochę jak spin-off niedawnego „Flow” Gintsa Zilbalodisa. Tam również po niedookreślonej katastrofie agenci pozaludzcy muszą znaleźć swoje miejsce, licząc na ponadrodzajowy alians. I w jednym, i drugim filmie ludzie są wielkimi nieobecnymi, co może wzbudzać niepokój, ale również nieść nieoczekiwane ukojenie – zwłaszcza gdy spojrzy się na kreowaną na ekranie przyrodniczą idyllę z perspektywy pozaludzkiej.

„Dmuchawce”
reż. Momoko Seto
premiera: 10.04.2026