Nr 11/2021 Na moment

Była kamienica

Justyna Machaj
Teatr

„Kamienica” to interaktywna wystawa skonstruowana z szesnastu słuchowisk. Opowiada o byłych mieszkankach i mieszkańcach poznańskiej kamienicy, w której 4 marca 2018 roku nastąpił wybuch gazu. Eksplozja została wywołana przez jednego z mieszkańców budynku w celu ukrycia śladów dokonanej przez niego zbrodni. Wieczór wcześniej ten mężczyzna zamordował w mieszkaniu swoją żonę. Premiera odbyła się 9 lipca 2021 roku w Teatrze Ósmego Dnia w Poznaniu.

 

Połowa marca 2021 roku. Stoimy z reżyserką, Ulą Kijak, na skrzyżowaniu ulic 28 Czerwca 1956 r. i Czechosłowackiej w Poznaniu. Jeszcze trzy lata temu stała tu kamienica. 4 marca 2018 roku – w niedzielny poranek – w budynku nastąpił wybuch, który piętnastu rodzinom odebrał dach nad głową, a pięciu osobom – życie. Pozostała jedynie pustka ogrodzona metalową siatką. Przeczesujemy wzrokiem okolicę. Uwagę przykuwają opustoszałe baraki handlowe. W niektórych oknach wybito szyby, inne pozabijano deskami. Gdzieniegdzie wiszą szyldy – „Solarium”, „Obuwie dziecięce”. Małe przedsiębiorstwa to jedne z wielu ofiar tamtego wydarzenia. W lipcu robimy o tej kamienicy wystawę wykorzystującą słuchowiska; spróbujemy nią ocalić kamienicę przed zapomnieniem. Pojawia się pierwsze pytanie – w jaki sposób opowiedzieć o tym, czego nie ma? Z budynku pozostało zaledwie kilka cegieł, ale to przecież niemożliwe, żeby wybuch pochłonął wszystko. Zostali ludzie i ich wspomnienia. To ich historie staną się fundamentem „Kamienicy”. O nich będzie ta opowieść.

Wystawę miałyśmy robić trzy lata temu – praktycznie kilka miesięcy po samym wybuchu. Z różnych przyczyn się nie udało. W bieżącym roku, 13 stycznia otrzymuję od Uli Kijak wiadomość: „Ruszamy z »Kamienicą«!”. Zaczynamy od solidnego researchu. W niecałe trzy lata znacznie przybyło materiałów prasowych. Większość artykułów koncentruje się na wybuchu i akcji ratunkowej. Nie dziwię się – takiej tragedii Poznań jeszcze nie widział. Gdy na jaw wyszło morderstwo w mieszkaniu na pierwszym piętrze, dziennikarze skupiają się na sensacyjnych detalach i drastycznych szczegółach zbrodni. Czytam wszystko, co mogę znaleźć w Internecie. Po pewnym czasie mam wrażenie, że oglądam wciąż te same zdjęcia. Pamiętam dokładnie układ kolorów ścian zniszczonej kondygnacji. Parter – czerwony, pierwsze piętro – brązowy, drugie piętro – biały, trzecie – zielony, czwarte – żółty. Mimo natłoku prasowych informacji nie mogę zaspokoić swojego głodu. Pragnę poznać dawnych mieszkańców kamienicy. Gdzieniegdzie pojawiają się ich wypowiedzi, ale są szczątkowe i pozostają jedynie marginesem kryminalnej opowieści. Na niektórych zdjęciach udaje mi się dostrzec ich twarze. Fotografowani są najczęściej przed hotelem lub w jego pokojach tymczasowo zastępujących im mieszkania. Czekam, aż opowiedzą mi swoją historię.

Szukamy osób, które mogą skontaktować nas z dawnymi mieszkańcami kamienicy. 26 marca przeprowadzamy pierwsza rozmowę – z Jędrzejem Solarskim, Zastępcą Prezydenta Miasta Poznania. Pamięta dobrze tamte wydarzenia i spotkanych ludzi. Wspomina rozmowy w hotelu przy ulicy Łozowej. Kieruje nas do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, gdzie udaje nam się porozmawiać z jego Dyrektorką, Anną Krakowską. Będzie ona źródłem najcenniejszych informacji. Za jej pośrednictwem 31 marca przekazujemy mieszkańcom kamienicy nasz list. To dokładny opis projektu, klarowne przedstawienie naszych artystycznych zamiarów. W tym czasie rozmawiamy z Witoldem Rewersem, Dyrektorem Wydziału Zarządzania Kryzysowego i Bezpieczeństwa. Spotkanie jest długie i intensywne; nasz rozmówca przybliża nam sytuację prawno-własnościową budynku; podaje niektóre nazwiska, opowiada o dniach tuż po eksplozji. Następnie odwiedzamy Akademię Piłkarską Dębiec, której członkowie koordynowali zbiórkę ubrań na rzecz poszkodowanych. Osób i instytucji zaangażowanych w pomoc ofiarom było dużo więcej. Rozmawiamy z każdym, słuchamy wspomnień, łączymy fakty, sklejamy w głowie obrazy. I wciąż czekamy na odpowiedź mieszkańców. Oczekiwanie na ten etap pracy wydłuży się bardziej, niż się spodziewałyśmy. Jesteśmy jednak cierpliwe. Dajemy mieszkańcom czas. Od wybuchu minęły trzy lata – może są już zmęczeni myśleniem o tym, co bezpowrotnie stracone? Wielu tuż po katastrofie bardzo aktywnie współpracowało z mediami. Udzielali wywiadów, opowiadali o zaginionych dokumentach, utraconym poczuciu bezpieczeństwa, nadwyrężonym zdrowiu… Może, po tamtych rozmowach, zużyli już wszystkie przynależne tragedii słowa. Rozważamy wszystkie opcje. I czekamy. Przy robieniu „Kamienicy” dużo się czekało. Ten proces był treningiem cierpliwości.

Ostatecznie skontaktują się z nami trzy osoby z piętnastu rodzin zamieszkujących kamienicę. Pierwsze spotkanie – z Panią Joanną – odbywa się dopiero 10 maja 2021 roku w jej mieszkaniu. Siadamy w salonie. Podczas rozmowy towarzyszy nam kilkumiesięczna Iga, której kwilenie słychać będzie w tle nagrania. To trzecie dziecko Pani Joanny. Najstarszy syn pamięta wybuch. W kamienicy żyli we dwójkę, na drugim piętrze, w mieszkaniu numer 11. W dniu tragedii Pani Joanna była w piątym miesiącu drugiej ciąży. Rozmowa jest intensywna. Kobieta wspomina swoją młodość, przeprowadzkę do Poznania i okres studiów. W pamięci utkwił jej pierwszy dzień w kamienicy. Odbieraniu kluczy towarzyszyło przyjemne poczucie niezależności. Mieszkanie urządziła po swojemu – prawie wszystkie ściany (poza kuchnią) były w kolorze fioletowym. Dodaje z uśmiechem, że jest miłośniczką literatury. Książek w dawnym mieszkaniu miała tak dużo, że nie mieściły się na regałach. To właśnie tej – zbieranej przez lata – kolekcji najbardziej jej żal. Cierpliwie, mieszkanie po mieszkaniu, rozrysowuje nam budowę kamienicy. Opowiada, które mieszkania były zajęte, a które wolne. Niektórych sąsiadów wymienia z nazwiska. Przy każdym zatrzymuje się na chwilę, aby dopowiedzieć kilka słów. Dotychczas anonimowe dla nas osoby nabierają realnych rysów. Dowiadujemy się, kim była emerytka z czwartego piętra, kto był dozorczynią budynku, kto mieszkał w piwnicy. Proces rozrysowywania układu kamienicy będzie nam towarzyszył przy każdym spotkaniu. To rodzaj rozgrzewki, uruchomienia w rozmówcach pokładu wspomnień i pamięci przestrzennej. Podczas tej wspólnej deszyfracji dopytujemy o relacje sąsiedzkie, wspomnienia dotyczące konkretnych osób. Te strzępy codzienności mają dla nas niezwykłą wartość. Ratujemy to, co zniknęło, od zapomnienia. Pani Joanna wtrąca w swą wielowątkową opowieść pewną – z pozoru nieistotną – anegdotę. Mówi: „Szykowaliśmy się na pogrzeb w rodzinie. Szukam mojego czarnego płaszcza. No i staję w końcu jak wryta przed tą szafą. Aż musiałam sobie przysiąść i zaczęłam się śmiać. Płaszcz mi wybuchł. Garniturek synka wybuchł. Nowa pralka też”. Poruszający moment, w którym teraźniejsze styka się z przeszłym; kiedy człowiek uświadamia sobie, że część jego życia została bezpowrotnie utracona. Pani Joanna przeprasza, że tak wiele czasu poświęca przedmiotom, ale ich utrata silnie zachwiała jej poczuciem stabilizacji. „Na wszystko, co straciłam, zapracowałam sama” – dodaje.

Kolejne spotkanie odbywa się 27 maja – rozmawiamy z Panią Renatą. Spotykamy się w Studiu Aktorskim STA na Ratajczaka. Początkowo atmosfera jest napięta, więc staramy się jak najszybciej przełamać hierarchiczny charakter klasycznego wywiadu. Chcemy po prostu porozmawiać. Zaczynamy – jak zawsze – od rozrysowania układu mieszkań w kamienicy. Pojawiają się pierwsze wspomnienia, imiona sąsiadów… Pani Renata mieszkała z trzema synami pod numerem 16, na trzecim piętrze. Chłopcy w swojej części pokoju mieli ścianę wyłożoną tapetą w samoloty. Uwielbiali klocki Lego, mieli ich pokaźną kolekcję. Niestety wszystkie zabawki zniknęły wraz z kamienicą. Rozmówczyni wspomina, że mieszkańcy kamienicy długo mieli nadzieję na odzyskanie części dobytku z jej gruzów: „Owszem, uprzedzano nas, że nie wszystko będziemy mogli zabrać. Ja od razu miałam w głowie moją porodową skrzyneczkę z pierwszymi włoskami chłopaków, klamerkami z pępka, pierwszymi skarpetkami i małymi zdjęciami USG. Ale nic z tego nie wyszło”. Jest spokojna, na pytania odpowiada opanowanym głosem, choć przyznaje, że powrót do normalności zajął jej sporo czasu. Synowie szybko zapomnieli – ona nie. Mówi, że po tamtej stracie przestała przywiązywać się do przedmiotów. Nie kolekcjonuje już materialnych pamiątek. Inwestuje w podróże i czas spędzany z dziećmi. Taką postawę argumentuje słowami: „Nigdy nie wiadomo, co będzie dalej”.

Ostatnie spotkanie odbywa się 13 czerwca w mieszkaniu Pana Sebastiana, na Dębcu. Jest niedzielny poranek, piękna pogoda. Siedzimy w klimatycznie urządzonym salonie. Włączamy dyktafony. Zaczyna się od rozrysowania mieszkań i pięter. Nasz rozmówca jest skarbnicą wiedzy – w prywatnych rozmowach będziemy nazywać go z Ulą „sercem kamienicy”. W tym budynku mieszkali jego dziadkowie, dozorczyni była bliską ciocią, na parterze mieszkał szwagier. Z jedną sąsiadką, Panią Karoliną, znał się od dziecka. Po wybuchu walczył, aby pozostać na Dębcu. „Tu mieszkałem od zawsze i nie chcę tego zmieniać” – mówi. Z zawodu jest budowlańcem, więc ze szczegółami opowiada o remontowaniu tamtego mieszkania. Jakie mieli panele, kolory ścian, co stało na półkach. Na ulicy 28 Czerwca mieszkał z partnerką i synem pod numerem 15, na trzecim piętrze, niecałe dwanaście lat. Z utraconych rzeczy najbardziej żal mu trenerskich koszulek i rodzinnych zdjęć. Odzyskane z gruzów przedmioty zmieściły się w dwóch kartonach – jeden z nich już wypakowali, do drugiego, jak mówi, wciąż „nie mają natchnienia”. Opowiada o synu i jego straconych medalach sportowych. Chłopak ma w nowym pokoju cegłę z kamienicy – samodzielnie ją wydobył, wyczyścił i zostawił na pamiątkę. Pan Sebastian opowiada też o dniu, w którym zburzono (bez wcześniejszej informacji) pion kamienicy, w którym znajdowało się jego mieszkanie. Pojechał na miejsce wieczorem, oparł się o znak i popatrzył w pustkę. Mówi, że wtedy odciął się od wszystkiego. I zaczął po prostu żyć – z dnia na dzień. „Bo życie to też nawyk”, dodaje, „trzeba się do niego przyzwyczaić”. Jest spokojny, pewny siebie. Czasem się uśmiecha. Fascynuje nas jego opanowanie, choć spokój to element wspólny dla wszystkich dotychczas wysłuchanych opowieści. Zachwyca nas drzemiąca w naszych rozmówcach siła. Dają nam nadzieję, że w każdym człowieku skrywa się nieustannie odnawialny potencjał do regeneracji.

Odbywamy kilka spotkań: z Panią Magdaleną Górską, Pełnomocniczką Prezydenta ds. Interwencji Lokatorskich; aspirantem Bartoszem Urbańskim, strażakiem ze Szkoły Aspirantów PSP, członkiem grupy poszukiwawczo-ratowniczej; Andrzejem Borowiakiem, rzecznikiem prasowym Komendanta Wojewódzkiego Policji w Poznaniu; Wandą Wasilewską, naszą towarzyszką i nauczycielką radiowego reportażu. Każdy z tych kontaktów poszerza nam pole myślenia. Pan Urbański opowiada o 33 godzinach spędzonych w gruzach, pokazuje zdjęcia, zdradza szczegóły wycieńczającej akcji ratunkowej. Pani Górska – o intensywnych tygodniach spędzonych w hotelu przy ulicy Łozowej, o poszukiwaniu mieszkań i dawaniu poszkodowanym nadziei na powrót do normalności. Z każdą kolejną informacją rośnie w nas poczucie odpowiedzialności za historię, z którą przyszło nam pracować. Nie możemy jednak pozwolić, aby to poczucie sparaliżowało nasze działania.

fot. Zdzisław Orłowski | źródło: Teatr Ósmego Dnia FB

Nadszedł wreszcie czas, aby zdobyty materiał reporterski twórczo przetworzyć, każdej historii nadać konkretną formę – szesnastu krótkich słuchowisk możliwych do odsłuchania przez widzów w trakcie wystawy.

Niestety większości osób z kamienicznej społeczności nie udało nam się poznać, więc do samodzielnej eksploracji zostało nam 12 mieszkań. Opowieść mieszkańca każdego z nich ma zostać usłyszana podczas wystawy. Przeszukuję więc artykuły, kilkukrotnie odsłuchuję nagrania, wertuję notatki. Staram się odnaleźć choćby drobiazg, wokół którego mogłabym nabudować historię każdego z nich. Udaje się. Ze zdobytych strzępków informacji konstruuję kolejne postaci. Wypełniam braki sukcesywnie, zaludniając kamienicę. Pojawia się Pani Karolina: podróżniczka, pasjonatka fotografii, która żałuje straty utraconych magnesów. Kolejna jest Pani Daniela, która żyła na pierwszym piętrze od 1969 roku. W jednym z wywiadów opowiada o swojej wnuczce, która w mieszkaniu babci miała swoją ukochaną lalkę, Karlitę. Na parterze mieszkała – wraz z rodzicami i bratem – mała Zuzia, o której dużo informowały media. Mimo poważnych obrażeń lekarzom udało się przywrócić ją do zdrowia. Z informacji dostępnych w wywiadach konstruuję Panią Elżbietę (byłą dozorczynię kamienicy) i jej męża Wiesława, którzy do budynku wprowadzili się 26 lat przed wybuchem. Największą stratą była dla nich dokumentacja medyczna (Pani Elżbieta miała mieć w lipcu wszczepianą endoprotezę). Dla Pani Magdaleny z innego mieszkania największą stratą był utracony pierścionek (był złoty, z grawerem w środku, po mamie). Do ostatniej chwili niewiele wiedziałam o Panu Szymonie z czwartego piętra. Nie mieszkał w hotelu – tak jak inni poszkodowani. Nie udzielał wywiadów. Był białą plamą na mapie kamienicy.

O tych, którzy nie przeżyli, muszę opowiedzieć inaczej. Pana Jurka, Panią Magdalenę i Pana Daniela będą wspominać najbliżsi (brat, córka i matka). Historię Beaty zastąpi cisza, a Pani Doroty – nostalgiczna relacja narratora.

Tony spisanych słów trzeba teraz wykroić w formalnie spójne opowieści. Trudność zadania polega na tym, by zawrzeć esencję potoku wspomnień, jak najmniej obciążając percepcję widzów. Znaleźć kompromis między opowiadającym a słuchaczem. W tym momencie pracy ujawnia się charakter montażu – trudnej sztuki redukcji. Zaczynam ścinać, wykreślać, łączyć słowa, uszczuplać opisy. Dążę do realizacji planu minimum, cały czas zachowując w pamięci klimat rozmów, energię opowiadających osób. Po dziesiątkach zabiegów redakcyjnych dochodzimy z reżyserką do konsensusu. Teraz czas na obsadę. Trzeba znaleźć aktorów i aktorki, którzy będą potrafili udźwignąć potoczność tych wypowiedzi. Chodzi o to, żeby mówili, a nie grali. Reżyserowaniem nagrań zajmuje się Ula; ja zbieram codziennie spływające pliki audio. Wybieram najlepsze – najbliższe naturalności – wersje i przekazuję Marii Rumińskiej. To do niej należy montaż i nadanie ostatecznego kształtu audialnym opowieściom.

Zza laptopa i telefonu przenosimy się do Teatru Ósmego Dnia. Tydzień do premiery. Jesteśmy w gorączce, bo scena jest jeszcze całkowicie pusta. Jesteśmy my: Ula Kijak, Ewa Zaradna i ja – trzy kobiety – oraz kartony i kable. Budujemy przestrzeń „Kamienicy” od podstaw. W kwestii scenografii przyświecała nam z reżyserką jedna zasada – ma być prosto, jak najprościej. Dążyłyśmy do zachowania wrażenia pustki – z kamienicy zostali przecież tylko ludzie i ich wspomnienia. Ostatecznie na scenie staje szesnaście „stanowisk”, czyli brązowych pudeł przytwierdzonych do czarnych, wąskich nóżek. Z każdego wystaje czteroramienny rozgałęźnik, do którego widzowie będą mogli podpiąć otrzymane od obsługi teatru słuchawki. Pudła są podpisane numerem piętra i mieszkania. Z każdego słychać głosy dawnych mieszkańców kamienicy. Szesnaście opowieści zamkniętych w kartonach.

Gdy stanowiska są już gotowe, pojawiają się wykonawcy: Ewa Kaczmarek i Łukasz Pawłowski. To fantastyczni, czuli aktorzy, wrażliwi na scenicznego partnera i materię opowieści. Na tym najbardziej nam zależało – chciałyśmy znaleźć artystów zdolnych improwizować, pomysłowych i czujnych, potrafiących unieść ciężar tej historii. „Kamienica” nie była dla nich wyzwaniem jedynie natury emocjonalnej, ale i fizycznej. Pełna improwizacja miała trwać dwie godziny – bez przerw i wychodzenia z ról, non stop w obliczu widzów. Z każdą próbą poszerzamy czas improwizacji, badamy jej energetyczne poziomy, szukamy charakteru tej relacji. Działania Ewy i Łukasza odnoszą się do życia małżeństwa z mieszkania numer 5 – to tam doszło do wybuchu, a kilka godzin wcześniej do zabójstwa kobiety. Tam miała miejsce psychiczna i fizyczna przemoc męża wobec żony. Co ciekawe, niewielu mieszkańców kamienicy o nich wspomina. W trakcie rozmów uciekają od tematu. Owszem, przyznają, że On był trudnym sąsiadem, markotnym i niemiłym, ale nie przypominają sobie żadnych podejrzanych zachowań świadczących o tym, że byłby w stanie zabić żonę. Wszyscy byli zdziwieni, że doszło do tragedii. Przemoc Jego na Niej odbywała się w ciszy. Było to powolne, lecz sukcesywne odbieranie żonie godności i poczucia bezpieczeństwa. Po kilku próbach dochodzimy do sedna relacji – to paranoiczna zazdrość mężczyzny o kobietę, którą uważa za swoją własność. Nieustanne wypytywanie o cel jej wychodzenia z domu, przeczesywanie zawartości telefonu, upokarzanie za niewłaściwy – zdaniem męża – ubiór. Nikt nic nie słyszał, nikt zatem nie reagował; a może – jeśli sąsiedzi słyszeliby odgłosy kłótni, pomyśleliby, że to nie ich sprawa? Były Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, jednoznacznie wskazywał, że przemoc domowa nie jest i nigdy nie może być identyfikowana jako prywatna sprawa rodzinna czy typowa małżeńska kłótnia. Mieszkańcy kamienicy na 28 czerwca 1956 r. zostali o tym uświadomieni w najboleśniejszy sposób…

Nadchodzi dzień premiery. Widzowie pojawiają się i znikają ze sceny. Niektórzy odsłuchują historii skrupulatnie i wytrwale. Przechodzą od jednego stanowiska do drugiego. Inni wybiórczo kołują między pudłami, czasem wracają do tych samych opowieści. Największe zamieszanie pojawia się wokół pudła z podpisem „I piętro, mieszkanie nr 5”, bo poza lakoniczną zapowiedzią narratora w słuchawkach nie słychać nic. Jest cisza. To mieszkanie Beaty – kobiety zabitej przez męża, Tomasza. Nie potrzeba żadnych słów.

Część widzów – po zapoznaniu się z nagraniami – nie wychodzi z sali. Siadają na podłodze lub krzesłach i przyglądają się Jemu i Jej. Robi się duszno – od krzyków, westchnień, cichych rozmów i szmeru głosów wydobywających się ze słuchawek. Podczas każdego przebiegu na scenie tworzy się niepowtarzalny mikroklimat, nieograniczony do prostego schematu: widownia – scena, ciemność – jasność, aktor – widz. Nie ma gdzie się schować. On i Ona lawirują między stanowiskami. Przechodzą tuż obok widzów. Przestrzeń ich improwizacji i przestrzeń widowni zlewają się.

Aby się odizolować, trzeba wyjść. Widzowie są wytrwali – podejmują percepcyjne wyzwanie, będące formalnym założeniem „Kamienicy”. To do nich należy decyzja, której historii wysłuchać, o którą zawalczyć w natłoku obrazów i dźwięków. Nie da się bezpiecznie zanurzyć w głosie płynącym ze słuchawki, nie można wysłuchać ofiar tragedii z 2018 roku bez audialnej ingerencji skonfliktowanej pary. Nie byłoby bowiem wybuchu, gdyby nie piekło w mieszkaniu numer 5. Dębiecka kamienica stałaby na rogu do dziś, gdyby nie małżeńska przemoc. Nie da się oddzielić historii ofiar od losów tamtego małżeństwa.

Po zakończeniu jest cicho. Część widzów i widzek zostaje na korytarzu, aby z nami porozmawiać. Niektórzy milczą i uciekają wzrokiem, inni mają łzy w oczach lub zaczerwienione od emocji policzki. Pojawiają się osobiste głosy: „znałam Jurka”; „pamiętam Panią Elę”; „mieszkałam niedaleko tego budynku”. Od teraz cząstka kamienicy podróżuje w krwioobiegu nie tylko tych, którzy ich pamiętali. Dotychczas anonimowi ludzie przestają być obojętni. Zniknięte udało się uratować od zapomnienia. Wszyscy Ci, których poznałyśmy podczas rozmów, wyszli już z kamienicy i nie chcą wracać wspomnieniami do gruzów. Mają nowe życia. Życzymy im spokoju i bezpieczeństwa. Dziękujemy za każdą opowieść, każde wspomnienie. Podarowali nam najcenniejszy dar – drobiny własnego życia, z których mogłyśmy skonstruować wystawę. Tworzą ją ludzie, ich świadectwa i wielka wola przetrwania. To właśnie „Kamienica”.