Nr 10/2021 Na teraz

Na złe wieści nigdy nie jest za późno

Julia Niedziejko
Teatr

Dwie kowbojki spotykają się na scenie. Jedna w świecącym kostiumie, druga ubrana swobodniej; obie z ostrogami przy trampkach. Krążą wokół siebie, zaczynają rozmawiać. Atmosfera gęstnieje. Kiedy padnie pierwszy strzał? W opisie spektaklu „O czynach niszczących opowieść”, zrealizowanego w Komunie Warszawa w ramach programu HUB Kultury KW, którego hasło przewodnie w tym sezonie to „Hello Darkness My Old Friend”, Alex Freiheit oraz Piotr „Buri” Buratyński, czyli duet SIKSA, sugerują, że sednem teatralnej reprezentacji dwóch kowbojek ma być ich ostateczne starcie. „Nikt nie będzie patrzył na niuanse tego spotkania” – zapowiadają, choć w gruncie rzeczy to właśnie detale są szczególnie ważne w ich widowisku. Nie to, co finalnie wydarzy się między bohaterkami, ale zrozumienie procesu, który doprowadził je do konfrontacji. Temu służyć ma opowiadanie historii, a raczej „herstorii”. Nie chodzi jednak o sam akt mówienia, a o dawanie świadectwa patriarchalnej przemocy.

Patriarchalna przemoc znaczy prawie każdą z opowieści Pecika (Alex Freiheit) i Kiepika (Magda Dubrowska). W spektaklu jak refren powracają słowa „Na złe wieści nigdy nie jest za późno”. Rozumiem je jako manifest; przyznanie, że w nieprzerwanym procesie konstrukcji świata opowiadanie o doświadczeniach ma funkcje regulacyjne. Może zatem artystom chodzi o podkreślenie konieczności uzdrawiania jednostki, które jest warunkiem skutecznej przemiany społecznej? Wówczas mówienie byłoby nie tylko formą samoobrony, ale bezprzemocowym narzędziem oporu wobec normalizacji nadużyć. Jednak nie wszystko, o czym bohaterki wspominają na scenie, dotyczy relacji znaczonej bólem. Szczególnie w kreacji Pecika, która co jakiś czas żartuje albo epatuje siłą i dumą, jakby próbowała przetestować różne strategie przepracowywania swojej herstorii.

Nie wszystkie elementy opowieści snutej przez bohaterki były dla mnie zrozumiałe. Nie zawsze udawało mi się odgadnąć, jakie wątki łączą poszczególne opowieści. Ale może nie warto szukać takich zależności? Wydaje mi się, że twórcy i twórczynie spektaklu nie dążyli do stworzenia na scenie ściśle logicznego układu symboli, które mają składać się w linearną całość i tworzyć lub powielać jakiś schemat. Naprzemienne opowiadanie obu bohaterek skojarzyło mi się z wypowiedziami pacjentek podczas sesji terapeutycznych. Nie zawsze wiadomo, jak – i czy w ogóle – wypowiadane wspomnienia oraz uczucia wiążą się ze sobą; poza tym, że odnoszą się do doświadczeń osoby, która mówi. Terapeutyczną analogię wzmacnia organizacja części widowni, której krzesła ustawione są w półokręgu na scenie. Będąc słuchaczem lub słuchaczką zwierzeń, można bawić się w poszukiwanie wzorów, ale ostatecznie zrozumienie i interpretacja stoją zawsze po stronie opowiadającego lub opowiadającej, który lub która w akcie mówienia odkrywa – być może niedostrzegane przez siebie wcześniej – sensy, motywy czy emocje. Wszystkie te odczucia oscylują wokół rodzącej się w Peciku samoświadomości i przyjęcia przez nią, że – niezależnie od tego, jak bardzo stara się temu czasem zaprzeczać – jest „niedopałkiem”.

Niedopałek jako metafora stanu, w jakim znajduje się człowiek, to zgrabny, a nawet zabawny pomysł na wyrażenie specyficznego poczucia równoczesnej niemocy i siły. Zdarzenia, których doświadcza, mogą go przytłaczać i wyczerpywać, nie gaszą jednak jego wewnętrznego impetu. Sceniczna narracja świadczy o tym, że akceptacja takiego stanu wymaga od Pecika emocjonalnej gimnastyki. Grana przez Freiheit postać początkowo nie chce czuć się niedopałkiem, dlatego stosuje różne strategie negacji – czasem przyjmuje pozę silnej kowbojki, innym razem jest bezsilna i bezbronna. Rozpoznanie w sobie niedopałka nie wystarcza, by dokonało się w niej wyraźne przełamanie. Pecik nie przemienia się w superbohaterkę, która nagle zdobywa tajemne moce pomagające jej naprawiać świat i uodpornić się na ciosy. Coś jednak zmienia się w jej sposobie mówienia, a może nawet szerzej – w sposobie bycia.

Z jednej strony zastanawia mnie, czy zyskiwana przez Pecika „niedopałkowa samoświadomość” to celowe nawiązanie do doświadczeń osób LGBT+ dokonujących coming outów. Biorąc pod uwagę sceny spektaklu, w których wyraźnie pojawia się zabarwienie erotyczne, myślę, że nie warto odrzucać tego tropu interpretacyjnego. Z drugiej strony podoba mi się pojemność niedopałkowej metafory – tak szerokiej, że mogłaby z powodzeniem pomieścić także inne tożsamościowe odkrycia.

 

fot. Pat Mic

 

Dokładna i szczegółowa analiza kreacji postaci Freiheit uwypukla rozczarowanie niedopracowaną rolą drugiej kowbojki, granej przez Magdę Dubrowską. Nie chcę zarzucać artystce braku scenicznej kompetencji. Przeciwnie, mam poczucie, że robiła, co mogła, by stworzyć interesującą rolę, jednak nie miała dramaturgicznego oparcia, pozwalającego jej w pełni wykreować tę postać. Autorski scenariusz przedstawienia nawiązuje do różnych sposobów opowiadania. Western łączy się tu z powieścią łotrzykowską, baśnią, a nawet z powiastką filozoficzną. W wypowiedziach bohaterek pojawiają się też wstawki wokalne, które czasem mają coś z rapu. Z tego gąszczu połączeń i nawiązań zbudowany jest cały świat spektaklu. Pozbawiona swojej urozmaiconej herstorii oraz wyrazistego charakteru Kiepik wtopiła się w ten wielobarwny pejzaż. W pierwszych scenach kowbojki konfrontują się, chodząc po okręgu i próbując dokonać wzajemnego rozpoznania. Przypomina to schemat klasycznego westernu, gdzie antagonista i protagonista przygotowują się do ostatecznego starcia, którego wynik często zależy od szczęścia lub niewielkiej przewagi sił.

Z czasem postać grana przez Freiheit nabiera tempa – dowiadujemy się o niej coraz więcej, a akcja sceniczna wyraźnie oscyluje wokół jej herstorii. Wówczas Dubrowska przesuwa się na drugi plan, przypominając bohaterkę towarzyszącą, która idzie tropem wyznaczanym przez wiodącą postać Pecika. Choć taka rola znajduje uzasadnienie w konwencji westernowej, mam wrażenie, że w planie spektaklu „O czynach niszczących opowieść” czegoś jej brakuje. Kiepik jest rozsądna, wierna i wyrozumiała, jednak to trochę za mało, żeby dobrze ją rozumieć. Nawet wokalno-instrumentalny popis, podczas którego scena zostaje oddana we władanie Dubrowskiej, nie wnosi do jej postaci nic – poza tym, że dowodzi muzykalności aktorki.

Choć scenariusz jest dramaturgicznie niedoprecyzowany, wykon Dubrowksiej, został zrealizowany bardzo dobrze – jak wszystkie elementy muzyczne w spektaklu. Kompozycje Buratyńskiego i Konstantego Usenki są integralnymi częściami inscenizowanych opowieści. Budują dramaturgię, nie stając się wyłącznie tłem dla herstorii. Niemniej parokrotnie łapałam się na tym, że muzyka odciągała moją uwagę od sceny, zwłaszcza w pierwszej części przedstawienia. Rozpoznawalność duetu SIKSA wpływa na wyobrażenia oraz oczekiwania dotyczące ich kolejnych działań twórczych. W spektaklowych kompozycjach twórcy dodali nieco westernowego klimatu z Ennio Morricone i Neila Younga, po swojemu interpretując ich muzykę. Nadal jest dosyć punkowo, ale trochę spokojniej; Freiheit spuszcza z tonu i wykorzystuje na scenie bardziej subtelne tonacje. Kto widział ją w „Kordianie” czy „Kasparze Hauserze” Jakuba Skrzywanka, wie, że artystka radzi sobie także w takim ujęciu. W „Czynach niszczących opowieść” zdecydowała się uwypuklić tę stronę swojej twórczej ekspresji.

 

Otwarte zakończenie spektaklu, przerywanego zapaleniem roboczych świateł, nie przekonuje. Bohaterki pozostają na scenie. Nie kłaniają się. Oczekujący zwrotu akcji widzowie mogą przyglądać się ich nieruchomym ciałom. Tym gestem twórcy oraz twórczynie przedstawienia konsekwentnie realizują przyjętą przez siebie praktykę przełamywania granicy pomiędzy tym, co prywatne i publiczne; tym, co wyeksponowane i ukryte. Niestety na końcu coś nie zadziałało. Koncept zdążył się już wyczerpać, bo w trakcie spektaklu pojawił się podobnie zwodniczy zabieg przejścia nagłego blackoutu do ponownego rozświetlenia sceny. Za drugim razem nie robi to już wrażenia, a także osłabia nieco wcześniejszą – potencjalnie bardzo dobrą jako możliwe zakończenie – scenę, w której bohaterki wcielają się w spanikowane konie. To moja ulubiona sekwencja w tym spektaklu: pomysłowa, dobrze wpasowana w nastrój przedstawienia, a przy tym świetnie wykonana.

Kiedy aktorki grają pierzchliwe konie, z offu słychać rozmowę kreowanych przez nie wcześniej postaci, podczas której Freiheit przedstawia ciekawostki o tych zwierzętach. Wygląda to tak, jakby artystki przyglądały się im z pozycji laboratoryjnego dystansu. Kojarzy mi się to z próbą introspekcji własnych emocji z zamiarem skatalogowania ich wedle jakichś ustalonych prawideł. Oglądając „O czynach niszczących opowieść”, można odnieść wrażenie, że żadne fakty ani schematy nie wystarczają, by doprowadzić do zamknięcia podjętych tematów. Opowiadanie to proces, który się nie kończy. Podlega ciągłym zmianom, łączy wątki i konwencje narracyjne. Być może mówienie nie przynosi natychmiastowych zmian, jednak przekształca sposób postrzegania siebie i świata. Zmagania z opowiadaniem postrzegam jako akt troski o siebie, choć wiem, że podjęta próba narracji ma także spory potencjał społeczny. Celem opowiadania jest odzyskiwanie własnej podmiotowości, a tym samym przecieranie szlaków, którymi będą mogli podążyć inni. Warto podejmować takie działania, nawet jeśli (a może właśnie dlatego) jest się blisko wewnętrznego wypalenia.

 

Duet SIKSA (Alex Freiheit, Piotr „Buri” Buratyński), „O czynach niszczących opowieść”

występują: Alex Freiheit, Magda Dubrowska
muzyka: Piotr „Buri” Buratyński, Konstanty Usenko

kostiumy: Martyna Konieczny
scenografia: Tomasz Armada

choreografia: Anna Steller


Komuna/Warszawa
premiera: 10.06.2021