Nr 5/2026 Na teraz

Bez sentymentów

Bartosz Nowicki
Muzyka Recenzja

Duet Ani Karpowicz (flet poprzeczny) i Dominika Strycharskiego (flet prosty i taśma) przywołuje pamięć o legendarnej przedwojennej wytwórni muzycznej Syrena. W przypadku zaproponowanej przez nich koncepcji, opartej na pracy z materiałem źródłowym, określenie „przywoływanie pamięci” należy odczytywać dosłownie. Nie mamy bowiem do czynienia z kolejną rekonstrukcją międzywojennego repertuaru, jakich wiele mogliśmy w ostatnich latach usłyszeć na fali renesansu miejskiego folku z lat 20. i 30. ubiegłego wieku, ale z nagraniem oddającym sam mechanizm pracy pamięci, jej fragmentaryczności i widmowości.

Wytwórnia płytowa Syrena, założona w 1906 roku przez warszawskiego przedsiębiorcę Juliusza Feigenbauma, to fundament polskiej fonografii, a zarazem jedno z największych wydawnictw muzycznych w tej części przedwojennej Europy. Ma to swoje odzwierciedlenie w etnicznie zróżnicowanym katalogu: obok szlagierów takich rodzimych gwiazd, jak Wiera Gran czy Adam Aston oraz plejady popularnych kompozytorów z Henrykiem Warsem i Jerzym Petersburskim na czele, na szelakowych krążkach tłoczone były tanga, opery i operetki, utwory religijne (w tym chasydzkie czy prawosławne) i niepodległościowe, muzyka ludowa, nagrania kapeli klezmerskich, ukraińskich, a także warszawskich podwórkowych. Wiele utworów z tego repertuaru weszło do kanonu polskiej muzyki rozrywkowej i do dziś są odświeżane w kolejnych aranżacjach i interpretacjach. Ania Karpowicz, założycielka Hashtag Ensemble, kolektywu eksperymentatorów i wykonawców muzyki współczesnej, oraz Dominik Strycharski, kompozytor i charyzmatyczny improwizator, wydają się jednak nieczuli na ckliwość retro vibe’u, który zdominował współczesne spojrzenie na muzykę popularną sprzed wieku. W ich przypadku romantyczny urok vintage znika już na wstępnym etapie pozyskiwania archiwalnego materiału. W kilku rozmowach dotyczących wydawnictwa Strycharski wyznał, że przygotowując się do nagrania, nie korzystał z szelakowych płyt Syreny, a utwory, które stały się kanwą twórczych manipulacji, znalazł w anonimowym katalogu w internecie.

Ingerencja w odnaleziony materiał źródłowy jest równie bezceremonialna – sprowadza się do wykrojenia krótkich, najczęściej wokalnych partii, które następnie są obsesyjnie zapętlane w spiralach powtórzeń. Oderwane od swojej rozrywkowej funkcji muzyczne motywy sprzed lat przyjmują formę abstrakcyjnych brikolaży, stając się przestrzenią eksperymentalnego dialogu dla dwóch fletów. Zapętlona formuła nagrań nawiązuje do charakterystycznego efektu zacinającej się płyty i wzbogacona jest o równie tożsamy z wiekowym nośnikiem szum. Mogłoby się to wydawać dość stereotypowym wyobrażeniem o muzyce retro, gdyby nie jednoczesne nawiązanie do ulotności materii pamięci, jej fragmentarycznej struktury oraz mechanizmów zapamiętywania i zapominania. Z formalnego punktu widzenia stale nawracająca, archiwalna pętla pełni w nagraniach duetu funkcję rytmiczną, napędzając dynamikę kolejnych utworów. W wymiarze symbolicznym uosabia jednak wyblakłe wspomnienie, którego nie sposób odtworzyć w pełni. Z każdym powtórzeniem zamiast przybliżać słuchacza do źródła, oddala go od niego, pozostawiając w poczuciu dezorientacji i odrealnienia. Potęgują to szelakowe trzaski, które – niczym audialne odpryski czasu – pokrywają abstrakcyjną kompozycję patyną.

Przyświecająca Karpowicz i Strycharskiemu idea pracy z archaicznym medium i zaklętymi (zapętlonymi) na nim duchami przybiera charakter spirytystycznej sesji. Pokrewna jest przy tym strategiom artystycznym twórców z kręgu muzycznej hauntologii takim jak Leyland Kirby (The Caretaker) czy William Basinski, których muzyka w metakrytycznej formie eksponowała proces uwikłania kultury w otchłań nostalgii i retromanii. Rozpadające się pętle z utleniających się taśm czy balowy repertuar z archiwalnych zbiorów zanurzone są w pogłosach, przedstawione w molowych tonacjach i poddane minimalistycznemu rygorowi kompozycyjnemu. Odwołują się do wspólnotowej pamięci słuchaczy, wywołując wśród nich tęsknotę za bliżej nieokreśloną przeszłością oraz poczucie tożsamości z widmami pokoleniowych wspomnień. Inaczej jest w przypadku „Syreny:Re” – ciężar emocjonalny związany z sięganiem w przeszłość wydaje się mniejszy, a przede wszystkim pozbawiony nostalgii. Szczątki usidlonych w repetycjnych cyklach operetkowych arii czy chasydzkich zaśpiewów są w pierwszej kolejności pretekstem do ekspresji instrumentalnej duetu.

Choć materiał zaczyna się od swoistego hołdu oddanemu legendarnej wytwórni (dźwięk przypominający syrenę statku), to muzyczny dialog nie toczy się wprost z historią fonografii, ale z materią wspomnienia o niej, które – choć wyraźnie ukierunkowane jest na okres międzywojennej muzyki rozrywkowej – ulega rozmyciu w niedoskonałościach pamięci. W partiach fletów nie odnajdziemy zatem odniesień do kompozycji z epoki. Bardzo wyraźne usłyszymy za to fragmenty, w których instrumenty rezonują z rytmem deformujących materiał źródłowy repetycji oraz rozwijają wyrwane z kontekstu archiwalne motywy. Karpowicz i Strycharski nadpisują tu własną historię, choć ich pomysł na fletowe aranżacje jest zaskakująco subtelny wobec intensywności teł. Zarówno partie solowe, jak i wspólne fletu poprzecznego i blokowego bywają na tyle delikatne, że chwilami traciłem je z radaru słuchowej percepcji. Instrumentalna ekspresja pozostaje swobodna i otwarta wobec zamkniętej struktury pętli. Flet poprzeczny Karpowicz w dużej mierze ciągnie za sobą długą, liryczną smugę dźwięku schodzącą często w niskie rejestry, a flety proste Strycharskiego znaczą materiał krótkimi fluktuującymi dźwiękami oraz przeciskającą się przez nie gardłową intonacją artysty.

Para doświadczonych na rozmaitych gatunkowo scenach instrumentalistów eksponuje tu wszechstronność swojego warsztatu. Sięgają po różnorodne techniki artykulacji, zachowując przy tym niezwykłą delikatność podczas nanoszenia na masywne repetycje niekiedy jedynie impresyjnych szkiców. Również sonoryzmy naznaczone są tutaj elegancją, a nawet zmysłowością, która rezonując z nawracającymi jak czkawka pętlami, z jednej strony tonizuje przytłaczającą obecność powtórzeń, a z drugiej jeszcze mocniej odrealnia całość przedsięwzięcia.

Drugi człon tytułu płyty „Syrena:Re” może odnosić się do nazwy przedwojennego wydawnictwa Syrena Rekord, ale w przypadku duetu Karpowicz-Strycharski bardziej adekwatnymi rozwinięciami byłaby repetycja, reinterpretacja czy rekombinacja (z pewnością nie retrospekcja, rekonstrukcja czy resentyment). Autorzy nie wchodzą bowiem w rolę konserwatorów historycznego dziedzictwa. Nie dają się również uwieść urokowi nostalgii, ustawiając się tym samym w poprzek mody na estetykę retro. W ich wykonaniu materiał archiwalny odżywa z zupełnie nową energią napędzaną abstrakcyjną wizją i iskrą szaleństwa.

Ania Karpowicz & Dominik Strycharski „Syrena:Re”
Fundacja Słuchaj
2026