Nr 4/2026 Na teraz

Altın Gün to zespół pełen paradoksów. Są najsłynniejszymi przedstawicielami tureckiego psychodelicznego rocka, ale w obecnym składzie mają tylko jednego Turka (i to urodzonego i wychowanego za granicą). Karierę zrobili w muzyce alternatywnej, która ceni przede wszystkim oryginalność i autentyczność, a mimo to przeważającą część ich repertuaru stanowią cudze kompozycje. Na swoim szóstym i najnowszym albumie, „Garip” (2026), oddają hołd jednej z najważniejszych postaci tureckiej muzyki ludowej XX wieku – Neşetowi Ertaşowi, choć jego utwory grają od samego początku istnienia zespołu. Tym samym Altın Gün po raz pierwszy tak głośno i wyraźnie przyznaje, że w zdecydowanej większości nie komponuje własnych piosenek.

Lwią część repertuaru amsterdamskiej formacji stanowią bowiem utwory ludowe i folkowe: część jest nieustalonego autorstwa, część była wykonywana przez wybitnego tureckiego aszyka, Aşika Veysela, ale zespół czerpie przede wszystkim z twórczości Ertaşa, zmarłego w 2012 roku ludowego poety i śpiewaka. Mimo to zarówno na swoim debiucie, „On”, jak i na przełomowym „Gece” słowem nie wspomnieli o autorstwie utworów, jakby próbowali zaklinać rzeczywistość. Dopiero na popandemicznym „Yol” zaczęli podawać tę informację – może dlatego, że pojawiła się na nim ich pierwsza autorska kompozycja.

By zrozumieć naturalność tych wyborów, trzeba cofnąć się do lat 60. ubiegłego wieku. To wtedy cały niezachodni świat obiegła fala modernizacji. Muzycy z Kambodży, Iranu, Turcji, RPA czy Argentyny pod wpływem brytyjskiego i amerykańskiego rock’n’rolla westernizowali lokalne style, gatunki i formy. Na gitarach elektrycznych odtwarzali dobrze sobie znane melodie. Rock zmieniał się pod tymi wpływami jak kameleon i powstawały nowe, intrygujące dźwiękowe światy. W niektórych krajach, takich jak Mali czy Gwinea, modernizacja miała antykolonialny, antyzachodni charakter. W innych, jak w kemalistowskiej Turcji, była napędzana chęcią dogonienia Zachodu.

Sytuacja nad Bosforem była wielowarstwowa. Mustafa Kemal Atatürk w latach 20. obrał strategię jednoczesnej westernizacji i etnicznego nacjonalizmu. Tę ścieżkę kontynuowali jego następcy: muzyka ottomańska, kosmopolityczna, dworska, czerpiąca z bizantyńskich, perskich i arabskich elementów, znalazła się na cenzurowanym. Zamiast niej promowano europejską muzykę klasyczną oraz muzykę ludową, przede wszystkim z głębokiej Anatolii, wykonywaną przez aszyków, wędrownych poetów i śpiewaków. Gdy do Stambułu i Ankary przybył zachodni rock, szybko zdobył popularność wśród młodych muzyków i słuchaczy, którzy zaczęli łączyć go z lokalną tradycją.

Anadolu pop – anatolijski pop, jak nazwano tę hybrydę – święcił triumfy aż do lat 80. Muzycy, tacy jak Erkin Koray, Barış Manço, Selda Bağcan, Cem Karaca, Moğollar czy Bunalım, grali koncerty w całym kraju. Kariery wielu z nich przerwał – kolejny w historii regionu – wojskowy zamach stanu w 1980 roku. Lewicujący artyści musieli opuścić Turcję, dołączając do rzeszy gastarbeiterów w Niemczech, Austrii czy Holandii. Inni przestali występować publicznie. Wszyscy – oprócz pisania własnych kompozycji – grali utwory aszyków. Najistotniejszym z nich był właśnie Ertaş.

Jedną z przyczyn jego popularności jest wspólnota doświadczeń. Ertaş po kontuzji, która na pewien czas uniemożliwiła mu grę na bağlamie – długoszyjkowej lutni charakterystycznej dla muzyki tureckiej – zdecydował się na emigrację. „Wyjazd do Niemiec na początku lat 70. otworzył w życiu Ertaşa długi okres wędrówki, grania dla emigranckich społeczności i budowania relacji z ludźmi, którzy podobnie jak on żyli w stanie ciągłego zawieszenia” – pisze Ula Nowak we wnikliwym portrecie tego niezwykłego muzyka. Z tego samego regionu co Ertaş pochodzą rodzice Erdinça Ecevita, wokalisty Altın Gün. Oni na miejsce swojej emigracji wybrali Holandię; Erdinç urodził się już tam. Nic więc dziwnego, że kompozycje barda wypełniają szósty album, będący dla zespołu nowym otwarciem. To muzyk, który jest symbolem dla całej generacji – przykładem znalezienia własnej drogi w nowej rzeczywistości.

W 2024 roku odejście z Altın Gün ogłosiła Merve Daşdemir, jedyna członkini zespołu urodzona w Turcji. Dwugłos Daşdemir i Ecevita od samego początku istnienia nadawał ton piosenkom, był ich znakiem rozpoznawczym. To oni – wraz z założycielem i basistą Jasperem Verhulstem – byli odpowiedzialni za dobór repertuaru. To oni tłumaczyli reszcie zespołu znaczenie i sens piosenek. Choć nie była to pierwsza zmiana składu – przez Altın Gün przewinęli się między innymi Nic Mauskovic czy Gino Groeneveld, ważne postaci amsterdamskiej sceny alternatywnej (ten pierwszy dowodzi doskonałemu postpunkowo-psychodelicznemu zespołowi The Mauskovic Dance Band, ten drugi – podobnie jak w Altın Gün – eksperymentuje z muzyką indonezyjską w ramach składu Nusantara Beat) – ale najpoważniejsza. I chyba była im potrzebna. Gdy widziałem ich w 2023 roku w poznańskim CK Zamek, odniosłem wrażenie, że ta koncertowa maszyna zaczęła się zacinać; czegoś im brakowało.

A przecież na wydanym w tym samym roku „Aşk” wszystko grało. Po udanych elektropopowych wyskokach w postaci „Yol” i „Alem” wrócili do tego, co przyniosło im sławę, czyli sfuzzowanego, podbitego funkiem, psychodelicznego rocka. „Garip” zaczyna się w tym samym miejscu, w którym skończył się „Aşk”: od mocnego, rytmicznego uderzenia w postaci „Neredesin Sen”. Zespół wychodzi jednak poza wypracowaną formułę, a nawet znacznie ją poszerza. Odejście Daşdemir sprawiło, że trzonem zespołu stał się Ecevit, który nie tylko śpiewa, ale gra na syntezatorach i bağlamie. Na tym samym instrumencie grał Ertaş. Erdinç przez dekadę w Altın Gün stał się wielowymiarowym wokalistą. Wypracował swój styl, odwołujący się do aszyków i legend anatolijskiego rocka, ewoluujący z albumu na album. W repertuarze Ertaşa czuje się jak ryba w wodzie.

Zresztą sam przyznaje otwarcie, że muzyka Neşeta towarzyszy mu od dzieciństwa. Może dlatego, że zna te piosenki tak dobrze, na „Garip” Altın Gün pozwalają sobie na swobodę i eksperymenty. Jednocześnie nie zbaczają tak wyraźnie z obranej wcześniej ścieżki, co można było wyraźnie zaobserwować na „Yol”. Dobrym przykładem jest „Gönül Dağı”, jeden z największych hitów Ertaşa. Holendrzy ubarwiają go rozbudowanymi partiami sekcji smyczkowej. Choć takie rozwiązania nie są powszechne w europejskiej muzyce popularnej, to w klasycznym arabskim i tureckim popie są standardem. Verhulst podrzuca jeszcze włoskie i francuskie tropy – rzeczywiście słychać w smyczkach echa aranżacji Jean-Claude’a Vanniera, współpracownika między innymi Serge’a Gainsbourga. W instrumentalnym „Ben Yarim” kwintet kieruje się z kolei w stronę Egiptu: syntezatory brzmią tak, jakby grał na nich Ammar El Sherei, a Thijs Elzinga na gitarze wygrywa motywy żywcem wyjęte ze szkoły Omara Khorshida. Nowością w muzyce zespołu jest pewna powłóczystość, brak nerwowości, co zbliża ich momentami – jak w „Suçum Nedir” – do Grup Şimşek, innego europejskiego zespołu grającego tureckie klasyki. Przejmująco zaśpiewany, podniosły i pełen nadziei „Bir Nazar Eydelerim” stanowi idealne zakończenie „Garip”, a retrofuturystyczny klimat utworu jest muzycznym odpowiednikiem surrealistycznych okładek albumów zespołu.

Po sześciu albumach i wielu zawirowaniach Altın Gün mogą patrzeć w przyszłość ze spokojem. Nie tyle odnaleźli swoją formułę, bo to zrobili przecież dawno temu, ale wreszcie są gotowi przyznać przed całym światem, że skoro granie cudzych kompozycji legło u podstaw anatolijskiego rocka, to ma takie samo miejsce wśród grup odwołujących się do tego nurtu w XXI wieku. Może to i banał, ale oni potrzebowali czasu, by oddać należyty szacunek nazwiskom klasyków. Przestali ich ukrywać – a to wyszło im na dobre.

Altın Gün, „Garip”
Glitterbeat
2026