„Nirwana jest tu” Mikaela Rossa to komiks, który można podsumować jednym słowem: napięcie. Jest ono widoczne tam, gdzie akcja i humor brawurowo mieszają się ze scenami „cięższymi” – zarówno brutalnymi, jak i wzruszającymi. Ale napięcie ma swoje źródło również w zderzeniu wykorzystywanych schematów z ich niesztampową obróbką. A także w samej fabule. Tu na pierwszym planie wciąga nas rozrywkowa konwencja sensacyjna, ale na drugim autor buduje przekonujące socjologiczne tło i psychologiczne portrety. Wszystko to wskazuje, że mamy do czynienia ze świetnie skrojonym scenariuszem. Choć trzeba zastrzec, że czasem zbiegi okoliczności są zbyt nieprawdopodobne, a bohaterowie mają zadziwiająco dużo szczęścia. Bo jak każdy znakomity scenariusz, tak i ten miewa mankamenty.
Pochodzące z Wietnamu rodzeństwo – Tăm i Dennis – na polskim targu w Hohenwutzen (Ognica) spotyka dziewczynę (również z Wietnamu), której sprzedaje tasak. W trakcie tej samej wizyty na targu Tăm przez przypadek, podczas nieostrożnej jazdy na nowo kupionych łyżworolkach, przyciera vana, z którego wysiadła dziewczyna – więc wsuwa do samochodu także karteczkę ze swoimi danymi. Rodzeństwo wraca do Berlina, ale Tăm pamięta o dziwnym spotkaniu. Jakiś czas później sprawa do niej wraca. Chłopak chodzący do tej samej szkoły, Alex, znajduje wyrzucony plecak, a w nim adres Tăm i zdjęcie nieznajomej z targu. Wkrótce potem – już wspólnie z rodzeństwem – odnajduje także sprzedany kobiecie tasak oraz odcięty palec. W ten sposób Tăm, Dennis i Alex zostają wplątani w serię niebezpiecznych zdarzeń. W ich do tej pory wygodny i nieco beztroski świat – upalne lato, które wypełniają jazda na łyżworolkach, lekcje aktorstwa u podstarzałej gwiazdy ekranu pomieszkującej teraz w domku letniskowym czy pierwsza miłość – wdziera się przemoc oraz tajemnice. W chaosie trójce bohaterów przyjdzie się zmierzyć nie tylko z zagrożeniem, ale też ze skomplikowanymi, często do tej pory nieznanymi im emocjami.
Ross tworzenie swojego komiksu rozpoczął od rozpoznania konkretnego miejsca, a mianowicie berlińskiej dzielnicy Lichtenberg. To właśnie tam autor przez kilka lat pracował jako nauczyciel, poznając okolicę i mieszkańców, którzy stanowią największe berlińskie skupisko wietnamskiej mniejszości. Ross umiejscawia akcję pośród bloków, ulic i działkowych ogródków, odwzorowując także prawdziwe miejsca – ich przykładem jest Dong Xuan Market, wietnamskie ekonomiczne centrum Berlina. Dla Tăm, Dennisa i Alexa to przestrzeń znana i – zdawało się do tej pory – bezpieczna. Niespodziewanie wkrada się tu nieznane. Jednak faktycznie to, co zaczyna się jak intrygująca tajemnica, okazuje się niczym więcej, jak elementem rzeczywistości – jej mniej przyjemnym wymiarem.
Autor miesza zatem dwa porządki – nastoletniej opowieści z nurtu coming of age z brutalnym thrillerem. Na pierwszej płaszczyźnie mamy Tăm, która próbuje wdać się w łaski koleżanek łyżworolkarek, by poznać najlepsze techniki jazdy; Dennisa, który nie wie, co począć z miłosnymi wyznaniami znajomej; Alexa, który ćwiczy bycie Jamesem Bondem. Na drugiej płaszczyźnie jest brutalny realizm społecznych kryzysów: nieznajoma dziewczyna z parkingu, Hoo Binh, okazuje się ofiarą handlu żywym towarem i przemocy seksualnej, w tle działają bezwzględni gangsterzy. W ciemnych zaułkach i opuszczonych budynkach Berlina mieszka realna przemoc – choć nigdy nie dzieje się ona bezpośrednio na oczach mieszkańców, turystów, a nawet: głównych bohaterów. A jednak jest w komiksie silnie obecna – determinuje więc losy postaci i dyktuje nam emocje lekturowe.
W emocjach tych również skrywa się napięcie. Ze względu na przyjętą konwencję, w przemieszaniu tych dwóch rzeczywistości jest coś przyjemnie wybijającego z czytelniczego komfortu. Szybko też czujemy, że rzeczywistości te nigdy nie były rozdzielone, a beztroskich nastolatków od dawna już dotykał społeczny realizm. Samotnie wychowującej Alexa matce trudno znaleźć czas dla syna, a on sam myślami błądzi wciąż wokół nieobecnego ojca. Rodzice Tăm i Dennisa ciężko pracują, aby zapewnić swoim dzieciom dostanie życie, jakiego sami nie mieli. To jednak elementy społecznego realizmu przystające do pejzażu codzienności. Wraz ze znalezieniem odciętego palca – niczym ze znalezieniem ucha w Lynchowskim kryminale – dostajemy zapowiedź przemocy rozbuchanej i zagarniającej rzeczywistość.
Ross nie powstrzymuje się przed rysowaniem przemocy, choć stara się ją stopniować, niejako usypiając na początku naszą czujność. Później jednak przemoc nie tyle eskaluje, co wybucha: krew leje się momentami gęsto, a na ziemię upada niejeden trup. A wszystko to w świetnie utrzymanym tempie, które zdecydowanie jest jednym z mocniejszych punktów tego tytułu. Pamiętając o tym, że „Nirvanę…” organizuje napięcie, Ross z wielką wprawą przeplata momenty dramatyczne i komediowe, akcję i momenty oddechu, refleksji. W ten sposób prowadzi nas do wyczekiwanego finału, który stanowi dobitne przypomnienie, że realizm oznacza także brak happy endu. Zrozumienie, że go nie będzie, to ostateczne ziszczenie coming of age.
Scenariusz „Nirwana jest tu” zdaje się dopieszczony do maksimum, ale to ze względu na wspomniane tempo i niuansowanie tonów. Bo nawet w tak dopracowanej fabule niektóre elementy uwierają. Wspomniałam już na początku niezwykłe zbiegi okoliczności (jak wtedy, gdy okrywamy tożsamość ojca Alexa lub gdy dzięki umieszczonemu w plecaku Hoo Bing lokalizatorowi bohaterom udaje się ją namierzyć – mamy tu do czynienia z dość oczywistym foreshadowingiem). Bardziej komiks obciąża jednak podejście do kilku postaci, przy których Ross zapomniał nie tyle o wiarygodności psychologicznej, ile o autonomii.
Chodzi przede wszystkim o Dennisa, którego znaczenie dla fabuły szybko zdaje się marginalne, bo pojawia się on przede wszystkim wtedy, gdy potrzeba kogoś z dobrą znajomością wietnamskiego. Jeszcze bardziej przedmiotowo potraktowana została postać partnerki-to-be Dennisa, Mariny, która pojawia się wówczas, gdy to dla bohaterów najkorzystniejsze – gdy trzeba stanąć w czyjejś obronie albo być świadkiem konkretnej sceny. Jednocześnie relacja dwójki bohaterów zdaje się absolutnie irracjonalna, więc trudno ją zaliczyć do elementu tła psychologicznego.
Charakteryzujące komiks napięcie podkreślane jest przez dynamiczny rysunek. Proste, ale nie uproszczone projekty postaci, czysta, zaokrąglona kreska, częste sięganie po rastry i świetnie rysowane sceny akcji naprowadzają nas na kontekst japoński, a sam Ross wśród swoich inspiracji przywołuje takie nazwiska jak Katsuhiro Ōtomo i Taiyo Matsumoto. Nie da się ukryć, że „Nirwana…” jest bardzo mangowa, ale to powinowactwo w żaden sposób obciążające – wręcz przeciwnie, estetyka ta idealnie współgra z historią i obranym sposobem narracji.
Ross może się jawić jako autor wszechstronny – jest wszak twórcą świetnie przyjętego kilka lat temu „Upadku” czy niewydanej po polsku biograficznej opowieści o młodości Beethovena. Na pierwszy rzut oka należałoby stwierdzić: żonglującym różnorodnymi tematami, optykami i estetykami. Ale przy całej tej zmienności jego komiksy mają elementy wspólne: Ross tak samo przywiązuje wagę do rytmu snutych opowieści i sprawnie oddaje atmosferę wybranych przez siebie miejsc. Należałoby zatem raczej powiedzieć, że biogram autora cechuje to samo, co „Nirwanę…” – napięcie.