Z Katarzyną Witerscheim, ślązaczką i autorką komiksów, rozmawia Dominika Gracz-Moskwa
Katarzyna Witerscheim: Myślę, że lokalny patriotyzm to określenie, które niewystarczająco opisuje coś, co Ślązacy nazywają hajmatem. Hajmat to miejsce, w którym się jest, które ma się w sobie. To też język, kultura, tożsamość, coś więcej niż „lokalność”. Lokalność implikuje istnienie czegoś większego, jest w nim podział na małą i dużą ojczyznę – mamy Polskę, a w niej mniejsze regiony. Dla Ślązaka jest hajmat, czyli Śląsk – i nic ponad tym. Hajmat nie jest częścią czegoś większego.
Często mówi się o Śląsku jako miejscu, gdzie cenione są przede wszystkim praca, obowiązkowość – i tak, to prawda. Ślązacy są niesamowicie pracowici, a praca mocno dyktuje, jak wygląda reszta twojego życia. Nie tylko twoja praca kształtuje twój dzień – także praca innych ludzi wokół. Ale dla mnie Śląsk to przede wszystkim gościnność. Bycie gospodarzem to bardzo ważna funkcja, trzeba ją brać naprawdę na poważnie.
Zawiniłam? Niczym. Nie czuję się winna. Myślę, że ja swoimi pracami dobrze odnoszę się do etosu pracy i gościnności Górnego Śląska. Z szacunkiem podchodzę do górnictwa i jego spuścizny. Bardzo chwalę śląską gościnność. Przecież akceptacja osób LBGTQ+ albo bardziej wyemancypowanych kobiet także mieści się w jej obrębie.
Czułam się trochę zawiedziona. Nie tyle chodzi mi o reakcję, co jej moment. Afera wybuchła, gdy wystawa się już zamykała, więc wielu oburzonych i zainteresowanych nie mogło już obejrzeć prac, by skonfrontować zarzuty i zyskać własną opinię. Stąd moja odezwa: proszę wyrażać swoje oburzenie, gdy wystawa trwa!
Cała sprawa zwróciła na mnie uwagę opinii publicznej i zyskałam więcej odbiorców, więc w sumie powinnam podziękować inicjatorom. Wiem, że wielu Ślązaków nie myśli o mnie jako o antyśląskiej artystce. Wręcz przeciwnie.
Wystawa była efektem działań kuratorki, Magdaleny Toboły-Feliks, która od dłuższego czasu walczyła o to, by się ziściła. Tak naprawdę to jej zasługa. Pierwotnie wystawa miała się odbyć w innym miejscu, ale ostatecznie okazało się, że tylko Muzeum w Tychach jest na tyle odważne.
Nie mam stanowiska wobec działalności aktualnej grupy – wiem jednak, że sam Erwin Sówka nie chciał się podpisywać pod współczesną grupą. Trochę rozumiem, bo dzisiejsi „spadkobiercy” chcą się odciąć od okultystycznej przeszłości. Korzenie Grupy Janowskiej długo były tematem tabu, chciano o nich zapomnieć. Bo przecież jak to tak? Być wbrew każdemu porządkowi.
Nie nazwę się może zakłócaczką, nie mnie jest nadawać sobie przydomki. Tworzę komiksy o tym, co jest dla mnie ważne. To dlatego podejmuję temat roli kobiety na Górnym Śląsku. Przepracowuję idee, które doprowadzają do zmian, a jednocześnie chcę też pielęgnować kulturę i tradycję. Uważam, że konserwatywnym środowiskom trzeba odebrać monopol na tradycję – ona należy do wszystkich. Jest zarówno dla nich, jak i dla młodych, dla LGBT+, dla kobiet, dla osób wszelakich. Nikt nie może sobie jej całkowicie zawłaszczyć – temu właśnie się sprzeciwiam.
Z miłości do tego, co znam i w czym wyrosłam – jak powiedziałam, chcę, żeby tradycja była dla wszystkich. Żeby każdy mógł z niej tak samo czerpać.
Za to, że jest Śląskiem. Za to, że chce być inny i jest inny. I taki pozostanie.
To pytanie odnosi do mojej „misji” (o ile mogę to tak nazwać). Chcę pokazać, że o Śląsku można mówić w różnym tonie. Śląsk może pokazywać swoją mroczną i skomplikowaną historię; może być pokazywany jako męczennik, ale też jako miejsce pełne miłości i wspaniałej inności.
Myślę, że nie ma lepszego miejsca na pokazanie queerowości niż Śląsk. Kultura tego miejsca wyrosła na inności i odmiennej tożsamości – tożsamości, która tak bardzo różni się od reszty Polski. Śląsk lubi tę inność.
Och, już myślałam, że nie będziemy do tego wracać! Fakt, gdy zaczynałam, było nas niewiele, ale nas to nie zniechęciło. Męscy twórcy komiksowi w Polsce są niesamowicie otwarci i tolerancyjni. Dostawałyśmy od nich wsparcie. Ważne były też przemiany infrastrukturalne: rozwój internetu, tworzenie się grup artystycznych, coraz większa dostępność narzędzi do tworzenia. Tak, na początku próbowano nas wsadzić w jakieś ramy „komiksu kobiecego”, spróbować nas definiować przez płeć. Zaś odbiorcy przez chwilę żyli w przekonaniu, że to tylko eksperyment. Ale to wszystko się rozmyło i znormalizowało. A my nigdzie się nie wybieramy – tak jak w komiksach siedziałyśmy, tak siedzimy.
Próbowałyśmy znaleźć różne sposoby na siebie. Jedne tworzyły w ramach sztuki autobiograficznej, inne ciągnęło bardziej do mainstreamu, inne do treści feministycznych. Ostatecznie wszystko sprowadziło się do swobody i możliwości wyboru – jakie historie chcemy opowiadać? Dzięki temu nie stworzyłyśmy czegoś takiego jak „komiks kobiecy” – każdej z nas udało się określić jako autonomiczna twórczyni.
Myślę, że wskazanie na 2012 rok jako przełomowy jest słuszne. Sądzę też, że rok 2005 był ważny – wtedy zaczęto w Polsce publikować coraz to więcej komiksów internetowych, otwierając, także dla kobiet, nowe możliwości tworzenia i dystrybucji. Ale najważniejsze jest to, że chyba liczba komiksiar wzrastała naturalnie – weszłyśmy na stałe na ten rynek bez rewolucji.
Oczywiście, wielką! W sumie komiks w Polsce to teraz babska sprawa! Możemy tak stwierdzić, jeśli popatrzymy na liczbę premier, nazwisk i tytułów – większość osób autorskich to kobiety.
Polski rynek komiksowy jest na tyle specyficzny, że ciężko go nawet porównać z resztą świata. Myślę, że u nas rola kobiety może być większa niż na innych rynkach komiksowych. Mamy bardzo dobrej jakości komiksy autorskie, nie gonimy za franczyzami, nie boimy się eksperymentów, robimy takie komiksy, jakie chcemy, nie patrząc na trendy. W sumie tak wygląda całe pole komiksowe w ogóle.
O lepsze stawki. O więcej szacunku ze strony innych artystów. O popularyzowanie komiksu w kulturze polskiej.
Przede wszystkim na pomysł, jego świeżość i oryginalność. Jakie tematy wprost lub pośrednio może poruszać. Ważny dla mnie jest również poziom plastyczny, bo jednak komiks to sztuka wizualna. Narracja odbywa się tu przez obraz, a nie samo słowo.
Tak. Szukam też oryginalnego podejścia do tak zwanych klisz – chętnie poczytam czy to o trójkącie miłosnym, czy to klasyczny western, jeśli jest to podane na świeżo. Cieszę się, że komiks gatunkowy w Polsce się rozwija – i potrzeba więcej dobrze stworzonych romansów, horrorów, komiksów kostiumowych, fantasy!
Zakładałam od początku, że będzie to pięć tomów – i to się nie zmieni. Oczywiście sposób rozwinięcia tej historii znacząco ewoluował, bo i ja się zmieniałam przez te lata. Ale trzon opowieści pozostał ten sam.
Wiem, jak ma wyglądać zakończenie tej historii – i ono się raczej nie zmieni. Zmienić się może droga do tego finału.
Mam plany na gotycki romans dziejący się w Świerklańcu i na western w Szopienicach. Coraz częściej myślę o spin-offie „Heleny…”. Wygląda na to, że przez kolejną dekadę będę miała ręce pełne roboty.