Nr 23/2025 Na dłużej

Z Katarzyną Witerscheim, ślązaczką i autorką komiksów, rozmawia Dominika Gracz-Moskwa

Dominika Gracz-Moskwa: Czujesz się lokalną patriotką?

Katarzyna Witerscheim: Myślę, że lokalny patriotyzm to określenie, które niewystarczająco opisuje coś, co Ślązacy nazywają hajmatem. Hajmat to miejsce, w którym się jest, które ma się w sobie. To też język, kultura, tożsamość, coś więcej niż „lokalność”. Lokalność implikuje istnienie czegoś większego, jest w nim podział na małą i dużą ojczyznę – mamy Polskę, a w niej mniejsze regiony. Dla Ślązaka jest hajmat, czyli Śląsk – i nic ponad tym. Hajmat nie jest częścią czegoś większego.

A czym są według Ciebie śląskie wartości? Czy to tylko termin-wytrych, siatka nakładana przez osoby z zewnątrz?

Często mówi się o Śląsku jako miejscu, gdzie cenione są przede wszystkim praca, obowiązkowość – i tak, to prawda. Ślązacy są niesamowicie pracowici, a praca mocno dyktuje, jak wygląda reszta twojego życia. Nie tylko twoja praca kształtuje twój dzień – także praca innych ludzi wokół. Ale dla mnie Śląsk to przede wszystkim gościnność. Bycie gospodarzem to bardzo ważna funkcja, trzeba ją brać naprawdę na poważnie.

Pytam, bo tego lata zostałaś oskarżona o cały szereg sprzeniewierzeń wobec tradycji, śląskości, regionu. O „obrazę śląskich wartości” i, co w naszej rzeczywistości oczywiste, uczuć religijnych. Czy możesz wyjaśnić, czym tak „zawiniłaś”?

Zawiniłam? Niczym. Nie czuję się winna. Myślę, że ja swoimi pracami dobrze odnoszę się do etosu pracy i gościnności Górnego Śląska. Z szacunkiem podchodzę do górnictwa i jego spuścizny. Bardzo chwalę śląską gościnność. Przecież akceptacja osób LBGTQ+ albo bardziej wyemancypowanych kobiet także mieści się w jej obrębie.

Warto jednak przytoczyć kontekst. W Muzeum Miejskim w Tychach miała miejsce wystawa „DOPEŁNIANIE”, podczas której prezentowano Twoje prace w zestawieniu ze śląskimi makatkami. Wystawa wzbudzała pozytywne reakcje, aż do czasu sesji rady miasta, podczas której jeden z radnych wysunął w stronę wystawy zarzuty o antyśląski charakter. Narrację tę podchwyciły prawicowe media, sprawa zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Jak się z tym czułaś?

Czułam się trochę zawiedziona. Nie tyle chodzi mi o reakcję, co jej moment. Afera wybuchła, gdy wystawa się już zamykała, więc wielu oburzonych i zainteresowanych nie mogło już obejrzeć prac, by skonfrontować zarzuty i zyskać własną opinię. Stąd moja odezwa: proszę wyrażać swoje oburzenie, gdy wystawa trwa!

Cała sprawa zwróciła na mnie uwagę opinii publicznej i zyskałam więcej odbiorców, więc w sumie powinnam podziękować inicjatorom. Wiem, że wielu Ślązaków nie myśli o mnie jako o antyśląskiej artystce. Wręcz przeciwnie.

Kto wyszedł z inicjatywą wystawy: Ty czy muzeum?

Wystawa była efektem działań kuratorki, Magdaleny Toboły-Feliks, która od dłuższego czasu walczyła o to, by się ziściła. Tak naprawdę to jej zasługa. Pierwotnie wystawa miała się odbyć w innym miejscu, ale ostatecznie okazało się, że tylko Muzeum w Tychach jest na tyle odważne.

Myślę, że z podobnymi problemami i oskarżeniami nie musieli mierzyć się członkowie Grupy Janowskiej, którzy byli dla Ciebie inspiracją przy komiksie „Heksa”. Byli obserwowani z podejrzliwością, krytykowani za podobne „naruszenia”. A dzisiaj pamięć o nich jest pielęgnowana – Teofil Ociepka, założyciel, doczekał się rzeźby w Katowicach. Sama grupa nadal działa, wystawiają swoje obrazy.

Nie mam stanowiska wobec działalności aktualnej grupy – wiem jednak, że sam Erwin Sówka nie chciał się podpisywać pod współczesną grupą. Trochę rozumiem, bo dzisiejsi „spadkobiercy” chcą się odciąć od okultystycznej przeszłości. Korzenie Grupy Janowskiej długo były tematem tabu, chciano o nich zapomnieć. Bo przecież jak to tak? Być wbrew każdemu porządkowi.

W podobny sposób można odczytywać Twoje bohaterki: główną bohaterkę „Heksy” oraz główną bohaterkę „Heleny Wiktorii”, Helenę Kocik. To mącicielki zastanego porządku. Czujesz się taką zakłócaczką? Jest to dla Ciebie jakaś szczególna figura?

Nie nazwę się może zakłócaczką, nie mnie jest nadawać sobie przydomki. Tworzę komiksy o tym, co jest dla mnie ważne. To dlatego podejmuję temat roli kobiety na Górnym Śląsku. Przepracowuję idee, które doprowadzają do zmian, a jednocześnie chcę też pielęgnować kulturę i tradycję. Uważam, że konserwatywnym środowiskom trzeba odebrać monopol na tradycję – ona należy do wszystkich. Jest zarówno dla nich, jak i dla młodych, dla LGBT+, dla kobiet, dla osób wszelakich. Nikt nie może sobie jej całkowicie zawłaszczyć – temu właśnie się sprzeciwiam.

Potrzeba zmiany tego stanu rzeczy bierze się z niechęci do pewnych elementów tego, co zastane, czy raczej z miłości do tego, w czym wyrosłaś?

Z miłości do tego, co znam i w czym wyrosłam – jak powiedziałam, chcę, żeby tradycja była dla wszystkich. Żeby każdy mógł z niej tak samo czerpać.

Za co kochasz Śląsk?

Za to, że jest Śląskiem. Za to, że chce być inny i jest inny. I taki pozostanie.

Zależy Ci, żeby tworzyć o Śląsku i po śląsku?

To pytanie odnosi do mojej „misji” (o ile mogę to tak nazwać). Chcę pokazać, że o Śląsku można mówić w różnym tonie. Śląsk może pokazywać swoją mroczną i skomplikowaną historię; może być pokazywany jako męczennik, ale też jako miejsce pełne miłości i wspaniałej inności.

Według Ciebie w śląskości jest miejsce na queerowość. Przypomina mi się ujawniona przez Ciebie czytelnicza opinia dotycząca „Heleny Wiktorii” – osoba ta miała problem z obecnością bohaterów nieheteronormatywnych w komiksie. By sparafrazować ten zarzut bardziej dosłownie: jej zdaniem było to „zbyt duże stężenie” gejów i lesbijek.

Myślę, że nie ma lepszego miejsca na pokazanie queerowości niż Śląsk. Kultura tego miejsca wyrosła na inności i odmiennej tożsamości – tożsamości, która tak bardzo różni się od reszty Polski. Śląsk lubi tę inność.

Wróćmy do figury zakłócaczki. Jest jeszcze jedna płaszczyzna, na której spełniasz się w tej roli: polski rynek komiksowy. Kiedyś funkcjonowanie w nim kobiet było trudniejsze. W tamtych – nie tak odległych – niełatwych warunkach przecierałaś szlaki. Jak wspominasz swoje początki?

Och, już myślałam, że nie będziemy do tego wracać! Fakt, gdy zaczynałam, było nas niewiele, ale nas to nie zniechęciło. Męscy twórcy komiksowi w Polsce są niesamowicie otwarci i tolerancyjni. Dostawałyśmy od nich wsparcie. Ważne były też przemiany infrastrukturalne: rozwój internetu, tworzenie się grup artystycznych, coraz większa dostępność narzędzi do tworzenia. Tak, na początku próbowano nas wsadzić w jakieś ramy „komiksu kobiecego”, spróbować nas definiować przez płeć. Zaś odbiorcy przez chwilę żyli w przekonaniu, że to tylko eksperyment. Ale to wszystko się rozmyło i znormalizowało. A my nigdzie się nie wybieramy – tak jak w komiksach siedziałyśmy, tak siedzimy.

A jak opisałabyś funkcjonowanie wtedy komiksowej kobiecej twórczości?

Próbowałyśmy znaleźć różne sposoby na siebie. Jedne tworzyły w ramach sztuki autobiograficznej, inne ciągnęło bardziej do mainstreamu, inne do treści feministycznych. Ostatecznie wszystko sprowadziło się do swobody i możliwości wyboru – jakie historie chcemy opowiadać? Dzięki temu nie stworzyłyśmy czegoś takiego jak „komiks kobiecy” – każdej z nas udało się określić jako autonomiczna twórczyni.

Czy według Ciebie istnieje w najnowszej herstorii polskiego komiksu punkt zwrotny? Sylwia Kaźmierczak w tekście „Baby zabiły polski komiks” wskazuje na rok 2012, gdy premierę miało kilka dobrze odebranych przez krytykę i rynek komiksów autorstwa kobiet. Może widzisz inne momenty i zdarzenia istotne na osi czasu?

Myślę, że wskazanie na 2012 rok jako przełomowy jest słuszne. Sądzę też, że rok 2005 był ważny – wtedy zaczęto w Polsce publikować coraz to więcej komiksów internetowych, otwierając, także dla kobiet, nowe możliwości tworzenia i dystrybucji. Ale najważniejsze jest to, że chyba liczba komiksiar wzrastała naturalnie – weszłyśmy na stałe na ten rynek bez rewolucji.

Czujesz pewną satysfakcję z tego, jak na przestrzeni tych lat zmieniła się pozycja kobiet w środowisku?

Oczywiście, wielką! W sumie komiks w Polsce to teraz babska sprawa! Możemy tak stwierdzić, jeśli popatrzymy na liczbę premier, nazwisk i tytułów – większość osób autorskich to kobiety.

A czy masz porównanie, jak to wygląda wobec, użyjmy tej zgranej formuły, „reszty świata”?

Polski rynek komiksowy jest na tyle specyficzny, że ciężko go nawet porównać z resztą świata. Myślę, że u nas rola kobiety może być większa niż na innych rynkach komiksowych. Mamy bardzo dobrej jakości komiksy autorskie, nie gonimy za franczyzami, nie boimy się eksperymentów, robimy takie komiksy, jakie chcemy, nie patrząc na trendy. W sumie tak wygląda całe pole komiksowe w ogóle.

O co nadal można na rynku komiksów zabiegać? Gdzie widziałabyś przestrzenie do dalszych zmian?

O lepsze stawki. O więcej szacunku ze strony innych artystów. O popularyzowanie komiksu w kulturze polskiej.

Zapytałam o kształtowanie pola komiksowego, bo zyskałaś tu pewną konkretną sprawczość. Jako zwyciężczyni konkursu na projekt komiksowy podczas festiwalu w Łodzi w 2022 roku przewodniczyłaś jury kolejnych edycji tego konkursu. Czego jako jurorka szukasz w zgłaszanych propozycjach? Na co zwracasz uwagę?

Przede wszystkim na pomysł, jego świeżość i oryginalność. Jakie tematy wprost lub pośrednio może poruszać. Ważny dla mnie jest również poziom plastyczny, bo jednak komiks to sztuka wizualna. Narracja odbywa się tu przez obraz, a nie samo słowo.

Tego samego szukasz w komiksie jako czytelniczka?

Tak. Szukam też oryginalnego podejścia do tak zwanych klisz – chętnie poczytam czy to o trójkącie miłosnym, czy to klasyczny western, jeśli jest to podane na świeżo. Cieszę się, że komiks gatunkowy w Polsce się rozwija – i potrzeba więcej dobrze stworzonych romansów, horrorów, komiksów kostiumowych, fantasy!

Na tapas.io premierę ma właśnie czwarty sezon „Heleny Wiktorii”. Pierwszy rozdział opublikowałaś w 2017 roku. Od początku zakładałaś, że będzie to dłuższa seria? A może wizja całości ewoluowała wraz z powstawaniem komiksu?

Zakładałam od początku, że będzie to pięć tomów – i to się nie zmieni. Oczywiście sposób rozwinięcia tej historii znacząco ewoluował, bo i ja się zmieniałam przez te lata. Ale trzon opowieści pozostał ten sam.

Skoro ewoluował, to wciąż zmieniać się może. Czy zatem wiesz, jak „Helena Wiktoria” się zakończy, czy to kwestia nadal otwarta?

Wiem, jak ma wyglądać zakończenie tej historii – i ono się raczej nie zmieni. Zmienić się może droga do tego finału.

A co dalej? Pracujesz nad kolejnymi komiksowymi projektami?

Mam plany na gotycki romans dziejący się w Świerklańcu i na western w Szopienicach. Coraz częściej myślę o spin-offie „Heleny…”. Wygląda na to, że przez kolejną dekadę będę miała ręce pełne roboty.