Nr 19/2025 Na teraz

Linie proste i napięcia

Dominika Gracz-Moskwa
Komiks

Bohater Łukasza Wojciechowskiego rozpada się raz za razem, niczym stary świat, który zniknął w hukach Wielkiej Wojny. Na gruzach tej poranionej rzeczywistości powstaje nowy świat – szybszy, lepszy, sprawniejszy. Czy jest w nim miejsce dla człowieka z przeszłością? Tym bardziej że przeszłość wciąż tu jest – nie tylko w klasycznym rozumieniu, czyli kładąc się cieniem na teraźniejszości, ale także w sensie proroctwa: zapowiada nieuchronnie nadciągającą ponowną katastrofę.

„Jestem młody, mam dwadzieścia lat; z życia nie znam jednak nic oprócz zwątpienia, śmierci, strachu i powiązania najbardziej bezsensownej powierzchowności z otchłanią cierpienia”. Słowa bohatera książki Ericha Marii Remarque’a „Na Zachodzie bez zmian” równie dobrze mógłby wypowiedzieć bohater komiksu Wojciechowskiego zatytułowanego „Dum-dum”. Stanisław (dla znajomych Stan) ma dwadzieścia osiem lat i właśnie trafił do Berlina, gdzie dzięki swojemu kuzynowi otrzymał pracę przy projektowaniu kolei. Wcześniej była szkoła techniczna we Wrocławiu (to znaczy: w Breslau), a jeszcze wcześniej szpital psychiatryczny i wojna. Ta Pierwsza. Ta Wielka.

Stanisław nie zna świata bez wojny. Trochę pamięta dzieciństwo w Przemęcie niedaleko Poznania (albo w Primencie pod Posen), a zwłaszcza mamę i braci. Najstarszego, Kazia, który poszedł na wojnę bić się za Polskę – i nie wrócił. Średniego, Jana, który na wojnę nie chciał iść, więc został zastrzelony przez pruskiego żołnierza na oczach rodziny. Zamiast Jana pruski żołnierz wysłał na wojnę czternastoletniego Stasia. Młodzieniec wpadł więc w machinę, która stanowi odwrotność najbardziej znanych w kulturze narracji „wychowania do wojny”: tu rzeczywistość jest najpierw wojenna, dopiero potem pojawi się szkolna. A po drodze jeszcze szpitalna.

W 1930 roku Stan trafia w samo epicentrum rozpadającej się rzeczywistości, choć jeszcze maskowanej wielokulturowym (a może należałoby powiedzieć: wielopolitycznym) tyglem. Będąc w Berlinie, pomieszkuje na strychu udostępnionym przez ciotkę komunistkę, ale pracę dostaje dzięki sympatyzującemu z NSDAP kuzynowi.

Stanisław kreśli linię za linią – rysunek techniczny jest dla niego formą ucieczki. Nad tym światem – światem prostych linii bez człowieka – ma pełną kontrolę. Powojenna trauma go jednak nie opuszcza, a Berlin lat 30. raczej ją potęguje: jest szybki, głośny, niebezpieczny. Napięcia kumulują się, a czasem wybuchają. Podobnie zresztą działa sam Stanisław: szuka ujścia emocji nie tylko w pracy, ale też w przemocy, dla której katalizatorem może okazać się wszystko. Kolorowe światła, które migają, hałas ulic, monumentalizm i powtarzalność fasad budynków, sztuka. Bohater dochodzi do wniosku, że chciałby „być urządzeniem elektrycznym”, pokładając nadzieję na ukojenie w wizji odcięcia się od emocjonalności, w wizji mechanicznej przewidywalności. Tak jakby zapomniał, że kłopot z urządzeniem elektrycznym jest inny: gdy już zostanie uruchomione, nie wyłączy się bez zewnętrznej interwencji.

„Dum-dum” (tytuł autor zaczerpnął od nazwy pocisków wykorzystywanych podczas I wojny światowej) to typowa opowieść o człowieku powojennym, zszarganym, zniszczonym, straumatyzowanym i wrzuconym na powrót do „normalnego” świata, który normalny być nie może. Nie dlatego, że powstał na gruzach po katastrofie, ale dlatego, że za fasadą nowoczesności i postępu skrywa cały szereg teraźniejszych napięć: wojenne resentymenty, ekonomiczną zapaść, intelektualny i polityczny ferment podpowiadający coraz radykalniejsze rozwiązania. Wojciechowski sięga po rozpoznawalne konteksty, jak modernistyczna architektura (przywołuje rzeczywiste budynki i osiedla), filmy („Gabinet doktora Caligari”, „Golem”, „Zmęczona śmierć”, „Ludzie w niedzielę”), rzeźbę („Mechaniczna głowa” Raoula Hausmanna) czy obraz („Człowiek” André Massona). Ważny jest także kontekst społeczno-polityczny: na ulicach ścierają się hasła z lewej i prawej strony. Czas akcji to rok pierwszych wyborów, w których NSDAP uzyskuje znaczącą liczbę głosów w wyborach parlamentarnych do Reichstagu i zostaje drugą siłą polityczną w międzywojennych Niemczech.

Na polu komiksu spotkać mogliśmy już podobne motywy – przede wszystkim w słynnej „Trylogii berlińskiej” Jasona Lutesa (składały się na nią komiksy „Berlin – Miasto kamieni”, Berlin – Miasto dymu”, „Berlin – Miasto światła”). Jednak Lutes zainteresowany był przede wszystkim momentem historycznym i warunkami jego zaistnienia, czynił więc z mieszkańców Berlina bohatera zbiorowego swojej opowieści. Zaś Wojciechowski tworzy komiks psychologiczny: skupia się przede wszystkim na Stanisławie, jego emocjach i napięciach wynikających z jego sposobu funkcjonowania. Autor obudowuje tę linię fabularną na wiele sposobów. Jednym z nich jest wspomniane już wykorzystywanie kontekstu historii. Inny natomiast to warstwa wizualna, która stanowi najmocniejszy elementem całości, nadając komiksowi autorski charakter.

„Dum-dum” został narysowany w programie AutoCAD, którym posługują się architekci (Wojciechowski jest nim z wykształcenia). Wytwarza to ciekawe pokrewieństwo między postrzeganiem tworzonego świata przez autora a postrzeganiem świata przedstawionego przez jego głównego bohatera. Prosta, minimalistyczna kreska nie tylko przypomina jego projekty, ale także rysunek techniczny, którym zajmuje się Stanisław.

Wojciechowski udowadnia, że jedna, prosta linia może stanowić cały świat. To zarówno niekończący się horyzont, wystrzeliwujące ku niebu budynki, sunąca kolej, maszerujący tłum, jak i pojedyncza kula, która nieubłaganie dosięga swojego celu. Jedna linia, czy to w komiksie, czy to na kreślarskim stanowisku, może mierzyć dziesiątki kilometrów i ważyć wiele ton. Ale może być też chwilą, kroplą deszczu czy uczuciem. Wojciechowski dysponuje świetnym warsztatem i czuje się w tworzeniu niezwykle swobodnie, z jednej strony piętrząc znaczenia i tworząc między nimi połączenia, a z drugiej w ogóle się w tej plątaninie nie gubiąc. Ba, ma się wrażenie, że autor w pełni rozpościera skrzydła architekta-komiksiarza.

Jest to też opowieść osobista, swoista „rodzinna historia alternatywna”. Stanisław Wojciechowski nigdy nie trafił do Berlina lat 30., gdyż zginął w trakcie Wielkiej Wojny. Przeżył jednak jego brat, Jan – dziadek autora. Wojciechowski podmienia więc losy braci, pyta, co by było, gdyby Stanisław miał szansę na ciąg dalszy. Nie jest to jednak historia budowana wokół nadziei – projektowany los Stana przepełniony jest goryczą, rozczarowaniem rzeczywistością. Wisi nad nim nieustanne widmo, przed którym nie ucieknie – widmo jego samego.

Spod idealnie prostych linii wyziera zatem to, co pod spodem. Maźnięcia pędzla, grube, czarne, nieregularne plamy, na początku pojawiają się tylko na twarzy Stanisława, obrazując rany po odbytych na ulicach Berlina bójkach. Ale te świeże rany i świeża krew to nic w porównaniu z ranami, które Stan nosi w środku. W końcu „obraz prostokreślnej rzeczywistości rozbija się i spomiędzy poszatkowanych linii wydostają się wspomnienia, duchy, demony…”. To, co do tej pory spychane na samo dno pamięci, nabiera kształtów – wówczas Wojciechowski wybiera kreskę nieregularną, jakby organiczną.

Głębokie rozumienie języka komiksu sprawia, że autor opowiada świeżą historię w ramach wyeksploatowanego przez kulturę tematu. Prosta linia potrafi udźwignąć wiele – także taki bagaż.

„Dum-dum”
scenariusz i rysunki: Łukasz Wojciechowski
Kultura Gniewu
Warszawa 2025