Nr 17/2025 Na teraz

Arcydzieło kina niedojrzałego

Paweł Służewski
Film

Kłóciłem się niedawno ze znajomym o to, czy filmy można obiektywnie dzielić na dobre i złe, to znaczy jakościowe i jakości pozbawione. Mój rozmówca był przekonany, że znajomość historii kina, warsztatu filmowego i kontekstów wystarczy, by zawyrokować o wartości danego dzieła. Jeśli dwóch filmoznawców nie zgadza się co do oceny wybranej produkcji, jeden z nich musi być niekompetentny – stwierdził.

„Jakość” nie wydaje mi się pojęciem ani adekwatnym, ani ciekawym – na pewno nie na tyle, by długo orbitować wokół niego, rozmawiając o kinie – ale zaproponowany przez mojego znajomego dualistyczny model krytyki zaprowadził mnie ku ciekawym tezom. Zdałem sobie bowiem sprawę, iż poza oczywistymi względami, jest on problematyczny również dlatego, że istnieje całkiem pokaźna grupa filmów niedojrzałych intelektualnie, ale skutecznie odsłaniających widzom z mniejszymi kompetencjami metafizyczny potencjał kina. To filmy, które lepiej oglądać, mrużąc nieco oczy, bo ich siła tkwi nie w maestrii konstrukcyjnej, a raczej w afektywnym pobudzeniu: przywoływaniu doświadczeń i emocjonalnym prowadzeniu widza. Gdybym miał jakoś zbiorczo tę grupę nazwać, to ze względu na intelektualną płyciznę użyłbym określenia „kino niedojrzałe” – a w przypadku najpopularniejszych ich przedstawicieli mówiłbym (nie bez ironii) o „arcydziełach kina niedojrzałego”. Sztandar tego typu kina z pewnością dzierży Maria, bohaterka „Dźwięków muzyki”, a więc największego, pustego w środku, filmowego landrynka w historii kina.

„Życie Chucka” (w tytułowej roli Tom Hiddleston) idealnie wpisuje się w powyższe rozważania. Gdy zmrużymy oczy i rozmyją się dokładne kontury elementów składających się na film Mike’a Flanagana, ujrzymy miękkie plamy pulsujące ostrą emocją. W pierwszym akcie (chronologicznie ostatnim, bo twórcy postanowili przedstawić nam filmowe wydarzenia w odwrotnej kolejności) będzie nią narastający strach przed końcem świata, w drugim – radość wynikająca z afirmacji życia. W trzecim zaś – stanowiącym odpowiedź na napięcie powstałe między dwoma poprzednimi – hybryda lęku i radości. Jeśli „Życie Chucka” potraktować bardziej kontemplatywnie niż analitycznie, doświadczenie widza będzie można przyrównać do efektu, jaki wywołuje słuchanie chwytliwej i rytmicznej, choć tekstowo niezbyt wyszukanej piosenki w obcym języku. Nagrodzona na festiwalu w Toronto produkcja posiada wszystko, by skutecznie ponieść nas emocjonalnie. Gorzej, gdy wsłuchamy się w to, o czym dokładnie „śpiewają” jej twórcy.

A warstwa tekstowa dzieła Flanagana niekoniecznie musiała być płytka, jeśli spojrzeć na jej inspirację – scenariusz wyrasta z poezji Walta Whitmana. Film wielokrotnie cytuje „Pieśń o sobie samym”. „Sam sobie zaprzeczam? No cóż, sam sobie zaprzeczam – jestem wielki, składam się z mnogości” (tłumaczenie: Andrzej Szuba, w filmie: „…zawieram miliony”). Wskazanie na wspólnotowy charakter ludzkiej egzystencji jest jednak pozbawione głębi. Autorzy czytają Whitmana boleśnie płytko i sercem filmu staje się ilustracja dosłownego (a więc mało ciekawego i raczej niezbyt trafnego) odczytania jego poezji. Być może śmierć znajomej osoby zdaniem Flanagana to mała śmierć każdego z nas, ale reżyser „Życia Chucka” przeszarżował i nie zdołał wyjść poza efekciarski, a w gruncie rzeczy również kiczowaty koncept, z którego, jak dowiadujemy się podczas seansu, wyrasta cały pierwszy akt.

„Życie Chucka” rozpoczyna się opowieścią o Martym (Chiwetel Ejiofor), nauczycielu zmagającym się z katastrofą klimatyczną i nadciągającym końcem świata. Ta historia, dostrajająca wzrok widzów tak, by na filmowe wydarzenia spoglądali z apokaliptycznej, kosmicznej perspektywy, okazuje się jednak tylko przydługim prologiem. Potem twórcy śledzą losy tytułowego bohatera, najpierw przedstawiając epizod z jego dorosłego życia, a następnie pokazując najważniejsze wydarzenia z jego dzieciństwa.

Centralnym punktem filmu, przez wielu zapisanym już do annałów kinematografii, jest scena ulicznego tańca. (Nawiasem mówiąc, w tych annałach taneczne sceny zajmują już chyba cały rozdział, jeśli nie tom. „Pulp Fiction”, „Piękna praca”, „Biedne istoty”, nasze rodzime „Salto” – przykłady można by mnożyć.) Kamera, reżyserowana z altmanowską lekkością, najpierw śledzi każdego z bohaterów z osobna, by w kulminacyjnym momencie splątać ze sobą trzy linie melodyczne w jeden chóralny okrzyk radości – na przekór zmartwieniom tańczących. Ta scena jest z pewnością największym osiągnięciem reżysera. Flanagan zdołał zdetonować na ekranie dopaminową bombę na tyle umiejętnie, byśmy mogli się cieszyć jej energią, i nie musieli przy tym osłaniać twarzy przed cukierkowymi okruchami. Oglądany taniec odbywa się w kapitalistycznych dybach, wepchnięty gdzieś na koniec przerwy obiadowej. Bisu nie będzie – wracamy do pracy.

mat. prasowe Monolith Films

Problem zaczyna się, gdy uświadomimy sobie, jak wielką wagę twórcy starają się przypisać temu w gruncie rzeczy pustemu aktowi radości. Pod tym względem może nie dorównują oni autorom wspomnianych tu już „Dźwięków muzyki”, ale podobnie do nich irytują upartą sakralizacją banału. Ponadto, czytając powyższą scenę przez pryzmat trzeciego aktu, nie możemy nie przypisać tańcowi Chucka charakteru tożsamościowego manifestu. W zbyt ciasnym dla naszych talentów, nieprzyjaznym świecie ratunkiem jest rozpaczliwa samorealizacja. Nie poświęcenie rodzinie, czym z pewnością jest dla Chucka nudna praca księgowego, lecz samotnie przeżywana pasja okazuje się najważniejszym smakiem życia i przeciwwagą do nadciągającej śmierci. To przesunięcie akcentu z uwznioślenia rodziny na uwznioślenie realizowania się poza jej obrębem świadczy o niekonsekwencji twórców filmu. W końcu cały pierwszy akt „Życia Chucka” opowiadający o nauczycielu, który w obliczu końca świata postanawia odnaleźć byłą żonę, można słusznie odczytywać jako moralitet.

Dziadek Chucka (Mark Hamill) tłumaczy wnukowi, że w życiu są tylko dwie drogi: ta prowadząca do świata zimnej, użytecznej matematyki i ta kończąca się krainą nieistotnej, radosnej ekspresji. Ten bon mot znajduje odbicie w postaciach dziadków głównego bohatera. Kontrastując ich, reżyser zdaje się dopowiadać od siebie: możesz być tylko zapijaczonym, stetryczałym, matematycznym dziadem lub witalną babcią, słuchającą rock’n’rolla. Wybieraj.

Walka niewinnego i nierzadko utalentowanego bohatera ze światem wdzierającym się w jego pożyteczną egzystencję, to motyw stale pojawiający się w najbardziej popularnych ekranizacjach prozy Stephena Kinga. W „Misery”, „Skazanych na Shawshank” i „Zielonej mili” są to jednak konflikty rozwiązane i zamknięte. W „Misery” poczytny pisarz zabija swoją psychopatyczną fankę, Andy ze „Skazanych na Shawshank” ucieka z więzienia, a John Coffey mimo niewinności zostaje skazany na śmierć. W opartym na opowiadaniu amerykańskiego pisarza „Życiu Chucka” trudno natomiast wskazać stronę, która dopięła swego. Twórcom filmu do końca udaje się balansować na linie. Świat w jedną stronę, jednostka w drugą, a w tle nadciągająca śmierć, która całemu temu napięciu nadaje apokaliptycznej powagi.

Tylko dlaczego zarówno King w swojej prozie, jak i Flanagan w ostatnim filmie sięgają po tak wytartą, banalną symbolikę? Radość to taniec. Nuda to matematyka. O ile zawsze wdzięczne na ekranie musicalowe pląsy jestem w stanie zrozumieć, o tyle sprowadzanie matematyki do obliczania długości dnia czy wieku Ziemi trudno zaakceptować mojemu ścisłemu umysłowi. Nikogo nie trzeba przekonywać, że chemia nie polega na perfekcyjnym recytowaniu tablicy Mendelejewa, ale za królową nauk niestety wciąż w mainstreamowym kinie ciągną się tego rodzaju nieporozumienia.

Najgorsze są nie banalne alegorie same w sobie, ale fakt, że bohaterowie, tonąc w ich dosłowności, stają się bezpodmiotowymi nośnikami filozoficznego manifestu. Kim jest Chuck? Kochanym przez bliskich, niespełnionym tancerzem. Wiemy o nim tylko tyle, a więc niezbyt wiele. Flanagan tak całkowicie skupia się na oddaniu kosmicznej powagi i doniosłości ludzkiego życia, że zapomina o swoim bohaterze. Apokaliptyczna, kosmiczna perspektywa miała pokazać uniwersalne przez pryzmat jednostki, ale koniec końców stała się jedynie spoglądaniem na tytułowego bohatera z egzosferycznego dystansu.

„Życie Chucka” to film o oczekiwaniu na śmierć. I nawet jeśli naiwnie twierdzi on, że najtrafniejszą receptą na lęk jest wiara w siłę i skuteczność małych, pustych radostek, to na szczęście mieści się w nim coś jeszcze. Coś, co nie znika nawet, gdy przestaniemy usilnie mrużyć oczy. Wciąż przywołując kosmiczny kalendarz i uwznioślając taniec małego Chucka pod gwiazdami, Flanaganowi udało się złapać strzępek piękna tkwiący w cichej i uległej akceptacji ludzkiej małości. Małości, wyrażającej się naszą kruchą naturą, która zespalający z niebiosami taniec może przerwać przypadkową raną zadaną przez druciany płot. Paradoksalnie, ta małość to jedyna arcydzielność, którą dostrzegłem w niedojrzałym filmie.

„Życie Chucka”
reż. Mike Flanagan
premiera: 1.08.2025