Nr 13/2021 Na moment

18. MDAG: Żebyśmy się obudzili

Mateusz Demski
Wydarzenia Film

Kiedyś festiwal Millennium Docs Against Gravity odbywał się pod hasłem „Zobacz, czy rozumiesz świat i czy świat rozumie ciebie”. Szczerze mówiąc, nigdy nie rozumiałem świata i sensu bycia w nim, a po kilku latach spędzonych na poszukiwaniach odpowiedzi i zaznajamianiu się z tematem przy użyciu współczesnego dokumentu filmowego jeszcze trudniej mi to wszystko pojąć. Myśl przewodnia tegorocznej edycji to słowa Grety Thunberg: „Świat się budzi”. I znowu – zaczynają mnie nachodzić wątpliwości, gdyż po wydarzeniach minionego roku, roku pojawiającego się kresu, coraz rzadziej w głowie mam obrazy, którymi kiedyś żywiła się nadzieja; wierzyć w naprawę świata dawno przestałem. Długo się wahałem, postanowiłem jednak skorzystać z uprzejmości organizatorów festiwalu, którzy udostępnili on-line wybrane tytuły. Postawiłem w końcu na zestaw filmów, które jakoś rymowały się z ostatnim czasem, i postanowiłem sprawdzić, jak te przebudzenia i błyski nadziei wyglądają. Wnioski pozostają bez zmian: zobaczyłem to, czego się spodziewałem.

Ruchy oporu

Dokument o Grecie Thunberg, „Jestem Greta”, wydaje się naturalnym filmem otwarcia. Sportretowana w nim, dziś osiemnastoletnia Szwedka przed trzema laty, protestując przed budynkiem szwedzkiego parlamentu, zapoczątkowała międzynarodowy ruch w obronie zagrożonej zmianami klimatycznymi planety i wyprowadziła miliony młodych ludzi na ulice. Nathan Grossman przyglądał się jej na przestrzeni lat – od pierwszego dnia jej strajku. Ostatnie, co można o bohaterce powiedzieć, to to, że jest heroiną, która otworzyła drzwi nowemu pokoleniu. Napędzają ją strach i niepewność. Opowiada do kamery, że zawsze była dziewczyną z ostatniej ławki, speszoną i introwertyczną. Grossman stawia Grecie pomnik, przez ten pomnik przeziera jednak zmęczenie bohaterki medialnym zgiełkiem i zaproszeniami od światowych przywódców, którzy nie znają nawet krzywej Keelinga; zmęczenie tweetami, które kryzys klimatyczny opisują w kategorii fake science; zmęczenie tym, że ludzkość traktuje naturę jak worek z łakociami. Ten stan świetnie rozbraja scena, w której nastolatka, będąca w drodze z jednego klimatycznego szczytu na drugi, nagle mówi wprost do kamery: „Stawka jest za wysoka, to wszystko mnie przerasta”.

Poniekąd analogiczną historię ścierania się nadziei i niewiary opowiada dokument „Ostatnie pokolenie” Mikołaja Borowego. To portret Janki, polskiej aktywistki klimatycznej, którą przerasta świat lekceważący ustalenia porozumienia paryskiego. Dziewczyna budzi się codziennie rano z poczuciem nadchodzącego kresu, które popycha ją do coraz bardziej radykalnych działań. Pracę i szkołę odstawia na rzecz aktywizmu, razem z rówieśnikami zaczyna jeździć na blokady po całej Europie – przykładowo w akcji koło Akwizgranu okupuje kopalnie odkrywkową węgla brunatnego. Janka, jak Greta, przekazuje prawdę wprost: dwadzieścia lat i nie będzie tu czego zbierać.

Na festiwalu będzie można zresztą zobaczyć cały blok szlachetnych filmów wysyłających światu rodzaj sygnału alarmowego, dokumentujących przypadki emocjonalnego przesilenia i depresji klimatycznej. „Elegię dla świata” otwiera taki obrazek: środek upalnego lata w Ameryce, z nieba zaczyna padać śnieg, tyle że płatki śniegu okazują się popiołem z odległego pożaru lasu. Reżyserka Jennifer Abbott, komentując to wydarzenie, mówi, że uczucie towarzyszące temu widokowi było podobne do tego, jakie przeżywała po śmierci swojej siostry. W swoim najnowszym dokumencie stara się złapać analogię żałoby po stracie bliskiej osoby i lamentu wywołanego tym, co tracimy przez katastrofę ekologiczną. Swój film Abbott nakręciła w podróży – skaczemy z Australii, gdzie całe wioski strawiły pożary, do republiki Kiribati, która zaraz zniknie pod wodą, a potem do rejonu Nunatsiavut, jak żaden inny na Ziemi kurczącego się z każdą minutą. W pewnym momencie wszyscy ci ludzie czują to samo: smutek, który trzeba przekuć w gniew i działanie.

Na Millennium Docs Against Gravity rządzi więc w tym roku kino protestu. W trzech, może czterech filmach widziałem, jak strajk Grety z samotnego działania przekształca się w ruch masowy, jak członkowie Extinction Rebellion blokują ulice europejskich miast i ryzykują 48 godzin na dołku. Franz Böhm w „Drogich dzieciach przyszłości” pokazał protesty w Chile przeciwko siłom, które chcą wszystko i wszystkich nadzorować. „7-my sierpnia” Michała Bollanda portretuje społeczność LGBT+ po manifie w obronie Margot, zaś „Ósma poprawka” skrupulatnie analizuje kampanię społeczną w Irlandii na rzecz zniesienia konstytucyjnego zakazu aborcji. I wreszcie wydarzenia z Mińska, te sprzed roku, podczas których Łukaszenka usłyszał chóralny okrzyk ćwierci miliona ludzi: „Odejdź!”. Białorusini rzucający wszystko na jedną szalę to jeden z tych obrazów z festiwalu, które ciągle mam przed oczami. Aleksiej Poluyan w „Odwadze” filmuje aktorów podziemnego Białoruskiego Wolnego Teatru w trakcie prób do spektaklu opartego na historii zamordowanego w 1999 roku biznesmena i działacza opozycji, Anatolija Krasowskiego. Sztukę składają z wrzasków, prześladowań, podduszeń, odtwarzają sceny przesłuchań, do których ludzie woleliby nie wracać. Współcześnie jednak nie da się o tym zapomnieć – takie same sceny rozgrywają się równolegle z samym spektaklem, na ulicach Mińska.

"Film balkonowy" | materiały festiwalu Millennium Docs Against Gravity

W pętli lockdownu

Kino dokumentalne bardzo szybko reaguje na dynamikę zachodzących wokół nas procesów. Festiwalowe filmy nie uciekają więc od kolejnego, tym razem kompletnie karkołomnego zadania, jakim było uchwycenie obrazów z roku pandemii. Filmowcy z Polski zdecydowali się kręcić intymne pamiętniki z domowego odosobnienia, patrzyli na wyludnione osiedla, ludzi w maskach, zastanawiając się przy tym, co te obrazy w ogóle znaczą. Reakcja na pandemię miała różne oblicza, każdy miał też inny plan, w jaki sposób o tym opowiedzieć. Kamila Chojnacka, reżyserka i bohaterka filmu „Halo, babciu”, skupia się na przykład na problemie nudy, zamknięcia, niedogodnościach wideokomunikacji i tęsknoty za światem zewnętrznym, stara się zarazem uchwycić ten stan na gorąco – w jednej ręce trzyma kamerę, w drugiej dziecko, barkiem podtrzymuje telefon i toczy boje z tytułową babcią.

Chojnacka ma szczęście, bo przynajmniej przechodzi przez izolację w bezpiecznej przestrzeni domu i otoczeniu rodziny, czego nie może powiedzieć bohater „Seal Story” Bartłomieja Błaszczyńskiego. Pandemia zastała Jakuba na Islandii, gdzie kilka miesięcy wcześniej wyjechał z powodów osobistych i zarobkowych – dookoła żywej duszy, cały lockdown spędza zamknięty w czterech ścianach opustoszałego muzeum. Błaszczyński namówił swojego bohatera do archiwizacji tych doświadczeń smartfonem, w ten sposób udaje im się stworzyć zapis poczucia odrealnienia, swoistego „dnia świstaka”, jakiego doświadczamy, przebywając miesiącami w zamknięciu, ale też nakreślić portret pokolenia, które poczucie sensu straciło, zanim przyszedł marzec 2020 roku. „Będąc dwudziestolatkiem, myślałem, że jak już będę miał te trzydzieści lat, to czegoś trwałego się w życiu dorobię. A nie dorobiłem się niczego. Nadal nie wiem, dokąd zmierzam, nie mam planu” – zwierza się Jakub, emigrant z Polski, uwięziony trzy tysiące kilometrów od domu.

Rewersem tych pamiętnikarskich form jest zupełnie inny, bo zbiorowy i jak dla mnie chyba najlepszy dokument pandemiczny, który można w tym roku zobaczyć na festiwalu: „Pozdrawiam” Tatiany Christowej i Macieja Hameli. Udali się oni do Petersburga po wprowadzeniu przez rosyjski rząd bezwzględnego nakazu izolacji seniorów. Z dnia na dzień miliony ludzi zostało zamkniętych w mieszkaniach – bez dostępu do informacji, lekarstw, a nawet żywności; wstrzymane zostały też wypłaty i emerytury. Film polsko-rosyjskiego duetu bazuje na autentycznych zapisach połączeń z uruchomionej w okresie pandemii infolinii. Nie ma tutaj w zasadzie nic poza historiami zdesperowanych telefonujących – ktoś skarży się, że jego wakacje nie dojdą do skutku, ktoś inny stracił pracę przez to, że wszystko jest zamknięte. W tych opowieściach powtarzają sie tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, wszyscy czują się jak więźniowie we własnych czterech ścianach. Po drugie, wszyscy zostali pozostawieni sami sobie. W finale fatalne warunki życia milionów Rosjan zostają zderzone z obchodami Dnia Zwycięstwa, na których w środku lockdownu zjawiają się wielotysięczne tłumy. Tylko seniorów nie ma – zostali sami w swoich mieszkaniach.

Pan na balkonie

Podczas tej edycji obcujemy z pojęciem kryzysu odmienianym przez wszystkie formy i przypadki. Aż trudno uwierzyć, że ten świat jeszcze się nie załamał i nie rozpadł; tym bardziej nie wiem, w jaki sposób miałby się wybudzić. W programie uporczywie powracają: widmo końca naszej cywilizacji i planetarnej katastrofy, kapitalizm, kolonializm, rasizm, agresja policji, homofobia, epidemia i ekspansja wielkich korporacji. Paweł Łoziński w swoim „Filmie balkonowym”, najlepszym filmie, jaki dotąd zobaczyłem na tegorocznym festiwalu, odwraca się do tego wszystkiego plecami. Filmuje jak gdyby nigdy nic – i w zasadzie nie wiadomo po co – ludzi przypadkowo przechodzących pod jego mieszkaniem, którzy akurat się zatrzymali i zadarli głowę do góry.

Ten film to projekt projekt-świat. Łoziński stał z kamerą na balkonie szmat czasu, wykonał przeszło dwa tysiące rozmów z wysokości pierwszego piętra; jak sam mówi, stworzył świecki konfesjonał, miejsce, w którym każdy może się zatrzymać i opowiedzieć coś o sobie. To, że jest to opowieść tak wciągająca, jest zasługą tego, iż można ją czytać wąsko i szeroko zarazem. Można w każdego bohatera wsłuchać się osobno, zobaczyć w nim przypadek niepowtarzalny. Albo zebrać wszystkich razem, potraktować jako wielogłos na temat spraw fundamentalnych i ostatecznych; na temat ludzkiej kondycji w ogóle i kondycji Polaków. Gdyby ktoś mi powiedział kilka dni temu, że spośród wszystkich bijących na alarm filmów tyle nowego o świecie powie mi ten nakręcony z balkonu na Saskiej Kępie, pewnie bym nie uwierzył.

Mogłaby to być dobra puenta do tekstu trochę zapowiadającego (dla widzów), a trochę podsumowującego (dla mnie) festiwal – problem jednak w tym, że Millennium Docs Against Gravity jest tak różnorodne, iż nie daje się pomieścić ani w jednym zdaniu, ani w jednym tekście. Nie sądzę zresztą, by ktokolwiek oczekiwał takiej syntezy. Trudno doprawdy ogarnąć i prześledzić wydarzenie, na którym jest blisko 150 dokumentów, na afiszu obok nazwiska Zbigniewa Herberta widnieje Bruce Lee, Frank Zappa wpada na Michaiła Gorbaczowa, a Andrzej Żuławski walczy o uwagę z Tinym Timem. To wszystko jeszcze przede mną – teraz czekam już na pokazy w kinie. Niewykluczone, że za drugim podejściem, podążając nową ścieżką, przeżyję zupełnie inny festiwal.

18. Millennium Docs Against Gravity
Warszawa, Wrocław, Gdynia, Katowice, Poznań, Bydgoszcz, Lublin
3–12.09.2021