Nr 13/2021 Na teraz

Kiedyś było jakoś fajniej?

Michał Piepiórka
Film

Trzeba oddać Kindze Dębskiej, że tytuł dobrała idealny. Jej najnowszy film faktycznie przypomina zupę. Mieszają się w nim różne składniki: tu gdzieś pływa nostalgia, tam zanurza się tęsknota; doprawione to jest osobistymi wspomnieniami i humorem, a zagęszczone masą anegdot. Trochę w tym prozy życia, odrobina historycznych reminiscencji, a najwięcej osobistych rozrachunków z własną rodziną. Niby talerz wypełniony jest po brzegi, ale jak się szuka jakiegoś konkretniejszego kąska, to jakby nic w niej nie było.

Pisząc scenariusz, Dębska na pewno bawiła się świetnie. Konstruując kolejne mikroscenki o skeczowym charakterze, być może zaśmiewała się do łez – bardzo prawdopodobne bowiem, że są wzięte z jej życia. Z tego typu dowcipami problem jest taki, że zazwyczaj bawią one tylko uczestników zdarzeń lub tych, którzy znają osobiście bohaterów. Dębska postarała się jednak, by filmowe wątki miały charakter uniwersalny i oddawały doświadczenia wszystkich (a przynajmniej uczestniczących w pamięci zbiorowej), żyjących w czasie, w którym toczy się akcja filmu: w burzliwych latach 80.

Reżyserka i scenarzystka postarała się do tego stopnia, że wiele anegdot jest po prostu banalnych, ogrywanych wielokrotnie w kinie obyczajowym czy nawet w kabaretach, komentujących życie codzienne PRL-u. Mamy więc kolejki, spontaniczne zakupy, bo coś „rzucili”, niekończące się oczekiwanie na talon na malucha, wyjazdy zagraniczne na handel czy spór dzieci zomowców i solidarnościowców – podobnych smaczków z przeszłości jest naprawdę dużo.

Ten PRL-owski „folklor” ma ewidentnie nostalgiczny charakter. Twórczyni z rozrzewnieniem wspomina wielogodzinne stanie w kolejkach, solidarnościowe protesty, opryskliwe ekspedientki czy kłopoty z otrzymaniem paszportu. Rozmarzony, tęsknie zapatrzony w przeszłość wzrok autorki filmu najlepiej oddaje promująca piosenka, w której Artur Andrus i Monika Borzym śpiewają: „Może się wtedy miało mało. / Nie pozłacało się złota złotem. Ale jak wtedy się kochało, to się kochało też potem […] Miało się w domu flakon z różą. I co innego się wtedy śniło. Mieszkania były mniejsze dużo, ale się wszystko mieściło”. Czyli w skrócie: kiedyś może było biedniej i skromniej, ale jakoś fajniej i jakoś bardziej wspólnie.

materiały prasowe | Kino Świat

Ten ton usprawiedliwia przyjęta perspektywa: świat pełen dziwactw i niezwykłości oglądamy oczami głównych bohaterek, dwóch sióstr zmagających się z problemami wchodzenia w okres nastoletni. Jest to jednak spojrzenie autorki, bo „Zupa nic” to jeden z tych filmów, wobec których nie ma się wątpliwości, że mają autobiograficzny charakter. Dębska nigdy zresztą tego nie ukrywała, nazywając film prequelem „Moich córek krów”, w których rozliczyła się w słodko-gorzkim stylu ze śmiercią rodziców. W „Zupie nic” zostało wyeksponowane to, co z perspektywy czasu reżyserce wydaje się najważniejsze: kłótnie rodziców, pierwsze miłostki, trauma skoku przez kozła na wuefie czy paczka od wujka z Ameryki. Film ma strukturę wspomnienia, bo koncentruje się na wydarzeniach szczególnie barwnych w osobistym mniemaniu; tych, które z łatwością mogły zapaść głęboko w pamięć.

Oba filmy dzieli jednak zasadnicza różnica. O ile „Moje córki…” starały się równoważyć wzajemnie komediowy i tragiczny ton, o tyle „Zupa nic” jest całkowicie pozbawiona pierwiastka dramatycznego. Nawet gdy bohaterom wcale nie jest do śmiechu, widownia ma się bawić setnie. Zabawne ma więc być pijaństwo ojca, który zawsze mówi, że tym razem nie pije, a potem wraca zygzakiem do domu, śmieszne są pierwsze zawody miłosne, salwy śmiechu ma wywoływać kryzysowa rzeczywistość schyłkowego okresu PRL-u. A to wszystko dzięki filtrowi czasowego dystansu, który najbardziej wstydliwe, żenujące, traumatyczne wydarzenia po latach rozmiękcza i zamienia w nostalgiczną papkę bez składników odżywczych sensu, za to z mdląco słodkawym posmakiem. „Zupa nic” jest więc odpowiednikiem facebookowych fanpage’ów, których posty z lubością udostępniają 50-, 60-latkowie, których lata młodości przypadły na okres PRL-u. Dębska zachwyca się siedzeniem na trzepaku, zakrapianymi prywatkami z zimnymi nóżkami na stole, wodą z syfonu i gumami balonowymi z Ameryki. „Zupa nic” to taki zbiór gadżetów z przeszłości, które mają udowodnić, że „kiedyś było jakoś fajniej” i że „kiedyś to były czasy”. Bo dziś czasów już nie ma.

Nie ma wobec tego wątpliwości, dla kogo jest to film idealny. Dla wychowanego w PRL-u, kto szuka wspomnień i dawno zapomnianych emocji. Ale także dla tego, kto ma skaranie boskie z mężem, żoną, teściową, dziećmi, rodzicami i wujostwem – co w zasadniczy sposób poszerza grupę docelową. Ale to właśnie te codzienne sceny z życia rodzinnego jako tako ratują ten film. Można w nich zauważyć nawet jakieś głębokie zrozumienie, jakim Dębska obdarza dalekich od ideału rodziców, na których jako dziecko nie mogła patrzeć. Po latach tworzy jednak ich filmowy odpowiednik z wyrozumiałością, co można odczytywać jako kontynuację próby żegnania się z niedawno zmarłymi rodzicami. Są w tym czułość, empatia i dużo miłości – za wady, dziwactwa i wrzaski. Nietrudno odnaleźć się nam samym w tym obrazie rodzinnych relacji i przeżywanych emocjach: od nienawiści do uwielbienia.

Odpowiednikiem „zupy nic” jest „zupa na winie”, uwarzona z tego, co się nawinie. I film Dębskiej właśnie taki jest: skomponowany z wszystkich wspomnień autorki, które nadawały się do pokazania na ekranie. A jak to bywa z taką łapanką, jedna anegdota jest bardziej ciekawa, a inna mniej. Kiedy się cokolwiek podleje sosem sentymentalizmu i nostalgii, zawsze znajdzie się taki, kto zje z apetytem.

„Zupa nic”
reż. Kinga Dębska
premiera: 27.08.2021