Olivia Wilde nie przestaje zaskakiwać. Na początku zaszokowała faktem, że sięgnęła po kamerę. Potem zadebiutowała akurat sztubackim coming of age („Szkoła melanżu”). Następnie wzięła się za przekraczające gatunki i wymiary rzeczywistości dziwaczne retro sci-fi („Nie martw się kochanie”). Teraz znowu zmieniła klimat i dla odmiany nakręciła minimalistyczną chamber comedy, czyli kameralną komedię rozgrywającą się w jednej przestrzeni z ograniczoną obsadą. Jakby przez cały czas rzucała komuś wyzwanie – dowodząc, że po tej stronie kamery nie znalazła się przypadkowo.
Bo przedsięwzięcia takie jak „Zaproszenie” są uważane za szczególnie trudne. Podejmują się ich twórcy, którzy chcą zademonstrować swoje nienaganne rzemiosło – reżyserską wirtuozerię. A po „Nie martw się, kochanie” Wilde miała co udowadniać. Film bowiem nie tylko spotkał się z dość powszechną krytyką, ale także do reżyserki przylgnęła łatka osoby konfliktowej, wręcz mobberki, która miała terroryzować plan z Florence Pugh na czele. Z plotkami na swój temat Wilde rozprawiła się już w autoironicznym cameo w serialu „The Studio” Setha Rogena, w którym z dystansem obnażyła wszystkie przypisywane jej przywary. Może obecność Rogena w nowym filmie Wilde to zatem swoisty gest wdzięczności za tamten występ?
Do Wilde i Rogena, którzy wcielili się w rolę małżeństwa z dłuższym stażem, dołączyli jeszcze jako zaproszeni na kolację sąsiedzi Penelope Cruz i Edward Norton – hollywoodzka śmietanka, a jednocześnie znakomici aktorzy. Ich obecność była kluczowa, ponieważ od samego początku projekt stawiał wysoko poprzeczkę zarówno przed reżyserką, jak i odtwórcami ról. Cały film bowiem opierał się na ich barkach: ekranowej wiarygodności, ukazywanych emocjach i komediowym potencjale. Przez cały czas kamera skupia się tylko na ich twarzach, najczęściej w bliskich planach. Akcję napędzają nieustanne dialogi, a historia ani na moment nie wychodzi poza mury mieszkania Angeli i Joe.
Jeśli „Zaproszenie” miało być odpowiedzią Wilde na środowiskową krytykę, to reżyserka osiągnęła swój cel. Film jest storytellingowym majstersztykiem. Ostre jak brzytwa dialogi autorstwa Rashidy Jones i Willa McCormacka nie tylko popychają akcję w przód, ale także charakteryzują postaci. Choć skrzą się dowcipem, kiedy trzeba, potrafią celnie ukąsić, skłonić do zadumy i zapiec gdzieś w najgłębszych zakątkach serca. Ale nic z tego by nie miało miejsca, gdyby nie świetnie poprowadzeni aktorzy ‒ dla każdego z nich rola wydaje się idealnie skrojona. Postać Wilde to kobieta na skraju załamania nerwowego, która jednocześnie łaknie uwagi, jest zagubiona, a zarazem wściekła na cały świat, co rekompensuje sobie wyżywaniem się na mężu. Wygląda, jakby nieustannie nosiła maskę – kłamie, by jak najlepiej wypaść i ukryć własne niedociągnięcia. Wąskie, rozbiegane oczy i szeroki, ujmujący uśmiech Wilde tworzą świetną fasadę, pod którą jednak wyraźnie tętni nerwowość zdradzana przez ciągłe zagryzanie warg i neurotyczne poprawianie włosów. Rogen natomiast został konsekwentnie obsadzony zgodnie ze swoim komediowym emploi. Jego misiowatość jak ulał pasuje do niepewnej siebie osobowości zakompleksionego Joego. Do tego dodajmy nieustanną ironię, niekiedy wręcz cynizm – znamy to dobrze z niejednej roli Rogena i tym razem znów aktor świetnie się w tym odnajduje, także w tych scenach, w których coraz trudniej mu utrzymać gardę zabawnego błazna. Role Nortona i Cruz były mniej wymagające pod względem emocjonalnym – on gra przede wszystkim trudną do rozszyfrowania tajemniczością, ona z kolei bazuje na żarze swojej seksualności i hiszpańskim temperamencie.
Cały kunszt tkwi jednak w odpowiednim rozmieszczeniu aktorów w ciasnym mieszkaniu – w umiejętnym ograniu przestrzeni i pełnym wykorzystaniu jej fabularnego potencjału. Istotną rolę odgrywa tu światło akcentujące pozycje postaci w kluczowych momentach opowieści. Elementy scenografii również zawierają ukryte znaczenia, jak na przykład zakupiony na pchlim targu dywan, niepomalowana z powodu opieszałości męża ściana czy okno, przez które można zajrzeć do mieszkania sąsiadów.
Trudno przyczepić do jakiejkolwiek filmowego detalu, za który odpowiada reżysersko-aktorskie rzemiosło. Puenty wybrzmiewają, żarty śmieszą, dialogi płyną z lekkością, a napięcie w odpowiednich momentach wzrasta i opada, fundując widowni precyzyjnie zaprojektowane emocje. Dlaczego zatem wyszedłem z seansu tyleż odurzony swadą, tempem i precyzją, co głęboko rozczarowany, by nie powiedzieć – wkurzony?
Bo to nie jest byle komedyjka, tylko film o jasno zdeklarowanych ambicjach. Twórcy nie owijają w bawełnę: że w małżeństwie Joego i Angeli nie jest różowo, możemy się przekonać już po pierwszych dialogach, które przypominają słowny pojedynek na wzajemne winy i krzywdy. Zaczyna się niewinnie – ot, on nie ma ochoty na kolację z obcymi ludźmi, a ona najwyraźniej pragnie, by w ich życiu wreszcie coś się wydarzyło. Choć oboje mają inne potrzeby, nie potrafią o nich rozmawiać. I każda kolejna scena nas w tym utwierdza. Kontrast ten bije w oczy zwłaszcza wtedy, gdy zestawimy ich z Piną i Hawkiem, którzy są parą od niecałego roku, świetnie się dogadują, szczególnie w łóżku, są otwarci, ponętni oraz pełni pasji i życia. Dynamika relacji tej czwórki jest różna, najpierw oparta na irytacji Joego i maskującej niechęć męża Angeli. Szybko jednak ustępują one wzajemnemu pożądaniu i coraz bardziej jawnemu napięciu erotycznemu czworga bohaterów, co nieuchronnie prowadzi do komplikacji i zaskakujących zwrotów akcji. Wszystko to służy jedynie ukazaniu pogłębiającego się kryzysu małżeńskiego. Ostatecznie okazuje się, że droga do uzdrowienia sytuacji wiedzie tylko przez gabinet terapeutyczny. Nie bez powodu twórcy filmu uczynili ponętną Pinę psychoterapeutką.
„Zaproszenie” idealnie wpisuje się w nurt wszechobecnej obecnie kultury terapii. Nie chcę banalizować ani całkowicie odbierać psychoterapii racji bytu, ale we współczesnym kinie staje się ona prostym wytrychem fabularnym, który ma nadać filmowi pozory głębi. Bohater „Backrooms” nie potrafił się porozumieć z żoną i swoje zawodowe niepowodzenia przenosił na związek. Powinien więc przepracować to na terapii. Postać z „Obsesji” mająca trudności z samooceną i nieśmiałością to także idealny klient dla psychoterapeutki. W „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” oglądamy kobietę, która nie dźwiga ciężaru macierzyństwa ‒ można przypuszczać, że nie jest ona w stanie przejść całego procesu terapeutycznego. Wreszcie bohaterowie „Zwierzogrodu” i „K-popowych łowczyń demonów” borykający się ze swoimi rozbitymi tożsamością również powinni to solidnie przepracować ze specjalistami. Wszystkie te filmy albo wprost opowiadają o terapii jak w „Backrooms”, „Zwierzogrodzie” czy „Kopnęłabym, gdybym mogła”, albo stanowią jej metaforę czy jasno artykułują potrzebę jej podjęcia – to przypadek „Obsesji”. Psychoterapia zastąpiła w kinie klasyczną psychoanalizę – stanowi dla wielu twórców uniwersalny klucz do rozwiązywania wszystkich problemów bohaterów. Wszystkie wymiary ich życia zostają tu zredukowane do potrzeby introspekcji i pracy nad własnym „ja”.
Dokładnie ten sam schemat powielają twórcy „Zaproszenia”. Oczywiście w scenariuszu znalazło się kilka kąśliwych uwag pod adresem reprezentującej ten fach Piny, ale ponieważ jest ona tylko człowiekiem, ma prawo do błędu, co w żaden sposób nie podważa proponowanej narracji. Puenta jest czytelna: idźcie na terapię. Taki przekaz pomija różne wymiary życia małżeńskiego, emocjonalnego i społecznego. Scenarzyści całkowicie pominęli aspekt ekonomiczny – kapitalistyczną presję, którą na swoich plecach (całkiem dosłownie) dźwiga sfrustrowany bohater osamotniony w obowiązku utrzymywania domu. Ona nie zniknie, gdy mężczyzna pójdzie na terapię. Żadna z filmowych postaci nie mówi o wzajemnym oddaniu, szacunku, trosce czy czymś najwyraźniej tak staroświeckim jak miłość. Twórców bardziej interesują problemy do rozwiązania: osobne, indywidualne, osobowościowe, nawet gdy dotyczą związku. Nikt nie wspomina także o prawdzie ani kłamstwie. Czy rzeczywiście żona oszukała męża o zaproszeniu sąsiadów, czy celowo przechadzała się nago pod ich oknem, czy w windzie mąż spoglądał pożądliwie na biust sąsiadki? Wszystkie te zachowania nie są rozpatrywane w kategoriach etycznych, tylko jako symptomy skrywanych pragnień czy przejawy tłumionych pretensji. W dzisiejszym kinie dla rozważań etycznych zwyczajnie nie ma miejsca. Nie tęsknię za kaznodziejskimi moralistami, którzy będą swoich bohaterów rozliczać z autorytarnie narzucanych norm. Chciałbym jednak mieć nadzieję, że nie jesteśmy wyłącznie grupą indywiduów, których osobowości należy po prostu wyregulować w sposób sugerowany przez terapeutów. I że jako społeczeństwo wciąż opieramy się na jakimś wspólnym fundamencie ‒ a bez refleksji etycznej rozpadnie się on w pył.
Może właśnie dlatego ostatecznie „Zaproszenie” zupełnie mnie nie przekonało emocjonalnie, szczególnie swoją puentą. Nie uwierzyłem ani w pesymistyczny wydźwięk finału, ani w próbę jego załagodzenia w ostatniej scenie filmu. Mam wrażenie, że wcale nie poznałem bohaterów na tyle, by móc forsować jakiekolwiek wyroki, a twórcy ku takiemu rozwiązaniu podążali. Człowiek i relacje międzyludzkie są zbyt skomplikowane, by oceniać je zaledwie po kilkugodzinnym spotkaniu.