Jacek Awakumowski, Jarocin'83, P. Kukiz
Paweł Kukiz, Jarocin 1983, fot. Jacek Awakumowski

Karuzela z tożsamościami

Zgodnie mówi się i pisze o nim, że był jedną z najważniejszych postaci ruchu hipisowskiego końca lat 60. w Polsce. Że tworzył to środowisko w Krakowie. Że przecierał kontrkulturowe szlaki, a jako przeciwnik systemu był szykanowany i prześladowany. Ryszard Terlecki, jedyny w 1967 roku długowłosy student historii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Namiętny uczestnik zlotów hipisowskich, wielokrotnie zatrzymywany przez milicję, na miesiąc osadzony w areszcie, a potem jeszcze skazany na trzymiesięczną obserwację psychiatryczną.

„Gdy hipisi zniknęli – oceniał po latach w rozmowie z Kamilem Sipowiczem – pozostała po nich wspaniała muzyka, trochę poezji, wrażliwość na spotkanie z drugim człowiekiem […]. Ich naiwna wiara, że miłość może zmienić świat, w jakiś sposób wpłynęła na mentalność następnego pokolenia”.

Prekursor dzieci kwiatów i piewca „spotkania z drugim człowiekiem” zarzuca dzisiaj owemu „następnemu pokoleniu” (i wszystkim innym) przewiny najcięższe: „Teraz jest opozycja totalna, teraz jest ulica i zagranica”. Kontestator systemu stał się bowiem fundatorem systemu nowego, Babilonu XXI wieku, budowanego na splątanych wątkach dumy (z siebie) i wstydu (za innych).

Filar pierwszej generacji polskich hipisów pamiętany był z kilku powodów. Po pierwsze, ksywa. „Kiedyś zatrzymali nas na jakiejś komendzie, w czasie autostopu – opowiadał autobiograficznie. – Milicjant wpisywał do protokołu, że zostali zatrzymani hipisi. Pyta: A jak się to pisze? Na to my mówimy: Hip-pies. A on wtedy: Jaki pies? I tak jakoś przylgnęło”. W środowisku krąży także alternatywna opowieść. „Dziwna postać, trochę jakby autystyczny? No wiesz, skąd ta ksywa – Pies. On szczerzył zęby i warczał na ludzi. Tak mi się wydaje, tak też tłumaczono, że on gryzie…” (Jacek Malicki).

Charyzma Terleckiego-Psa zbudowana została nie tylko na niecodziennym wyglądzie i charakterystycznym pseudonimie. Liczni jego rówieśnicy wspominają, że słynął z wąchania kleju, łatwo wówczas dostępnego Tri, siejącego destrukcję w układzie nerwowym i szybko przemienionego przez oficjalną prasę w znak degeneracji nadwiślańskich hipisów. „On na przykład chodził po Krakowie z chusteczką przy nosie i takie demonstracje urządzał […]. Wyglądało na to, że on za dużo kleju bierze” (Marek Zwoliński). Nie od rzeczy będzie dopowiedzieć, że klej był traktowany jako skromny ersatz, bo przecież, jak wspomina Pies: „Marzyliśmy o zdobyciu marihuany czy LSD”.

Inne marzenia hipisa z Bloku Wschodniego były równie znamienne: „Intrygowały nas komuny”. W tym zresztą wypadku droga od pragnień do ich realizacji była krótka: „Po marcu ’68 na dobre wsiąknąłem w hipisowanie. To znaczy wyruszyłem z Kora i Galią na pierwszy zlot do Mielna […]. Jeździliśmy tak przez całe lato, z miejsca na miejsce […]. W pustej willi na ulicy Norwida założyliśmy komunę, o której bardzo głośno zrobiło się w Lublinie”. Należy wierzyć Terleckiemu/Psu, gdy deklaruje: „Mieliśmy lewicowe poglądy […] czytałem tłumaczenia poematów Ginsberga, była to taka «bibuła» przepisywana na maszynie”. Czytelnik poetyckiej przestrogi przed Molochem zdaje się teraz w ogóle jej nie pamiętać…

 

fot. Twitter/RyszardTerlecki, Ukraina 2019

 

Paweł Kukiz jest przykładem innego kalibru. Nie był liderem alternatywnego środowiska, milicja nie wpisywała go w rejestr wrogów porządku publicznego. Dzisiaj stoi jednak w jednym szeregu z Terleckim, legitymizując jego autorytarne rządy. A ma na swoim koncie ciekawe karty z buntowniczymi i alternatywnymi dokonaniami.

Od dziecka zafascynowany rockiem, był zagorzałym fanem TSA, a potem muzykiem w grupach takich jak CDN, Hak, Aya RL i Piersi. Kukiz należy do grona laureatów legendarnego festiwalu w Jarocinie. W 1983 roku z zespołem Hak wygrał ten festiwal. „Mieliśmy w naszym logo ‘A’ umieszczone w kółeczku – opowiadał Grzegorzowi K. Witkowskiemu – jak anarchia”. Rok później wykreował pokoleniowy hymn, którym była piosenka „Skóra”. „W muzyce rockowej – podkreślał – podstawą jest szczerość”.

Jako eteryczny młodzieniec, wstydliwie zagryzający wargi, w filmie „Fala” dokumentującym festiwal w Jarocinie w 1985 roku wyjaśniał: „Ja nie mam gdzie indziej możliwości zaprezentowania swojego spojrzenia na świat. Mógłbym na przykład zapisać się do ZSMP, mógłbym prowadzić działalność polityczną, ale wtedy byłbym ograniczony […]. A tutaj mogę robić to, co chcę. I to jest fajne”. Angażując się obecnie w „polityczne ograniczenie” spod znaku Kukiz’15, otworzył drzwi do sejmu antysemickim narodowcom. Przy okazji wiele razy dezawuował ideę Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a wpisami na osobistym profilu społecznościowym pospołu przekraczał granice rozsądku i smaku.

Dlaczego przypominam te fakty? W jakim celu sięgam do tych metamorfoz? Bo są zadziwiające, karkołomne i dla wielu z nas wciąż niedorzeczne. To wolty niemal kosmiczne, zwłaszcza w przypadku Terleckiego-Psa. Nadal nie mam pojęcia, co doniosłego musi się wydarzyć, by Robin Hood stał się szeryfem z Nottingham albo Batman przepoczwarzył się w Jokera. Gdzie szukać wyjaśnień: u wróżki, filozofa czy psychiatry?

A może są to po prostu przewrotne potwierdzenia mądrości przyswajanych ongiś na seminariach z postmodernizmu, opisywanych w referatach o płynnej rzeczywistości, płynnym życiu i płynnej tożsamości? Pamiętam je dobrze (i jako czytelnik, i jako autor) – tożsamość jest jednym z najbardziej tajemniczych pojęć. Jego popularność, czy wręcz nadużywanie, rozpoczęła się w momencie, gdy z tożsamością zaczęło dziać się coś złego. Gdy przestała być oczywista i sama-przez-się-zrozumiała. Gdy zaczęła oznaczać konieczność wyborów, ekwilibrystykę postaw, czasem przypadkowe, a czasem koniunkturalne przyjmowanie kolorów otoczenia.

Oznaczałoby to przestrogę dla nas wszystkich. Nie wystarczą bowiem wytykanie palcem byłego fana Ginsberga i muzyka spod znaku pacyfy, nie wystarczy naigrywać się z dawnego hipisa i rockowego idola schyłkowego socjalizmu. Trzeba drżeć o siebie. Żądna władzy, autorytarna, megalomańska, egoistyczna część ducha jest aktywna i zasysa nieustannie. Karuzela z tożsamościami kręci się bez przerwy. W tym roku – roku w trójnasób wyborczym – będzie kusić nowymi miejscami i nowymi woltami, nawet tymi kosmicznymi. Chętni na pewno już zmierzają w stronę świateł lunaparku...

Do twarzy nam z kirem
01 lutego 2019

Do twarzy nam z kirem

Dwudziestego stycznia byłem w Gdańsku. To była niedziela, dzień po pogrzebie prezydenta tego miasta Pawła Adamowicza, osiem dni po napadzie nożownika, który dokonał ponurej zbrodni w radosnym świetle fajerwerków finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy...

Wszyscy jesteśmy coverami
03 stycznia 2019

Wszyscy jesteśmy coverami

Cover może być zatem zarówno miłą konwersacją z poprzednikami, jak i radykalną transformacją ich dokonań. Wzrastać może na artystycznej inspiracji, ale także na chciwym geście zawłaszczenia...