24 marca 2017
REFLEX WANDER_STEREO_2017_MATEUSZ SADOWSKI_09
Mateusz Sadowski, Reflex Wander, Galeria Stereo

Wypełnianie pustych przestrzeni

Trochę tęsknię za czasami, gdy artysta nie musiał niczego tłumaczyć, bo jego badacze wszystko ogarniali samodzielnie – taka po prostu panowała zasada, przynajmniej jeszcze przez część wieku ubiegłego. Mateusz Sadowski przypomina mi człowieka z „wtedy”, gdyż zdecydowanie woli pozostawić interpretację innym.

Jego działalność jest też wyjątkowa – zwłaszcza na tle twórców robiących prace tak trywialne, że można je zwykle załatwić jednym zdaniem. Otóż w jego przypadku trudno dokonać jednoznacznej oceny. Nie wysnujemy konkretnej opinii po odwiedzeniu wystawy w galerii Stereo. Bo jedyne, co będzie pewne, to poczucie niepokoju „po” i niepospolite wzruszenie potwierdzające, że Sadowski potrafi zadawać też ciosy o charakterze estetycznym (zresztą to zakłębienie emocji cofa nas symbolicznie do przeszłości – np. XIX wieku, gdy wypowiedzi o sztuce nierozerwalnie były sprzęgnięte z afektowanym piśmiennictwem, niegdysiejszym, bardziej kwiecistym „jaram się”).

Ten stan bezradności wobec autora i dzieła dość łatwo wytłumaczyć. Sadowski unika polityki i publicystyki. Nie wykazuje zaangażowania w komentowanie określonych realiów, chwili obecnej. Raczej korzysta z tego, co jest pod ręką i łatwo dostępne (także pod względem techniki). Społeczeństwo jako takie jest mu w sztuce bodaj obce. Jak wielu innych artystów związanych ze Stereo, preferuje refleksje natury ogólnej. Trochę wykorzystuje własne przeżycia, ale… unika autobiografii.

No właśnie, Sadowski – nawet gdy kreuje w oparciu o wątłe emocji – wyciąga z nich intrygujące i niespodziewane pokłady. Działa podobnie jak David Lynch, który w kinie robił cuda-wianki z trywialnych przedmiotów, nagle zmieniających swą wagę i skalę możliwości – po to, byśmy mogli popatrzeć na nie z nowej perspektywy. U innych rzeczy głupie i nieważne, u Sadowskiego robić mogą już za cały kosmos.
„Czasami podrzędne działania piszą sensacyjne historie. Zaznaczają się w pamięci jako zasadnicze przełomy, momenty istotnych decyzji, które kształtują osobowość. Pospolite doświadczenia […] ponieważ są trudno komunikowalne, zazwyczaj rozczarowują postronnych” – pisze artysta w tekście do wystawy „Kompozycja z brakującymi słowami” (galeria :SKALA, październik 2016).

 

Mateusz Sadowski, „Reflex Wander”, 2017, widok wystawy

 

Na wystawie w Stereo zacieranie i łączenie ze sobą obiektów reprezentuje cykl „Reflex Wander” złożony z fotografii kompozytowych, wydruków pod pleksą (diasec) – „nie do końca są to kolaże czy fotomontaże” – tłumaczy Sadowski. W zdjęciach #2 i #3 nałożone są na trzecie trzy zdjęcia: kołdry z Ikei, krzaków i jaskini bądź błota. „Jest to na granicy rozszyfrowania – trochę widać, a trochę nie”. Cała perfidia zabawy w rozpoznawanie obiektów polega na tym, że jak ułożymy wszystko w głowie, nadal pozostanie przed nami monumentalna kompozycja abstrakcyjna. A jak zwykło się przyjmować – o abstrakcjach powiedzieć za wiele się nie da w kwestii znaczeń.

 

Mateusz Sadowski, „Reflex Wander” #3, 2016, fotografia kompozytowa

 

– Zastanawiałem się w pewnym momencie, co się dzieje, gdy kilka fotografii łączy się ze sobą i przenika – stając się zlepkiem kilku sytuacji. Obraz fotograficzny odnosi się do konkretnego zdarzenia i pozornie jest to obiektywne. Co jednak mówi o samej sytuacji, gdy zostało wykonane zdjęcie? Chcąc zawrzeć dłuższy stan, trzeba tę przedstawieniowość zniszczyć – wyjaśnia Sadowski.

Na proste skojarzenia z poprzednimi pracami artysty nakieruje nas prostokąt z polerowanej stali nierdzewnej, która częściowo odbija każdego widza. Nasze odbicie jednak zaciera się, destabilizując poprzez wzór obecny na metalu. To takie trochę przeglądanie się w sobie, potraktowanym jako obcy. – Wzór wziąłem z fotografii kołdry. Został wycięty laserem w blasze. W pewnym sensie to przetworzenie pierwotnej warstwy, które zostawiło daleko za sobą to, co było sfotografowane. Przedstawienie stało się czymś innym – nawet nie tyle obiektem, ile odbiciem – tłumaczy Sadowski, który przyznaje, że woli opowiadać o tym, w jaki sposób powstają jego prace, niż tłumaczyć ich ukryte znaczenia.

Techniki proste w ostrym wyświetleniu

Najnowsze wideo Sadowskiego, „Veil of the Moment” (Zasłona chwili), demonstruje zamiłowanie do manipulacji subtelnymi fakturami, silnie zaznaczającymi się (tu: w skali szarości) na jednolitych, nijakich tłach. Nazwałbym te filmy wideo twórczością non-glamour, bo pociągają niczym sesje modowe, ale robią to wbrew swej treści: obecności obiektów uchodzących za banalne bądź niefotogeniczne.

Technicznie „Veil of the Moment” jest dalszym rozwinięciem i skomplikowaniem eksperymentu Sadowskiego z użyciem obrazów eksportowanych z filmów wideo, które w formie osobnych kadrów drukuje w punktach ksero, następnie nakleja na tektury różnej wielkości i animuje poklatkowo, traktując je jak fizyczne obiekty. Przykładem jest mistrzowski „Rezonans”, który przyniósł artyście jedną z głównych nagród na Ann Arbour Festival, czy (dosłownie) igrającym z ogniem „It Takes Time” – film, w którym przenikają się ze sobą dwie rejestracje spalania – jedna w kolorze i „technice kartonikowej”, a druga w skali szarości i „na płasko”.

W „Veil of the Moment” Sadowski dodatkowo pochylił się nad poszczególnymi klatkami i poddał je dalszym manipulacjom, na przykład rozmywając z pietyzmem krawędzie przedmiotów i wprawiając je w lekkie, typowe dla techniki poklatkowej „drżenie” – przez co obiekty sprawiają wrażenie ulotnych i niematerialnych. Te mnogie odciśnięcia w warstwie cyfrowej gestów autorskich za pomocą postprodukcji dużym zagęszczeniem zadją się nawiązywać do dwóch filmów innego artysty związanego ze Stereo – Wojciecha Bąkowskiego. Chodzi mi o mianowicie „Głos mojej duszy” i „Analizę i wzruszeń i rozdrażnień II” – tyle że przedmiotem „nadmiernej” manipulacji staje się w nich nieharmonijna warstwa muzyczna (dwie ścieżki – narracji i soundtrackowe „tła”, które miast się uzupełniać, kolidują ze sobą). Sadowski tego dźwięku zwykle nie potrzebuje (niektóre jego filmy, w tym „Rezonans” i „It Takes Time”, są nieme), bo wystarcza mu, że tworzy takie „przeładowanie” w samym obrazie.

W „Veil of the Moment” artysta wykorzystuje też drażniące fonty 3D, którymi bawił się ostatnio w filmie „Missing Words” (rzeczy o języku nie nadążającym za stale komplikującym się światem). Uporczywie powracający tekst „being in a room looking at me” pseudokonkretyzuje „sytuację dramatyczną”. W przestrzennym, tekturowym labiryncie, przypominającym układ niewielkiego mieszkania, pojawiają się animowane obrazy ksero, na których występuje Sadowski, zazwyczaj odwrócony do nas plecami, zapatrzony na ścianę, jakby w lustro. I nawet kiedy artysta zwraca się w stronę widza, to tak naprawdę patrzy gdzieś w bok – a jego wizerunek jest wówczas rozmyty i zaburzony – jak te odbicia publiczności we wspomnianym wydruku na blasze. Obraz dopełnia surowa i przytłaczająca muzyka elektroniczna Dawida Szczęsnego, która nadaje ciężaru gestom Sadowskiego – luźno przywodzącym na myśl autotematyzm „Krwi poety” Jeana Cocteau.

– Większość czasu spędzamy w domach i jest to normalne. Być może obrazy w filmie nabierają charakteru egzystencjalnego. Ja szukam jednak takich, które nie są zbyt mocno symboliczne – ale znaczące. Częściowo „Veil of the Moment” dotyczy doświadczenia, które kładzie się cieniem bądź przesłania inne wydarzenia w życiu. Jest stanem, który rozlewa się na resztę – podsumowuje artysta.

To jak to jest z tą nie-do-interpretacją?

Często klaustrofobicznym i introwertycznym, a zawsze lekko oderwanym od oczywistości podróżom, w które zabiera nas Sadowski, towarzyszy poczucie przegapienia tramwaju czy otarcia się o coś wyjątkowego, co musi jednak pozostać w pewnym stopniu tajemnicą, aby mogło dalej przyciągać.

 

Mateusz Sadowski, Bez tytułu, 2017, stal polerowana

 

Widzowie dostają „nieokrzesaną” sztukę, z którą mierzą się i snują swoje interpretacje, jakie nigdy ich do końca nie usatysfakcjonują. – Częściowo dorabiają sobie coś do tego, co widzą. Jest to zostawione trochę dla nich, żeby mogli sobie z tym popracować. Sobie też tak to pozostawiam. Nie przypisuję konkretnej treści do tego, co robię, bo wówczas byłoby przez to znaczenie ograniczone. W moim mniemaniu, albo coś jest bardzo prostym komunikatem i ma konkretną treść, albo jest otwarte na inne treści i interpretacje. W tym kontekście interesuje mnie testowanie najwyższego możliwego wymiaru komunikacji międzyludzkiej – objaśnia Sadowski.

Mateusz Sadowski, „Reflex Wander”
Warszawa, Galeria Stereo
24.02 – 1.04.2017

Nowa wspólnota
26 maja 2017

Nowa wspólnota

Jak nastroje polityczne wpływają na teatr? Czy sztuka kształtuje przestrzeń publiczną? „Wesele” Jana Klaty nie prowokuje może do refleksji na powyższe tematy, ale wywołuje gwałtowną, emocjonalną reakcję publiczności narodowej sceny...

Artysta w superpozycji
24 maja 2017

Artysta w superpozycji

Ze względu na długą i płodną drogę twórczą artysty „Indeks możliwości” wydaje się wystawą retrospektywną. Od lat 60. do dziś Kaltenbach zdążył już naznaczyć swoją sztuką nie tylko galerie i muzea, ale też gazety, chodniki, reklamy w nowojorskim metrze, a śmiałe projekty sięgają gwiazd...