18 lutego 2019
zdroj

To nie jest sanatorium miłości

Barbara Klicka to poetka, redaktorka, a ostatnio dramaturżka. Wydany przez WBPiCAK w Poznaniu tomik wierszy „Nice” zdobył tytuł książki roku Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius” oraz Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii najlepszej książki poetyckiej w 2016 roku. Tym razem autorka postanowiła zadebiutować prozą. Całkiem udanie.

„Zdrój” opowiada o trzydziestokilkuletniej Kamili, bezdzietnej mężatce w separacji, która walczy z nowotworem kości. Po drugiej operacji, zgodnie zaleceniem lekarza, musi wyjechać na turnus rehabilitacyjny do sanatorium w Ciechocinku. Niestety czas spędzany pośród borowych kąpieli i spacerów wokół pobliskich tężni solankowych bardziej przypomina jednostkę wojskową o zaostrzonym rygorze niż rekreacyjne igraszki na dancingu z „Jesteśmy na wczasach” Wojciecha Młynarskiego. Wścibskie pacjentki, współlokatorki tyranki, bezduszni lekarze, świat organizowany listą zakazów i nakazów, niesprawiedliwe traktowanie pensjonariuszy dzielonych na tych lepszych, opłacających pobyt z własnych funduszy, i plebsu pozostającego na pasku NFZ. To wszystko sprawia, że życie Kamy zamienia się w koszmar, który powraca po latach. Półroczny pobyt w dziecięcym sanatorium odżywa w pamięci bohaterki nazbyt wyraźnie. Oba pobyty w uzdrowiskach potwierdzają, że dzieci i pacjenci głosu nie mają. Kama z pacjentki staje się więźniarką. Musi wytrzymać, inaczej dofinansowanie z NFZ zostanie cofnięte. Musi wytrzymać, ale każdy kolejny dzień wystawia ją na próbę.

W opresyjnym środowisku sanatorium nieustannie łamie się sferę intymności. Pacjent jest traktowany przedmiotowo, wciąż poddawany manipulacji zabiegów, diagnoz i niechcianego towarzystwa. W pewnym momencie najważniejszym celem Kamy jest nie dopuścić do tego, by zły dotyk stał się dla niej akceptowaną normą.

Autorka kontynuuje istotne tematy obecne we wcześniejszych książkach poetyckich, z których głównym i najistotniejszym jest problematyka ciała. Można nawet odnieść wrażenie, że „Zdrój” jest pełniejszym wypowiedzeniem tego, co w liryce ze względów formalnych nie może wybrzmieć w pełni satysfakcjonująco. Poniższe omówienie wierszy z „same same” Julii Fiedorczuk równie dobrze mogłoby opowiadać o tym debiucie prozatorskim:

Przygody, o których mowa w wierszach Barbary Klickiej, zasadniczo nie są radosne. Kobiece ciało będące podstawowym tematem (prawie chcę napisać: „materiałem”) tych wierszy jest ciałem głodnym i często obolałym; jest to ciało (stęsknionej) kochanki, ale też „kuracjuszki” („Opis z natury”). Nie przypominam sobie, żeby w ostatnich latach ktokolwiek tak przejmująco (a zarazem tak dyskretnie) pisał o chorowaniu. W „same same” pojawiają się rekwizyty związane z pobytami w szpitalu, prawdziwymi albo wyimaginowanymi terapiami, a także bardzo sugestywne opisy bólu: „mój nowy skład, jak sad bez jabłek, jak brzegi bez kładki: od szyi w górę, od szyi w dół – oburącz zakładanie obróż” („Przekrój strzałkowy”). Ciało jest kruche i przymuszone do bierności: „wszystkim naszym czasownikom chwilowo najbardziej do twarzy w biernych stronach, gdzie raczej jest się liczonym, niż można by liczyć” („Zakrętka ósma”). Miejscami chorowanie staje się zmysłowe, niemal erotyczne. Dla wyrażenia tych nieuchwytnych i radykalnie pozajęzykowych stanów autorka częstokroć sięga po ironię i (często mroczny) humor […].

Ciało Kamy awansuje do roli pierwszoplanowej, z przedmiotu staje się podmiotem i właściwie to ono jest prawdziwym bohaterem „Zdroju”. Osobowość i intelekt Kamy są jedynie eksponentem i rzecznikiem jego pragnień, sprzeciwów, instynktów samozachowawczych. Deleguje głowę do roli przedmiotu, deleguje, ale nie degraduje, gdyż mając na uwadze aktualne sanatoryjne doświadczenia, nie chce zachowywać się jak reszta zewnętrznych oprawców. Ciało bohaterki walczy z niesprzyjającym otoczeniem, barierami architektonicznymi i pozostałymi postaciami – przeciwciałami, które czyhają na możliwość jego zagłady. Jest nieustanne narażone na ataki zarówno personelu uzdrowiska, które je ugniata, rozciąga, podwiesza, dotyka, gimnastykuje, jak i pensjonariuszek. Te stają są oprawcami w dwójnasób. Ingerują w ciało Kamy, nie tylko dotykając je – także bez uprzedniego pozwolenia – nienawistnym wzrokiem pożerają jego młodość i stosują terror psychiczny. Gdy pod prysznicem jedna staruszka wytyka jej bezdzietność i płaski brzuch (oczywiście nie omieszkując jej dotknąć), dziewczyna w irracjonalnym ruchu obrony zasłania swoje piersi, chociaż atakująca nijak nie może wyrządzić jej fizycznej krzywdy.

Drugim ważnym wątkiem fabularnym są naturalnie mężczyźni, a jakże – przecież jesteśmy w sanatorium. Mariusz, właściwie pan Mariuszek, interesuje się masowaniem Kamy między łopatkami nie tylko z powodów czysto zawodowych. O wszystkich rzeczach mówi zdrobniale, w swoich relacjach także próbuje zbliżyć się do kobiety na równie zdrobniały, malutki dystans. Piotr to z kolei współwięzień niedoli. Jest inny niż pozostali pacjenci, prowadzi z główną bohaterką głębokie rozmowy, które leczą jej inne, prawdziwe, a niezdiagnozowane choroby. Mężczyzna pojawia się na scenie zawsze w niepełnej formie, brakuje mu raz ręki, raz nogi. Dlaczego Kama pragnie człowieka o ułomnym ciele, skoro sama broni się przed degradacją fizyczną – należy pozostawić niedopowiedzianym w trosce o dalszą radość potencjalnych czytelników z lektury.

Książka ma jedynie 130 stron – mało? Absolutnie nie. Uczucie niedosytu może być jedynie wywołane ciekawością, czy (i kiedy!) Klicka pokusi się o oddanie do rąk czytelników kolejnej próby prozatorskiej. Konstrukcja fabuły odsłaniająca tajemnice życia postaci i uzdrowiska jest podana w niezwykle subtelny, naturalny sposób. Z kalejdoskopu krótkich scen oglądanych zza kulis sanatoryjnego życia czytelnik może za pomocą wyobraźni dobudować to, co autorka pozostawia niedopowiedziane. Harmonijne przeplatanie się dziecięcych reminiscencji, onirycznych majaków oraz brutalnego realizmu pozwala odbiorcy zaczerpnąć powietrza w odpowiednich momentach, kiedy trzeba śledzić tekst z zapartym tchem, a czasem wypuścić z siebie parę, gdyż small-talki między pacjentkami doprowadzają nierzadko do całkiem głośnych wybuchów śmiechu. To ostatnie szczególnie zasługuje na uwagę. Klicka ma bardzo dobry słuch literacki, dialogi są śmieszne, niewymuszone, sprawiają bardzo naturalne wrażenie, jakby były odtworzone wprost z dyktafonu wymierzonego w nawiedzone staruszki.

Proza Klickiej wymyka się jednoznacznym cenzurkom w wielu kategoriach, co dodatkowo dodaje mu uroku. Bez wątpienia mamy do czynienia z powieścią, jednak jej bardziej szczegółowe doprecyzowanie sprawia już trudności. Sama objętość podaje w wątpliwość, czy mamy do czynienia z mikropowieścią, dłuższą nowelą, czy elementem powieści-rzeki. Podobnie rzecz ma się z przyporządkowaniem „Zdroju” do konkretnego rodzaju literackiego. Nie można go zaliczyć do prozy realistycznej: sanatorium ZNP w Ciechocinku istnieje naprawdę, wyjazdy sanatoryjne na koszt NFZ także. Wątki metafizyczne starannie podważają faktograficzną warstwę fabuły, lecz jest ich za mało, by wepchnąć ją do szufladki realizmu magicznego. Nie jest to też jest proza poetycka, Kama zbyt twardo stąpa po ziemi, by móc się unieść nad ziemią liryczną inwokacją. I dobrze, bo balansowanie między gatunkami może przysporzyć książce jeszcze większy zastęp czytelników. Z pewnością na to zasługuje.

Książka Klickiej prowokuje do refleksji i dyskusji nie tyle o stanie naszej służby zdrowia, ile o możliwości odradzania się nowych form systemów i społeczności autorytarnych. Wydarzenia dziejące się w książce, choć przefiltrowane i wyolbrzymione przez wrażliwość i bagaż dziecięcych lęków głównej bohaterki, stanowią ciekawy głos w dyskusji nad funkcjonowaniem i budowaniem nowych dyktatur w miejscach dla nas niespodziewanych. Któż by przypuszczał, że ten lekko cukierkowy obraz ukuty z korowodu dancingów, tygodniowych romansów, wzruszająco niezdarnej geriatrii i tandetnego świata społeczności uzdrowiska, jaki wyhodowaliśmy w naszej świadomości, może nosić w sobie tak duży potencjał okrucieństwa i złych emocji?

„Zdrój” jest również manifestem przeciw budowaniu stereotypów. Fabuła skutecznie wyrywa z maniery powierzchownego postrzegania rzeczy, które nas bezpośrednio nie dotyczą. Wzmaga czujność, gdyż kiedyś, za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat możemy znaleźć się w koszmarze Kamy. Ta niewielka, niepozorna powieść będzie jedną z faworytek pretendujących do kilku ważnych nagród literackich 2019 roku, który przecież dopiero przed chwilą się zaczął.

 

Barbara Klicka, „Zdrój”
W.A.B.
Warszawa 2019

Udając życie
26 marca 2019

Udając życie

Przychodzimy do TR Warszawa nie po to, by obejrzeć przedstawienie, ale na pokaz „udawania życia” w dwuodcinkowej odsłonie, które rozgrywa się w polsatowskim studiu ATM.
Od korposzczura do bohatera
25 marca 2019

Od korposzczura do bohatera

„Przepraszam, że przeszkadzam” to przede wszystkim złośliwa, absurdalna satyra, oparta na żartach i bolesnych spostrzeżeniach mających wzbudzić w widowni obawy co do przyszłości naszego świata...