21 stycznia 2016

Stara dziewczyńska magia

Znacie to uczucie, kiedy jest wam bardzo smutno, ale też trochę przyjemnie, bo właśnie znaleźliście odpowiedni język do wyrażenia tego smutku? No, to już wiecie, co czułam po lekturze „God Hates Poland”. Przygnębienie, bo jak mówi zapowiedź wydawnictwa (i chyba też okładka, ale ja akurat czytałam na kindle’u): „BÓG NAPRAWDĘ HEJTERZY POLSKĘ” (dużymi literami), i to dokładnie tak jak myślałam, że hejterzy. Ale też przyjemność, jaka płynie z każdej dobrej „współczesnej powieści obyczajowej”: rozpoznanie „otaczającej (mnie, czytelniczkę) rzeczywistości”, radość, że ktoś „uchwycił (moją) teraźniejszość”. Zwierciadło na gościńcu, które w przypadku „God Hates Poland” jest raczej – kamerką internetową, która niby jest wyłączona – „ale to nie znaczy, że nikt nie patrzy”.

Michał R. Wiśniewski, na przykład, patrzy. I czyta. Byłam rozczarowana „Jetlagiem”, jego skądinąd ciepło przyjętym książkowym debiutem, którego „God...” stanowi dość luźną kontynuację. Może pogoda była nie taka (było lato); może wyczekiwałam „prawdziwie” rewolucyjnej powieści-epoki-internetu lub czegoś w tym guście. A mogło być i tak, że te półtora roku temu, kiedy powieść pojawiła się w księgarniach, umierał, niejako śmiercią naturalną, mój ulubiony zakątek polskiej sieci, kłącze blogowe, którego częścią był między innymi Pattern Recognition (mrw.blox.pl), pisane przez przyszłego powieściopisarza. Nosiłam więc żałobę po czymś, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało mi się małym, ale wybitnie ważnym laboratorium medialnym, kuźnią nowych form, miejscem, w którym rozpoznawało się właściwości pisania w sieci czy nawet bycia w niej; co więcej, internet jako przestrzeń dostarczał nowe możliwości brania różnych dyskursów pod włos, rozbijania klisz językowych; pozwalał na obfite cytowanie, parafrazowanie, miksowanie, zanurzanie w tekstach, odwagę języka, błyskawiczny odzew czytelników, burzliwe dyskusje. Pisało się tam o polityce i popkulturze, wytworzył się własny idiolekt; to jest właśnie publicystyka przyszłości, przekonywałam w jakiejś pracy zaliczeniowej na studiach. Aż w pewnym momencie żywotność blogrolek zaczęła się zacinać; notki, między innymi na Pattern Recognition, stawały się coraz rzadsze. Przeczytałam „Jetlag” z pretensją, że jest formalnie bardziej konserwatywny niż to, co autor robił w blogosferze. Może dzisiaj wydałby mi się lepszy, nie wiem; ktoś pożyczył go ode mnie i nie oddał. Jak się znajdzie, to zobaczymy. Chociaż to przecież dobrze, kiedy druga książka jest dużo lepsza od pierwszej!

Sięgnęłam bowiem po „God Hates Poland” i wszystko wydało się na swoim miejscu. O takich pisarzach jak Wiśniewski mówi się, że mają „świetny słuch” i „dar obserwacji”. Ach, i jeszcze że są „aktualni”. Tak; to powieść ulepiona ze złych memów, językowych (czyli i myślowych) potworków, a może wręcz potworów, bo to banał jest tu czymś potwornym, nie sama tytułowa nienawiść. Bardzo precyzyjnie jest to wszystko uplecione, autor ma rękę do lapidarnych, mocnych zdań, jest co podkreślać, fiszkować czy zaznaczać w kindle'u. (Takie podkreślanie, fiszkowanie czy zaznaczanie może mieć zresztą niebagatelne znaczenie, ale o tym zaraz). Materiału jest tu akurat-akurat na zgrabną satyrę. Narrator zdaje się wprawdzie czule lubić swoich nieznośnych bohaterów, ale w czasach wielopiętrowej ironii nietrudno się pogubić i przez dłuższy czas myślałam, że ostatecznie machnę na „God Hates Poland” ręką. Polskę to ja mam na co dzień i na co dzień jest to relacja trudna, pełna obustronnych złośliwości. Ale na szczęście Michał R. Wiśniewski nie poprzestaje na rozpoznaniu wzorca i pisze książkę, w której naprzeciw górom lodowym banałów wychodzi – no tak, zgadli państwo, co innego ma wyjść? – literatura.

(Uwaga, dygresja: taka literatura o politycznej mocy wyszła też do mnie w czasie pisania tej recenzji, kiedy zrobiwszy sobie przerwę na kawę, przeczytałam wreszcie wywiad, jakiego tygodnikowi „wSIECI” udzielił Jarosław Marek Rymkiewicz. Wywiad jest absolutnie wspaniały i jeśli wpadnie on państwu w ręce, bardzo zachęcam do lektury. Piszę to bez cienia ironii; autor „Żmutu” bowiem wyraża tam bezgraniczną wiarę w moc literatury. „Za to wszystko, co się teraz u nas dzieje, i za to, co stało się jesienią 2015 r. [...], są odpowiedzialni nasi wielcy przodkowie, wielcy pisarze polscy. Odpowiedzialny jest Jan Kochanowski, odpowiedzialni są Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Stefan Żeromski i Stanisław Wyspiański”. Redaktorka Joanna Lichocka trochę mu nie dowierza: „twierdzi pan, że Jarosław Kaczyński wygrał w Polsce wybory, bo Stefan Żeromski napisał «Popioły», «Wiatr od morza»?”. „Właśnie tak myślę” – odpowiada poeta. Dalej jest jeszcze ciekawiej, bo rozmówcy rozważają bycie lub potencjalnie nie-bycie Polski. Co jest interesujące o tyle, że myślą o takim nie-byciu bawi się w swojej powieści Michał R. Wiśniewski. Różnica jest oczywiście taka, że jego „Polska” jest znacznie bardziej konkretna od „Polski” Rymkiewicza. Pod koniec wywiadu z pisarzem z Milanówka byłam już mniej więcej tak samo wzruszona jak wystraszona albo i na odwrót. Z literaturą trzeba uważać.)

W „God Hates Poland” rolę tekstu, który działa, który coś zmienia, przestawia, rozbija, odgrywa powieść o reinkarnowanych powstankach, magicznych wojowniczkach, Syrenach. Czyta ją na wakacjach last minute i all inclusive Natka, lat dwadzieścia siedem, świeżo upieczona mężatka, ale i od dawna niespełniona kobieta u boku najnudniejszego faceta świata, który „lubi piłkę nożną i nie lubi obcych”. Natka tęskni do pięknego chłopca z „Sailor Moon” i czyta, czyta zachłannie, aż w końcu przeżywa wstrząs. Wstrząs wypycha ją na nocny spacer; takie spacery nie pozostają nigdy bez konsekwencji i kiedy Natka za jakiś czas wraca do łóżka, wszystko już wygląda inaczej. I nasza czytelniczka „zdaje się więc na starą dziewczyńską magię. Bierze kindle'a i zapisuje notatkę na marginesie książki, tak jakby pisała w pamiętniku. Pisze długo, zastanawiając się nad słowami. Aż wreszcie kończy modlitwą”. Nie, nie zdradzę państwu, o co Natka prosi Pana Boga, poza tym, że modlitwa się spełnia. Nie przez przypadek autor „God Hates Poland” popularyzował w Polsce „Doktora Who”, przeszło pięćdziesięcioletni brytyjski serial z obsesją performatywnej mocy słowa, oglądany głównie przez dzieci, poetów i neurotyczne kulturoznawczynie.

Słaba w zakończeniach, po prostu polecam powieść Michała R. Wiśniewskiego wszystkim trzem powyższym grupom.

Michał R. Wiśniewski, „God Hates Poland”
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Warszawa 2015

Strategie negowania państwowości
19 czerwca 2019

Strategie negowania państwowości

Núria Güell to artystka społecznego oporu, która poprzez swoje działania dąży do rozsadzenia systemu kapitalistycznego od środka. Hiszpanka dekonstruuje państwowość i gospodarkę opartą na wolnej konkurencji, posługując się narzędziami, które wytworzył kapitalizm...

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA
17 czerwca 2019

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA

Przed „Czarnobylem” nie da się uciec. Nawet jeśli miałoby się wielką ochotę odmówić i nie uczestniczyć w zbiorowej kanonizacji serialu, jonowa uroda zdjęć Johana Rencka i Jakoba Ihre prześwietli nas z mocą tysięcy rentgenów, a ciężar dramaturgiczny obleje nocnym potem...