03 listopada 2017
Ana-mon-amour

Plaster na ranę

Trzymanie się za dłonie to jeden z wielu drobnych gestów będących oznaką intymnej zażyłości – dla jednych jest to swoisty emblemat życia uczuciowego, dla innych świadectwo otwarcia na potrzeby drugiego człowieka i pierwotnej potrzeby współzależności. W „Ana, mon amour”, najnowszym filmie Calina Petera Netzera, ten skromny, delikatny odruch zostanie szybko zastąpiony nienaturalnym chwytem za nadgarstek, mającym więcej wspólnego z obsesyjnym pragnieniem przetrwania niż z oznaką zaufania. Obraz kurczowego trzymania się drugiej osoby, który pojawia się w materiałach promocyjnych filmu, będzie w tym przypadku zapowiedzią piekła nieporozumień na ekranie – toksycznego układu zależności przytłoczonego ciężarem oczekiwań odłożonych w dzieciństwie, różnic klasowych będących dziedzictwem rządów Nicolae Ceauşescu, a także codziennych pretensji przysłaniających radość płynącą z bycia razem. „Ana, mon amour” zawiera raczej elementarz kłujących w oczy znaków zapytania o istotę przywiązywania i rozstawania się we wszystkich swoich odmianach, który rumuńscy nowofalowcy lubią najbardziej.

Tomę (Mircea Postelnicu), niespełnionego pisarza, męża i ojca poznajemy, gdy leży na kozetce u psychoterapeuty. Usiłuje zrozumieć podłoże zauroczenia, związku i małżeństwa z Aną (Diana Cavallioti), którą dziesięć lat wcześniej poznał na studiach. Ale jak się okazuje, ich relacja nie przetrwała próby czasu. Od tej pory oczami mężczyzny będziemy odkrywali kolejne – skomplikowane za sprawą porzucenia chronologii – rozdziały ich związku obezwładnionego przez czas, chorobę i zakulisowe nieporozumienia. Poczynając od pierwszego, namiętnego zbliżenia w akademiku, a przy tym przełomowego odkrycia emocjonalnych problemów i choroby psychicznej partnerki, przez szukanie ratunku w farmakologii, terapii oraz poświęcenie mężczyzny rozciągnięte między bezwarunkowym oddaniem a poczuciem obowiązku, aż po opowieść o rozstaniu, stracie, przemijaniu i bezskutecznych próbach utrzymania przy sobie tych, na których obecności, mimo wzajemnie wyrządzonych krzywd, wciąż nam zależy. Fakty, sytuacje, luźne wspomnienia i wyzwania partnerstwa biegną u Netzera dwoma równoległymi torami – z jednej strony są plastrem na ranę z czystej potrzeby serca, z drugiej – wikłają w rozpaczliwą siatkę nieodwzajemnionych zależności. Albo więcej: ukochanego partnera przeistaczają w opiekuna medycznego. Czuć to zwłaszcza w słowach ojca Tomy, które zdają się przekraczać granicę rodzicielskich wskazówek: „Odkąd ją poznałeś, straciłeś rozum. Zamiast zająć się sobą, tańczysz, jak ci zagra. Powiedz, czemu chcesz się dać ukrzyżować jak Jezus?”. W tym ojcowskim zarzucie nie ma nic naiwnego, raczej mistrzowsko oddają one meandry toksycznego związku.

„Ana, mon amour” nie szczędzi widzowi tonów stricte męczeńskich, gdzie – paradoksalnie – w buty „ofiary” wyniszczającej relacji nie wchodzi bezradna, obezwładniona lękami i fobiami kobieta, a przyjmujący rolę obrońcy mężczyzna. W obu biografiach skołatanych bohaterów widać rozpaczliwe wołanie o odrobinę wsparcia, jednak psychologiczna tkanka zostaje konsekwentnie przełożona na męski, zdaje się, że dla reżysera ciekawszy punkt widzenia. Netzer oddaje głos i opowiada się tylko po jednej stronie, szczegółowo portretując jej fizyczne i emocjonalne osuwanie się na dno, a drugą traktując poniekąd jako niewygodny, pasożytujący na otoczeniu problem. On dla ratowania życia ukochanej rezygnuje z kariery literackiej, co zostaje ukazane poprzez proste obrazki porządkujące oś czasu, czyli większą ilość papierosów gaszonych w popielniczce czy przerzedzającą się fryzurę. Z kolei ona, napędzana stopniowym wychodzeniem z choroby, wspina się po zgiętych plecach partnera, wyzwala się z impasu, rozkwita. Jedną z najważniejszych scen w filmie jest sen Tomy, w którym dochodzi do feminizacji perspektywy, załamania patriarchalnego porządku i przejęcia sterów przez bohaterkę. „Wreszcie mogę żyć jak normalny człowiek – pracować, wychodzić na miasto. Musiałam wiele wycierpieć, aby się rozwinąć. Szkoda, że nie zrobiłeś tego ze mną, tym bardziej że nie chcę być już zależna od nikogo, kto będzie mnie hamował” – mówi. W tej sytuacji małżonkowie mogą jedynie zawzięcie polerować wzajemne pretensje, uwięzieni po różnych stronach niewidzialnej bariery, która wznosi się pomiędzy ich światami. A widz poczuwa się do obowiązku odpowiedzenia na pytanie, kto powinien się czuć tutaj winny?

W tym na pierwszy rzut oka ospałym, pozbawionym energii filmie Netzer nie boi się odważnie odwracających perspektywę sekwencji, oskarżeń o niepoprawną w wielu kręgach perspektywę, według której kobieta w oczach mężczyzny przyjmuje ostateczną pozę wampira potrafiącego napsuć sporo krwi. To siłowanie się z odpowiedzialnością bohaterów, granie o wysokie stawki ich zachowań jest więcej niż niekonwencjonalne i więcej niż celnie uchwycone. Kalejdoskop wydarzeń przeszłych, teraźniejszych i przyszłych fantastycznie eksponuje obraz upadku związku w całej swojej złożoności, przy czym nie tracimy z oczu magnetyzmu początkowego uczucia. Choć w trakcie seansu wciąż mamy przeświadczenie, że każdy związek prędzej czy później przykryje kurtyna kariery, rozwodu, indywidualnych planów na przyszłość i błędów, a sam Natzer nie czaruje i nie przekonuje, iż prawdziwa miłość i młodzieńcza wyobraźnia mogą góry przenosić, to „Ana, mon amour” nie daje się całkowicie pochłonąć fatalistycznej nieodwracalności – to byłoby zbyt proste. Weźmy finał, w którym Toma w geście rozpaczy szuka w oczach terapeuty zrozumienia dla wizji odbudowania małżeństwa, pochylmy się nad retrospekcjami, w których kiełkuje miłość bohaterów uczących się siebie nawzajem. Owa empatia i zainteresowanie, jakie reżyser gotów jest poświęcić swoim postaciom, ostatecznie nie pozbawia widza nadziei. Wprost przeciwnie: pokazuje, że to, co niegdyś zamknięte na cztery spusty i zostawione za plecami, właściwie nigdy nie przestanie, z jednej strony boleśnie zaprzątać, z drugiej – co istotniejsze – mile przypominać się w naszych głowach. Skromne, autentyczne, trącące emocjonalne struny kino.

 

„Ana, mon amour”
reż. Calin Peter Netzer
premiera: 20.10.2017

 

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA
17 czerwca 2019

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA

Przed „Czarnobylem” nie da się uciec. Nawet jeśli miałoby się wielką ochotę odmówić i nie uczestniczyć w zbiorowej kanonizacji serialu, jonowa uroda zdjęć Johana Rencka i Jakoba Ihre prześwietli nas z mocą tysięcy rentgenów, a ciężar dramaturgiczny obleje nocnym potem...

Deep in Voguing
15 czerwca 2019

Deep in Voguing

Voguing – wpisany w tkankę sceny ballroomowej – wykroczył poza modną formę tańca, stając się subkulturą z własną społecznością, estetyką i aksjologią. Dziś przeżywa nowe życie – a tych miał co najmniej kilka na przestrzeni ostatnich stu lat...