13 marca 2018
errorsmith
fot. Commend

Pierwszorzędne wyczerpanie

Nie jest rzadkością, nawet wśród tworzących muzykę elektroniczną wyłącznie przy pomocy oprogramowania, budowanie własnych instrumentów. Niewielu jednak jest w tym tak konsekwentnych jak Erik Wiegand aka Errorsmith, twórca wirtualnego syntezatora Razor. Początkowo pracował nad nim na własny użytek, rozwijając program Reaktor o możliwości, jakich mu w nim brakowało, aż w 2011 roku Razor zaistniał jako osobny byt. Gdy poczyta się, co autor o nim pisze, widać, jak mocno ten software związany jest z procesem twórczym i że jest to instrument nie tylko kształtowany przez wizję artysty, ale i sam na nią mający na nią wpływ.

Nawet dla śledzących pilnie dorobek Errorsmith nowy album mógł być pewnym zaskoczeniem. Wiegand zapowiadał, że jest to jego najbardziej optymistyczna produkcja, a tym razem nie chodzi tylko o zwykle prześwitujące z jego utworów poczucie humoru. „Superlative Fatigue” zadziwia swoistymi nawiązaniami do dancehallu, soca, „Congotronics”, a niektórym kojarzył się nawet z gqom i batidą. Te wszystkie odniesienia są przy tym zapośredniczone i przetrawione przez kompletnie syntetyczne, cyfrowe brzmienie, czyli takie, które niejako z definicji jest sztuczne, a jeśli nie chłodne, to przynajmniej plastikowe. Ale u Errorsmith ta sztuczność plastiku jest wyzyskana, bo taki materiał w jego rękach jakby traci swoje fizykalne właściwości, można go wyginać na wszystkie strony, rozciągać, wałkować, ukręcać. Przetapianie zachodzi w wysokich temperaturach, ale Wiegand ma też wspaniałą umiejętność wpuszczania powietrza do swoich kompozycji, dzięki czemu nawet przy wyższym tempie nie robi się w nich duszno.

Płyta wywołuje takie wrażenie także dlatego, że jest zróżnicowana, ale zarazem niezwykle spójna (z wyczuciem zaimplementowane są nawet zabawy z wokalami). Specyficzne brzmienie może najpierw odrzucać czy nużyć, ale warto dać tym utworom czas. Jest to album naprawdę złożony, który budują imponujący rygor, na pewnym poziomie nawet sterylność i hiperkoncentracja na starannie wybranych wycinkach. Im dłużej się go eksploruje, tym więcej ujawnia ze swojej złożoności. W pakiecie także feeria barw rozregulowujących się melodii i rozstrajających się tonów, które sprawiają wrażenie, że zaraz coś może się rozlecieć albo przynajmniej pęknąć. Z jednej strony mamy skojarzenia z precyzją Marka Fella (z którym Wiegand współpracował) czy niektórych produkcji Lorenza Senniego lub Evol. Z drugiej – wraca podkręconym bumerangiem inspiracja muzyką niezachodnią, którą ja określam czasem jako postkolonialną. Wymienione wcześniej gatunki, do których Errorsmith nawiązuje, to często przecież wynik mariażu zachodnich pomysłów albo przynajmniej urządzeń z lokalnymi wzorcami, czy to jeśli chodzi o treść, czy formę. W tym kontekście ciekawie byłoby też przywołać nurt exotica (który proponował uładzone fantazmaty komponowane z inspiracji muzyką skądinąd) i zastanowić się, jak „Superlative Fatigue” działa i jak może być odbierana.

Gdy album zaczął się pojawiać w podsumowaniach rocznych, podniosły się głosy, że to „przehajpowanie” na poziomie renomy nie tyle nawet twórcy, ile wydawcy – PAN Ja również mam wyczulone czułki na hajp, ale gadanie, w rodzaju: „gdyby nie wypuścił tego PAN, to by nie było w rankingu”, prowadzi donikąd. Należy też oddać sprawiedliwość inicjatywie, która działa od 2008 roku i ma w katalogu takie postaci, jak Florian Hecker, Ghédalia Tazartès, Eli Keszler, Rashad Becker, Valerio Tricoli, a 2017 był chyba jej najlepszym rokiem od dawna. Świadczyć mogą o tym ciekawe wydawnictwa: składanka „mono no aware”, M.E.S.H., STILL, Konrad Sprenger, Pan Daijing. Do tej eklektycznej mozaiki pasują z maniacką konsekwencją układane wielopoziomowe labirynty Errorsmith.

 

Errorsmith, „Superlative Fatigue”
PAN
2017

Zimny płomień
13 grudnia 2018

Zimny płomień

W „Krainie wielkiego nieba” wydaje się, że wszystko znajduje się na swoim miejscu; od warstwy technicznej aż do kierujących całym przedsięwzięciem motywów. I chociaż Paul Dano omija wiele pułapek, jakie czyhają na twórców po raz pierwszy maczających palce w sztuce filmowej, traci też po drodze coś, co stanowiło zawsze największą zaletę debiutanckich produkcji: poczucie artystycznej swobody i chęć eksperymentowania...

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...