20 lipca 2011

Partyzanci w kawiarni

alt

Byłem na filmie. Na premierze. Momenty były.

Rzecz działa się w Cafe Gazeta w centrum Poznania. Na dużym ekranie wyświetlano film dokumentalny „Wydział śledczy IPN: Jarocin”, zrealizowany przy współudziale Discovery Historia, o czym stosownie informowały ustawione w sali bannery. 40 minut o tym, w jaki sposób Służba Bezpieczeństwa w latach 1985–1989 inwigilowała słynny festiwal. Dla osób znających książkę „Jarocin w obiektywie bezpieki” – wydaną w połowie poprzedniej dekady – właściwie nic nowego. Inwentarz kuriozalnych komentarzy o subkulturach, które esbecy opisywali w znanym sobie idiomie militarno-bojówkarskim. Punki tworzyli załogi i brygady, nosili uniformy, mieli przywódców i wykazywali się godną podziwu organizacją działań zbiorowych oraz dyscypliną. Podobnie „skini”, „hippisi”, „szataniści” (a także „lucyferianie”) i „oazowcy”. Detaliczne opisy ich zachowań, strojów i ideologii budzą dzisiaj jedynie ironiczny śmiech: jak niewiele można było rozumieć i wiedzieć o rzeczywistości.

Na sali 20 osób. Tylko cztery mogą pamiętać tamten festiwal. Kilku lokalnych dziennikarzy i siostra zakonna (sic!). Do dyskusji i poprojekcyjnych komentarzy zaproszono trzy osoby: autora filmu, doktora Tomasza Taborka z łódzkiego oddziału IPN, linneusza polskich subkultur doktora Mirosława Pęczaka, znanego obecnie bardziej jako dziennikarza tygodnika „Polityka” oraz Krzysztofa Skibę, aktywistę kontrkulturowego z dawnych lat, który za kolportowanie ulotek na jarocińskim festiwalu 3 miesiące spędził w areszcie śledczym w Kaliszu.

W filmie najmniej było o samym festiwalu. Paradoksem jest zresztą sytuacja, w której ludzie nie znający „Jarocina” z autopsji oglądają taki obraz – dla nich to on właśnie staje się dokumentem i portretem zjawiska, nawet jeśli nie takie było zamierzenie jego twórców. Mimowolnym dowodem na takie zapętlenie była obecność na pokazie studentki kulturoznawstwa UAM, która zamierza napisać pracę dyplomową o festiwalu jarocińskim z lat 80. jako „manifestacjach oporu”. Zaskakująco wiele wiedziała o jego historii, zachłannie nagrywała też wspomnieniowe wypowiedzi Pęczaka i Skiby. Świadectwem fenomenu staje się dla niej jednak film, którego optyka jest bardzo niejednoznaczna.
Jeśli zatem nie oglądaliśmy filmu o festiwalu, to o czym on właściwie był? Po pierwsze, o PRL-u. O słabnięciu i rozpadzie systemu w jego ostatnich latach, o słabnięciu jego instytucji, które działały tak nieporadnie, jak śledczy w Jarocinie. Ale także o kompromitacji generalnego projektu społeczeństwa i państwa, jakiemu patronował system socjalistyczny. Systemu, który nie był już w stanie kontrolować wszystkich swoich obywateli i któremu ci – poprzez muzykę, ubiór, styl bycia – głosili votum separatum.

Po drugie, był to film o samym IPN-ie. Moim zdaniem, powinno się go obligatoryjnie pokazać wszystkim pracownikom tej instytucji jako obraz instruktażowy, dotyczący tego, jak zwodnicza i fałszywa może być wiedza o świecie, budowana w oparciu o archiwa dawnej SB. Absurdy o festiwalu w Jarocinie każą przecież myśleć o absurdach, jakie ipeenowscy historycy wypisują na temat „Tygodnika Powszechnego”, „Kultury” czy Kościoła katolickiego. „Teczkoza” przybiera zresztą różne postaci. Kilkanaście miesięcy temu uczestniczyłem w konferencji organizowanej przez IPN we Wrocławiu, a poświęconej polskim ruchom kontrkulturowym z okresu PRL-u. Jeden z młodych historyków ze swadą wytknął najpierw wszystkie błędy w dawnych opisach subkultur, po czym przeszedł do ich autorskiej prezentacji, która powtarzała wszystkie słabości owych raportów. Salwy śmiechu wstrząsały publicznością, mówca wszelako niestrudzenie brnął dalej. Obraz wyjaskrawiający fundamentalne rozmijanie się z rzeczywistością – co dostrzeże umysł nawet mało biegły w robocie archiwistycznej – winien działać jak przestroga. Szkoda, że tak się nie stanie.

Fantastyczną codą dla projekcji i rozmyślania o niej okazało się późniejsze spotkanie ze Skibą. Opowiadał on o tematach rozmów, jakie prowadzą ze sobą członkowie zespołu Big Cyc. Kiedyś przejmowali się dziewczynami. Potem spierali się o marki samochodów. Po kilku kolejnych latach wymieniali opinie o domach i ich wyposażeniu. Dzisiaj polecają sobie najlepszych ogrodników. Trudno o lepszą puentę dla historii polskiego buntu subkulturowego. Dlatego na pochwałę zasługuje to, że dawni partyzanci są w pełni świadomi tej transformacji. Z tą (smutną mimo wszystko) świadomością pojechałem na kolejny festiwal.

Pokaz filmu zrealizowanego dla Discovery Historia pt. „Wydział śledczy IPN – Jarocin” odbył się 14 lipca 2011 roku o godzinie 17.00 w klubie Gazeta Cafe w Poznaniu.

Zdjęcie z galerii Festiwalu w Jarocinie.

Normal 0 21 false false false MicrosoftInternetExplorer4

Waldemar Kuligowski

Partyzanci w kawiarni

Byłem na filmie. Na premierze. Momenty były.

Rzecz działa się w Cafe Gazeta w centrum Poznania. Na dużym ekranie wyświetlano film dokumentalny „Wydział śledczy IPN: Jarocin”, zrealizowany przy współudziale Discovery Historia, o czym stosownie informowały ustawione w sali bannery. 40 minut o tym, w jaki sposób Służba Bezpieczeństwa w latach 1985–1989 inwigilowała słynny festiwal. Dla osób znających książkę „Jarocin w obiektywie bezpieki” – wydaną w połowie poprzedniej dekady – właściwie nic nowego. Inwentarz kuriozalnych komentarzy o subkulturach, które esbecy opisywali w znanym sobie idiomie militarno-bojówkarskim. Punki tworzyli załogi i brygady, nosili uniformy, mieli przywódców i wykazywali się godną podziwu organizacją działań zbiorowych oraz dyscypliną. Podobnie „skini”, „hippisi”, „szataniści” (a także „lucyferianie”) i „oazowcy”. Detaliczne opisy ich zachowań, strojów i ideologii budzą dzisiaj jedynie ironiczny śmiech: jak niewiele można było rozumieć i wiedzieć o rzeczywistości.

Na sali 20 osób. Tylko cztery mogą pamiętać tamten festiwal. Kilku lokalnych dziennikarzy i siostra zakonna (sic!). Do dyskusji i poprojekcyjnych komentarzy zaproszono trzy osoby: autora filmu, doktora Tomasza Taborka z łódzkiego oddziału IPN, linneusza polskich subkultur doktora Mirosława Pęczaka, znanego obecnie bardziej jako dziennikarza tygodnika „Polityka” oraz Krzysztofa Skibę, aktywistę kontrkulturowego z dawnych lat, który za kolportowanie ulotek na jarocińskim festiwalu 3 miesiące spędził w areszcie śledczym w Kaliszu.

W filmie najmniej było o samym festiwalu. Paradoksem jest zresztą sytuacja, w której ludzie nie znający „Jarocina” z autopsji oglądają taki obraz – dla nich to on właśnie staje się dokumentem i portretem zjawiska, nawet jeśli nie takie było zamierzenie jego twórców. Mimowolnym dowodem na takie zapętlenie była obecność na pokazie studentki kulturoznawstwa UAM, która zamierza napisać pracę dyplomową o festiwalu jarocińskim z lat 80. jako „manifestacjach oporu”. Zaskakująco wiele wiedziała o jego historii, zachłannie nagrywała też wspomnieniowe wypowiedzi Pęczaka i Skiby. Świadectwem fenomenu staje się dla niej jednak film, którego optyka jest bardzo niejednoznaczna.

Jeśli zatem nie oglądaliśmy filmu o festiwalu, to o czym on właściwie był? Po pierwsze, o PRL-u. O słabnięciu i rozpadzie systemu w jego ostatnich latach, o słabnięciu jego instytucji, które działały tak nieporadnie, jak śledczy w Jarocinie. Ale także o kompromitacji generalnego projektu społeczeństwa i państwa, jakiemu patronował system socjalistyczny. Systemu, który nie był już w stanie kontrolować wszystkich swoich obywateli i któremu ci – poprzez muzykę, ubiór, styl bycia – głosili votum separatum.

Po drugie, był to film o samym IPN-ie. Moim zdaniem, powinno się go obligatoryjnie pokazać wszystkim pracownikom tej instytucji jako obraz instruktażowy, dotyczący tego, jak zwodnicza i fałszywa może być wiedza o świecie, budowana w oparciu o archiwa dawnej SB. Absurdy o festiwalu w Jarocinie każą przecież myśleć o absurdach, jakie ipeenowscy historycy wypisują na temat „Tygodnika Powszechnego”, „Kultury” czy Kościoła katolickiego. „Teczkoza” przybiera zresztą różne postaci. Kilkanaście miesięcy temu uczestniczyłem w konferencji organizowanej przez IPN we Wrocławiu, a poświęconej polskim ruchom kontrkulturowym z okresu PRL-u. Jeden z młodych historyków ze swadą wytknął najpierw wszystkie błędy w dawnych opisach subkultur, po czym przeszedł do ich autorskiej prezentacji, która powtarzała wszystkie słabości owych raportów. Salwy śmiechu wstrząsały publicznością, mówca wszelako niestrudzenie brnął dalej. Obraz wyjaskrawiający fundamentalne rozmijanie się z rzeczywistością – co dostrzeże umysł nawet mało biegły w robocie archiwistycznej – winien działać jak przestroga. Szkoda, że tak się nie stanie.

Fantastyczną codą dla projekcji i rozmyślania o niej okazało się późniejsze spotkanie ze Skibą. Opowiadał on o tematach rozmów, jakie prowadzą ze sobą członkowie zespołu Big Cyc. Kiedyś przejmowali się dziewczynami. Potem spierali się o marki samochodów. Po kilku kolejnych latach wymieniali opinie o domach i ich wyposażeniu. Dzisiaj polecają sobie najlepszych ogrodników. Trudno o lepszą puentę dla historii polskiego buntu subkulturowego. Dlatego na pochwałę zasługuje to, że dawni partyzanci są w pełni świadomi tej transformacji. Z tą (smutną mimo wszystko) świadomością pojechałem na kolejny festiwal.

Pokaz filmu zrealizowanego dla Discovery Historia pt. „Wydział śledczy IPN – Jarocin” odbył się 14 lipca 2011 roku o godzinie 17.00 w klubie Gazeta Cafe w Poznaniu.

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA
17 czerwca 2019

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA

Przed „Czarnobylem” nie da się uciec. Nawet jeśli miałoby się wielką ochotę odmówić i nie uczestniczyć w zbiorowej kanonizacji serialu, jonowa uroda zdjęć Johana Rencka i Jakoba Ihre prześwietli nas z mocą tysięcy rentgenów, a ciężar dramaturgiczny obleje nocnym potem...

Deep in Voguing
15 czerwca 2019

Deep in Voguing

Voguing – wpisany w tkankę sceny ballroomowej – wykroczył poza modną formę tańca, stając się subkulturą z własną społecznością, estetyką i aksjologią. Dziś przeżywa nowe życie – a tych miał co najmniej kilka na przestrzeni ostatnich stu lat...