07 maja 2019
voxlux

Pasja

Recenzenci męczą się nad „Vox Lux” Brady’ego Corbeta. Rozdrażnienie, potliwość, może nawet wysypka. Widzę wspólną zawodową irytację, zupełnie niezależną od gustu. Jakby w ambicjach trzydziestoletniego reżysera (rocznik ’88) było coś obscenicznego – a jednocześnie film nikogo nie porwał na tyle, by wyciągnąć arsenał swoich najbardziej wyrafinowanych pisarskich strategii. Słownika do filmów „pękniętych”, „rozpadających się”, filmów-porażek, filmów paradoksalnych, monstrualnych, „większych niż życie” itp., itd. Corbet recenzentów zamęcza. Stawka jego filmu jest zbyt wysoka. Jak zauważa Jakub Popielecki: „taka twórcza strategia prowokuje szereg protekcjonalnych gestów: ktoś lubi jego film «pomimo», ktoś wspaniałomyślnie «wybacza» mu jego «pretensjonalność». Phi”. Ale coś napisać trzeba, tylko że wszyscy (poza Popieleckim) zmęczeni.

Przekonałam się jednak, że sama jestem przeciw, a nawet za, w czasie napisów końcowych, kiedy zirytowana i w nastroju bliższym „phi!” i „olaboga!” zbierałam się do wyjścia, mimowolnie podsłuchując swoich sąsiadów z rzędu; film nie podobał im się. Byli w tym swoim niezadowoleniu dość szyderczy, właściwie zmarnowali wieczór; oto dlaczego tak rzadko chodzą do kina. Rozzłościło mnie to bardziej niż film; poczułam się, jakby to mnie ktoś właśnie obraził. Grupka była ode mnie starsza, może w wieku moich rodziców. Poczułam irracjonalny odruch solidarności z Bradym Corbetem.

Może dlatego, że jeśli Corbet jest „pretensjonalny” – to łączą mnie z nim te same pretensje. Jesteśmy w tym samym wieku; uczyliśmy się kina na tych samych obrazach. Nie wiem tego z wywiadów – z pełną premedytacją żadnego nie przeczytałam – tylko z wyreżyserowanych przez niego filmów; nie chodzi bowiem o jakiś zestaw świadomych inspiracji i konkretnej pracy intelektualnej, tylko o rzeczy, które odpowiadają za układ kabelków w głowie. Mieliśmy szansę przedawkować większość filmów Greenawaya, von Triera i wszystkie filmy Lyncha mózgami miękkimi jak plastelina; to widać i słychać. Zresztą Corbet jako aktor pracował z von Trierem (przy „Melancholii”), tak jak pracował z Hanekem (przy amerykańskich „Funny Games”), i akurat ten wpis do CV wygląda jak skrojony pod żarciki krytyków (rola oprawcy w konceptualnym remake’u postmodernistycznego austriackiego mistrza, idealna dla chłopaka, który jako reżyser objawi swoje środkowoeuropejskie i sadystyczno-strzelnicze ciągoty). Tak więc uprzedzam: Brady Corbet może nie być najzdolniejszym reżyserem późnych roczników ’80, ale dla mnie jest jak kolega z klasy, którego się czuje.

Tyle że to iluzja, oczywiście; te moje wspólne wspomnienia są przecież mocno zapośredniczone, właściwie – pożyczone. Taki „Słoń” van Santa (kolejnego z wielkich nauczycieli), film, który swego czasu robił furorę wśród rozzłoszczonych polskich nastolatków z pretensjami, znaczył co innego w prowincjonalnej Polsce, a co innego w Stanach. Trauma szkolnych strzelanin, trauma, z której wyrasta „Vox Lux”, jest czymś zupełnie realnym dla amerykańskich nastolatków, czymś, co w amerykańskiej rzeczywistości po prostu się przydarza. I dlatego wydaje mi się, że cholera, Corbet ma prawo do orkiestry i plansz z łacińskimi tytułami. Koszmar, przez który przechodzi Celeste, główna bohaterka „Vox Lux”, i tak nie jest od razu metaforą i w ogóle nie jest specjalnie wymyśloną/wykoncypowaną sytuacją. Corbet może rozpocząć swoją pasję z takim uniesieniem, na jakie tylko będzie miał ochotę. Ma prawo do patosu.

Film składa się z dwóch przeciwstawnych sobie części. W pierwszej Celeste, nastolatka postrzelona w szkolnej masakrze (na „prowincjonalnej” Staten Island), rozpoczyna karierę piosenkarki, zaśpiewawszy na czuwaniu w intencji zamordowanych kolegów piosenkę żałobną o potencjale narodowego hymnu, czyli po amerykańsku – hitu. Dziewczynę gra Raffey Cassidy (rocznik 2001; Corbet, kiedyś też aktor dziecięcy, ma rękę do młodych aktorów). Starszą siostrą, być może bardziej kompozytorsko utalentowaną, jest Stacy Martin (wyjątkowo bez vontrierowskiej ironii, która zwykle błyszczy w jej oczach). Druga część filmu rozgrywa się prawie dwie dekady później; dorosłą Celeste, megagwiazdą pop (piosenki dostarczyła Sia), jest Natalie Portman (samograj skojarzeń wokół nastoletniego doświadczenia przemocy). Tu Cassidy gra jej córkę (której poczęcia byliśmy świadkami w części pierwszej). Celeste na tym etapie jest kulą agresji i autodestrukcji, koszmarem i marzeniem dla pijarowców i tabloidów, upiorem dla dziecka i siostry.

Portman gra ją z energią młota pneumatycznego, którego nie sposób wyłączyć, uciszyć, odizolować. O ile więc pierwszy akt filmu ma klasyczną dramaturgię podwójnej utraty niewinności, o tyle drugi przechodzi w nieznośne, tępe piłowanie. Jeśli w akcie pierwszym doświadczenie ocaleńca ulega przekształceniom – żałoba zostaje pochwycona, zaprzężona w machinę pop-papy, główna bohaterka szarpie się w tym klinczu we wszystkie strony – w akcie drugim trauma jest zaschnięta jak cement. Akt pierwszy rozróżnia różne poziomy doświadczenia Celeste – strzelaninę, żałobę, chyba dość religijne wychowanie, więź z siostrą, terapię przez muzykę, wchodzenie w świat dorosłych, w końcu nastoletnie odkrywanie seksualności. W akcie drugim wszystko to zostało już przemieszane na jedną, homogeniczną masę. Celeste jest ofiarą i produktem, ofiarą-produktem.

Traumatyczna papa, którą stało się jej życie, stylizuje się na apolityczność – w takim sensie, w jakim rynek udaje swoją oczywistość i bezalternatywność. Polityczne umiejscowienie traumy nie zostaje wypowiedziane – nie ma tu superświadomej, wyedukowanej, zdeterminowanej młodzieży z Parkland. Postulatem Celeste jest ta właśnie rzekomo neutralna przyjemność. Terapia? Nie. Społeczna zmiana? Też nie. Bardzo retro; nie ma możliwości przekucia w traumę w cokolwiek poza nią samą, poza agresją wobec bliskich i medialną miazgą. O tym, i być może tym jest „Vox Lux”, film, w którym trudno powiedzieć, co jest szyderą, a co już tylko wyciem z rozpaczy. Ironia i powaga zapadają się w sobie – co jest przeciekawe, a zarazem najbardziej podatne na krytykę. „Vox Lux” jest, egzystencjalnie i politycznie, bolesną wańką-wstańką.

Polecane niektórym, ostrożnie.

 

„Vox Lux”
reż. Brady Corbet
premiera: 26.04.2019

Budowanie domu w sobie
07 grudnia 2019

Budowanie domu w sobie

Prace Christophera Kulendrana Thomasa wpisują się w szeroki nurt dzieł tworzonych przez artystów rozmaitych dziedzin w emocjonalnej reakcji na doznane wojenne traumy indywidualne lub zbiorowe.
Skanowanie dna
06 grudnia 2019

Skanowanie dna

Gdyby nie Piernikowski, nie byłoby Młodego Kotka, a może nawet i Siksy, a jeśli by byli, to ich tegoroczne płyty – odpowiednio „Tychy” i poświęcony Gnieznu „palemosty nielegal” – choć wydane później niż „The best of moje getto”, nie zyskałyby oddźwięku nawet tak skromnego, jakim się dziś cieszą...

(Nie)nasycenie
05 grudnia 2019

(Nie)nasycenie

„Przypominając sobie naszą ubiegłoroczną zapowiedź Boskiej Komedii, doszłam do wniosku, że wiele z naszych uwag, propozycji, postulatów zostało w tym roku spełnionych albo chociaż zauważonych” – Julia Kowalska i Julia Lizurek rozmawiają ze sobą o 12...