IMG_4116 ok copyfot_ Karolina Gorzelańczyk
fot. Karolina Gorzelańczyk

Na przekór produktywności

Rozmowa z Verą Popovą, Gosią Trajkowską i Adrienem Cognaciem – współautorami spektaklu „Jak zupełnie zniknąć”, którego premiera zaplanowana jest na piątek, 16 października, w Scenie Roboczej w Poznaniu.

 

Julia Niedziejko: Rozmowa przed spektaklem jest trudna, ponieważ opiera się na wyobrażeniu dzieła jeszcze niegotowego. Czytając opis „Jak zupełnie zniknąć”, nad którym pracujecie w Scenie Roboczej, poczułam się szczególnie skołowana – skupiacie się na wielowymiarowym temacie „znikania”, podsuwając wiele tropów interpretacyjnych.

Vera Popova: To prawda, że na podstawie tego opisu wiele można sobie wyobrazić. Poza tym tytuł spektaklu jest chwytliwy i każdemu może się kojarzyć z czymś innym. Celowo oscylujemy wokół otwartości tego zagadnienia.

Gosia Trajkowska: Nasz pierwotny pomysł uległ wielu zmianom po tym, jak wygraliśmy konkurs rezydencyjny Nowa Generacja w Scenie Roboczej. Po ogłoszeniu wyników komisja wydała krótkie oświadczenie, w którym opisano, jak jurorzy odczytali to, czym będziemy się zajmować. Uznali, że nasz pomysł przyniesie między innymi refleksję na temat nadprodukcji. Wtedy, chociaż pierwotnie nie skupialiśmy się na tym temacie, zauważyliśmy, że i on nas pociąga. Równocześnie zostawiliśmy za sobą całe spektrum znaczeń „znikania”. Stwierdziliśmy, że chcemy także zagrać z oczekiwaniami, które generuje tytuł.

 

A czym ten pomysł był pierwotnie?

V.P.: Kilka lat temu byłyśmy na plenerze organizowanym przez Akademię Sztuki w Szczecinie, na której Gosia studiuje. Chociaż nie jestem studentką, miałam szansę uczestniczyć w tym wydarzeniu. Jednym z zadań było przygotowanie performansu angażującego publiczność. Wspólnie z Gosią napisałyśmy tekst w stylu mindfulness, który potem przerzuciłyśmy do translatora Google. W efekcie uzyskałyśmy komiczny efekt – śmieszna była zarówno forma, jak i treść. Głos z komputera zachęcał ludzi do różnych rodzajów aktywności, które tematycznie związane były z naszym rozumieniem „znikania”.

G.T.: Od początku chciałyśmy wykorzystać ten pomysł w jakimś projekcie, ale nie było na to okazji, miejsca ani kasy. Zgłaszając się do konkursu w Scenie Roboczej, zmieszałyśmy ten pomysł z innymi koncepcjami. Finalnie bardzo odbiegłyśmy od pierwotnego, plenerowego performansu; jego elementy nie pojawiają się na scenie. Poszłyśmy w innym kierunku.

 

W stronę podsuniętego przez komisję tematu nadprodukcji?

V.P.: Tak. Ciekawie się złożyło, bo po tym, jak w Scenie Roboczej ogłoszono wyniki, a my zainspirowałyśmy się kwestią nadprodukcji, zobaczyłam na Facebooku wpis koleżanki, która zauważyła, że wielu jej znajomych nic nie robi (bo nie ma dla nich pracy) mimo ciągłej presji działania. Niby wszyscy mówią o nadprodukcji, ale prawda jest taka, że w trakcie pandemii wielu ludzi zostało pozbawionych możliwości utrzymania się. W naszym przypadku wiele się nie zmieniło, bo już wcześniej grałyśmy rzadko. Generalnie w środowisku niezależnych twórców teatralnych dominuje poczucie, że kiedy robi się spektakl, potem nie ma gdzie go grać. Zdarza się, że przedstawienie wystawiane jest dwa razy i koniec, więc trzeba pisać kolejny wniosek, żeby w ogóle mieć szansę cokolwiek pokazać. W efekcie powstają spektakle, z którymi nie wiadomo, co zrobić. A przecież niezrealizowanych projektów i pomysłów jest dużo więcej.

G.T.: Dlatego właśnie postanowiliśmy, że odezwiemy się do wszystkich osób, które wysłały zgłoszenia do tego konkursu, z prośbą o podzielenie się swoimi pomysłami. Zapytaliśmy, czy zgodzą się na to, abyśmy spróbowali odtworzyć ich pomysły w naszym spektaklu. Napisaliśmy im, że chcemy powiedzieć o tym, co mimowolnie przepadło, czyli o wszystkich odrzuconych propozycjach, które być może nigdy nie zostaną zrealizowane.

 

Z tego, co mówicie, wyczuwam, że jest w was spore rozczarowanie realiami, w jakich muszą pracować twórcy teatralni. A może i szerzej – rynkiem sztuki?

V.P.: Według mnie rozczarowanie tym, że nie potrafimy swobodnie tworzyć i konkurować w tym „systemie”, jest powszechne. Tym razem coś nam się udało – wygraliśmy konkurs, więc ludzie nam gratulują, ale prawda jest taka, że przez ostatnie lata wysłałyśmy wiele wniosków, które nie przeszły weryfikacji. Wcześniej zdarzało się, że pisałyśmy, dostosowując swoje propozycje do tematyki konkursu, często z poczuciem, że nie jesteśmy pewne tych pomysłów. Z perspektywy czasu stwierdzam, że realizacja części z nich nie byłaby warta naszej energii, więc z ulgą myślę o porażkach. Pewnie praca nad nimi mocno wpłynęłaby na naszą twórczość i wspólne działanie. Mamy to szczęście, że dotychczas udało nam się zrealizować projekty, na których naprawdę nam zależało. Zauważ jednak, o czym teraz mówimy – sukces i kwestia możliwości realizacji pomysłu artystycznego rozbijają się o dobrze napisany wniosek. Przecież to absurdalne, że o jakości koncepcji ma świadczyć kilka stron zapisu, który nie daje gwarancji udanego projektu. Nie mam jednak pretensji do żadnych instytucji, bo przecież cała sekcja kultury podlega systemom i regułom, które wyznacza współczesny kapitalizm.

G.T.: Chcąc nie chcąc jesteśmy beneficjentkami i beneficjentami systemu, w którym się urodziliśmy. Ale też często czujemy, że nie spełniamy wymaganych norm produktywności. Ja nadal studiuję w Akademii Sztuki w Szczecinie i jestem zobligowana do wymyślania nowych projektów. Żeby funkcjonować w świecie sztuki, powinniśmy ciągle uaktualniać swoje portfolia: mają wyglądać coraz lepiej, zawierać coraz więcej informacji o naszych osiągnięciach, stypendiach i nagrodach. Nie jestem jednak w stanie nieustannie produkować kolejnych treści – to zbyt obciążające. Z tego powodu często korzystam z recyklingu własnych, starych idei. Nasze rozczarowanie nie dotyczy wyłącznie teatru czy rynku sztuki, ale poczucia uwikłania w system, który bardzo nas eksploatuje. Wygląda na to, że obecnie nie jesteśmy w stanie funkcjonować inaczej, ale korzystając z możliwości, jakie daje nam system, możemy mówić o jego wadach. Być może w końcu uda się doprowadzić do jakiejś zmiany.

Adrien Cognac: Wydaje mi się, że jestem trochę mniej rozczarowany niż dziewczyny. Rodzinnie i finansowo jestem w miarę stabilnej sytuacji. Kiedy zacząłem zajmować się wizualizacjami, propozycje pracy przy projektach teatralnych pojawiły się same: różni ludzie zaczęli odzywać się do mnie, proponując współpracę. Zazwyczaj pojawiam się w projekcie, gdy wniosek już przeszedł i nadchodzi czas na działanie. Będąc w tak wygodnym położeniu, czuję się uprzywilejowany, a przez to wzbraniam się przed stanowczym osądem. Czuję, że nie mam prawa do bycia niezadowolonym.

 

Z tego, o czym teraz mówicie, a także z pomysłu na wasz spektakl wynika, że szczególnie dotkliwa jest dla was kwestia nierównych szans. Rozumiem, że wspierając się własnymi doświadczeniami, poruszacie w spektaklu szerszy kontekst społeczny.

A.C: Trafiłaś w mój mały kompleks. Będąc osobą uprzywilejowaną, miewam wyrzuty sumienia, kiedy poznaję ludzi, którzy mieli w życiu mniej szczęścia. Zastanawiam się wtedy, czym sobie na zasłużyłem na to, co mam. Wiadomo, niesprawiedliwość jest rażąca, a to przygniata.

V.P.: W tym rzecz, żeby zauważać nierówności. Myślę, że samo ich dostrzeżenie to już wiele, bo empatia rodząca się z tej obserwacji jest bardzo cenna. Wierzę, że myśl da się przełożyć na działanie.

 

Aż się prosi, aby spytać, czy te wszystkie niedogodności, o których mówicie, nie prowokują Was do wyłamania się z systemu albo zrobienia z nim czegoś wywrotowego?

A.C.: Często przypomina mi się napis, który można znaleźć w Komunie/Warszawa: „Nienawidzę tego systemu, ale uwielbiam możliwości, jakie on daje”. Mam wrażenie, że coś w tym jest. Wiem, że kapitalizm jest kiepski, ale tak naprawdę cały czas z niego korzystam. Ja sam nigdy nie wpadłem na pomysł lepszego rozwiązania. Wyobrażam sobie, że każdy system jest wadliwy.

G.T.: Dokonujemy przekształceń systemu poprzez osobiste decyzje i pomysły na funkcjonowanie w jego ramach. To była nasza decyzja, żeby przy „Jak zupełnie zniknąć” pracować w takim, a nie innym zespole. Dobrze się ze sobą dogadujemy, wzajemnie się nie wykorzystujemy, nie stosujemy wobec siebie werbalnej agresji. To, co tworzymy, jest naszą małą, osobistą rewolucją, bo nauczyliśmy się odchodzić od osób, które wprowadzają toksyczną atmosferę, nadużywają swojej pozycji, kłamią. Nasz osobisty „nowy system” staramy się przełożyć na metody pracy, które są dla nas wartościowe i przyjemne, bo tylko w takich warunkach jesteśmy w stanie tworzyć. Ale na pewno nie jesteśmy idealne i idealni...

 

Jak wyglądała praca nad tym spektaklem?

V.P.: Przede wszystkim zrzekliśmy się pięknych obrazów i dekoracyjnej estetyki na rzecz syntezy i efektywności. Chcemy, żeby sposób przedstawienia tematu był jasny i klarowny. Wyrzekamy się formy, aby wyeksponować myśl. Trochę mnie to przeraża, bo nie robiliśmy tego wcześniej. Pojawiają się obawy, że ta formuła się nie sprawdzi, ale póki co konsekwentnie podążamy za naszą intuicją. Staramy się pracować bez wyznaczonych ról. Nie mamy reżysera, dramaturga, aktora. Wszystko robimy razem albo na zmianę – w zależności od momentu i aktualnej potrzeby. Najważniejsze pomysły rodzą się na drodze wspólnej pracy oraz rozmowy.

A.C.: Określony system działania wynika z naszych potrzeb i tego, w czym dobrze się czujemy.

G.T.: Zaczęliśmy też doceniać nasze prokrastynacje. Doszliśmy do wniosku, że w procesie pozornej bierności wiele się dzieje. Dostrzegamy zarówno piękno prokrastynacji, jak i intensywnego działania. Często pracujemy bardzo chaotycznie, co bywa ryzykowne, ale – koniec końców – jakoś uczymy się w tym bałaganie funkcjonować.

 

 

Premiera spektaklu „Jak zupełnie zniknąć” ma miejsce w ramach konkursu rezydencyjnego NOWA GENERACJA.

 

portrety: Karolina Gorzelańczyk

 

Vera Popova – performerka, choreografka i reżyserka. Od roku 2018 razem z Gosią Trajkowską współtworzy nieistniejący kolektyw artystyczny The Picnic Group. Współautorka spektakli „Manifest 1 (Extinction Rebellion)” i „Manifest 2 (Polska to chory kraj)” w ramach 3kolektywu, „KRYM” (Sztuka Nowa), „Pink Bitterness. Księżniczki” (Sztuka Nowa), „Kolacja” (Republika Sztuki Tłusta Langusta). Performerka m.in. w spektaklach: „Pompa Funebris” (reż. Pol/Żakowski, Sztuka Nowa), „Kijowska” (reż. Dima Łewycki, Biennale Warszawa), „7 pieśni o Awangardzie” i „Przed Wojną. Wojna. Po wojnie” (reż. Grzegorz Laszuk, Komuna//Warszawa), „Sideways Rain” (reż. Guillermo Botelho, Cie Alias, Ciało/Umysł).

Gosia Trajkowska – performerka, artystka wizualna i reżyserka. Wraz z Verą Popovą wyreżyserowała spektakle „KRYM” (prod. Sztuka Nowa/Teatr Ósmego Dnia), „Pink Bitterness. Księżniczki” (Sztuka Nowa) i „Kolacja” (Republika Sztuki Tłusta Langusta). Studiuje na Wydziale Sztuki Mediów Akademii Sztuki w Szczecinie. Od roku 2018 razem z Verą Popovą współtworzy nieistniejący kolektyw artystyczny The Picnic Group.

Adrien Cognac – zajmuje się nowymi mediami, w szczególności ich aplikacją na żywo. W swoich pracach szuka nowych sposobów użycia takich mediów na scenie, tworząc z nich integralną część przedstawienia, często za pomocą interaktywności. Od 2009 roku jest członkiem muzycznego zespołu Merkabah, z którym występował na scenach m.in. takich festiwali, jak Primavera Sound (Barcelona 2016), Off Festival (Katowice 2012 i 2014), Open’er Festival (Gdynia 2010).

 

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...