rosja_rpoert

Krzywe zwierciadło codzienności

W Polsce nie słabnie popularność reportaży o Rosji. Co rok pojawia się kilka pozycji, które opisują rosyjską bądź postradziecką rzeczywistość. Gdyby pokusić się o stworzenie na podstawie tej literatury kolażu Rosji, byłby to obraz jednocześnie zatrważający i groteskowy, szokujący i ekscentryczny – a przede wszystkim przewidywalny. Jak pojemny może być taki kolaż, ile można w nim zmieścić, jak bardzo surrealistyczny jest to twór, doskonale pokazuje Jelena Kostiuczenko w książce „Przyszło nam tu żyć. Reportaże o Rosji”.

Ile masek może przybrać dziennikarz? Z reportażu Kostiuczenki wynika, że wiele. Rosyjska aktywistka na rzecz praw środowisk LGBT wciela się w wiele ról i w każdej odnajduje się doskonale. Wchodzi w świat swoich bohaterów – do domu narkomanów, w szeregi protestujących górników, w rzeczywistość homoseksualistów w Czeczenii; przybywa z rodzicami i dziećmi do szkoły w Biesłanie, zyskuje dostęp do świata prostytutek i mafii. Ile rozdziałów, tyle wersji.

Kostiuczenko doświadcza rosyjskiej rzeczywistości. Jako stażystka pracuje w policji – poznaje świat stołecznej drogówki, obserwuje też, jak pracują agenci kryminalistyki. Odwiedza nastoletnich dilerów zamieszkujących opuszczony szpital; kontroluje fatalne warunki życia w rozpadającym się hotelu robotniczym; sprawdza, jak wygląda świat mieszkańców małych mieścin podzielony torami najszybszej kolei w Rosji. Reportażystka zaprzyjaźnia się ze swoimi bohaterami, zdobywa ich zaufanie, obserwuje życie, pyta o codzienność. W pięciu głównych rozdziałach zamyka historię o bezprawiu mundurowych, o wyrzutkach społecznych, beznadziejnej wojnie, śmieci i życiu bez celu. Taka wygląda Rosja według Kostiuczenki.

Książka „Przyszło nam tu żyć” nie jest historią o postradzieckiej iluzji – to historia o rosyjskiej rzeczywistości. W opowieści dziennikarki „Nowej Gaziety” nie ma innego, lepszego świata, jest tylko ten, który pokazują jej bohaterowie. To największy atut książki – bezkompromisowy opis codzienność, która nie jest zestawiana z ociekającymi luksusem kremlowskimi komnatami, nie ma w niej petersburskiego przepychu bohemy. O kształcie codzienności decydują konkretne emocje: rozpacz, strach, smutek, lęk, gniew i złość. Rytm życia wyznaczają przyzwyczajenia, zarówno te wytyczane przez narkotykowy trip, jak i te porządkowane przez mafijne obowiązki.

Dziennikarce udaj się sfotografować codzienność, ale składa się ona z tylko pojedynczych kadrów z życia. Na próżno w książce Kostiuczenki szukać pogłębionych analiz społecznych, spojrzenia z dystansu – tak, by ujęcie było szersze, by było widać więcej. To niestety kolejna brawurowa opowieść o tym, „jaka Rosja jest naprawdę”. Autorka przyjmuje bardzo zuchwałą taktykę działania: wchodzi w środowisko, oddaje mu na chwilę głos, po czym gwałtownie go odbiera, puentując narrację ograniczeniami rosyjskiej rzeczywistości, z którymi nikt nie wygra. Nie pyta, nie drąży, nie wyjaśnia zależności, kontekstu, nie pokazuje przyczyn, nie analizuje długofalowych skutków, nie patrzy w przyszłość. W takiej optyce kontynuacją dziś jest jeszcze mroczniejsze jutro.

Bohaterowie historii Kostiuczenki to ludzie, o których Kreml nie chce wiedzieć, ale zarazem (albo wręcz: przede wszystkim) to Rosjanie, którzy nie są władzą zainteresowani: w ich relacjach Putin pojawia się jako bohater drugiego planu, a Kreml jako migoczące na horyzoncie, prawie niewidoczne tło. Nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć związków między swoim życiem a funkcjonowaniem systemu władzy. Niemal każdy reportaż zbudowany jest na tym samym schemacie: wprowadzenie, oddanie głosu bohaterom, opis, zgryźliwa puenta z punktu widzenia Kostiuczenki. Widać wyraźnie w sposobie prowadzenia narracji, że dziennikarka pokazuje nie tyle bezsilność swoich bohaterów, ile ich pasywność.

Zaklęty krąg – tak określić można codzienność Rosjan w wydaniu Kostiuczenki. Autorka pokazuje swoim czytelnikom dwie kategorie ludzi: tych, którzy nie mogą wydostać się z apatii codzienności i tych, którzy nie chcą takiej próby podejmować. Uległość, bezwolność, niezaangażowanie bohaterów stają się głównym tematem książki. Zderzenie marazmu rosyjskiej rzeczywistości z hiperaktywnością Kosticzenki miało spowodować zawstydzenie rosyjskiego czytelnika, który zamiast działać, trwa w marazmie codzienności. Reportaż nie ma jednak charakteru performatywnego: nie oddziałuje na odbiorcę, nie powoduje, że czytelnik zrozumie opisaną sytuację, że odłoży z wściekłością książkę i poszuka sposobu na walkę o lepsze jutro. Nawet ci bohaterowie, którzy toczą boje o pracę czy dom, ostatecznie trwają w apatii. Narracje, które przedstawia dziennikarka, utwierdzają w przekonaniu, że sytuacja jest beznadziejna, każda kolejna historia przytłacza, letarg bohaterów zaraża czytelnika.

Dziennikarka często zwraca się wprost do swojego odbiorcy, którego uznaje za dyletanta. Opowiadaną historię narkomanów puentuje ciętą ripostą: „Za tydzień jedno z nich umrze: w nocy, we śnie zatrzyma się serce. Drugie wbrew wszystkiemu spróbuje pójść na detoks i się uratować. A imiona ich nie są istotne, bo wam tak naprawdę jest przecież wszystko jedno” (s. 70). To ostrze krytyki wymierzone jest w czytelników, przedstawicieli klasy średniej, świadomych sytuacji w Rosji – osób, które według autorki mogłyby mieć wpływ na rzeczywistość, lecz wciąż tkwią w kalejdoskopowym świecie absurdów.

„Nie robię żadnych wywodów, przekazuję jedynie to, co zobaczyłam i usłyszałam” (s. 89) – deklaruje autorka w jednym z pierwszych tekstów. Czytelnik z każdym następnym śledzi proces dojrzewania dziennikarki. Kostiuczenko zaś z każdym kolejnym rozdziałem wydaje się rozumieć, że od bohaterów oddziela ją niewidzialna szklana ściana. W historii o świecie podzielonym torami Sapasana (rosyjskiej wersji francuskiej szybkiej kolei TGV), który staje się opowieścią o przepaści między dwoma typami Rosjan, Gienka Matiżw mówi: „Nawet nie chodzi o to, że oni tak przelatują obok w tym swoim pałacu, ile o to, że nawet w okno nie spojrzą, nawet głowy nie odwrócą” (s. 229). Dziennikarka – choć wysiada na kilku stacjach i odwiedza mieszkańców miejscowości na trasie Spasana, poznaje ich życie, zadaje celne pytania, a odpowiedzi skrupulatnie spisuje – również siedzi w tym pędzącym pociągu. Na końcu sama zauważa: „Staram się patrzeć przez okno – ale oczy długo nie wytrzymują. To zapewne z powodu prędkości. Po czterech godzinach i czternastu minutach pociąg przyjeżdża do Moskwy” (s. 229).

Wartość swojej obecności w różnych miejscach dziennikarka określa wysoko. Po przedostaniu się na ukraińsko-rosyjską linię frontu pisze: „Jestem pierwszą osobą bez broni, która dostała się do nich z zewnętrznego świata od wybuchu wojny. Dlatego wydaje im się, że to bardzo ważna wizyta” (s. 304). W tekście poświęconym wojnie w obwodzie donieckim dziennikarka skupia się na sytuacji mieszkańców. Zupełnie pomija kwestie polityczne, których w tej sytuacji nie można oddzielić od codzienności. Nie można przecież ukryć, że w ukraińskiej Gorłówce codzienność małego miasta splata się z wielką polityką, której centrum jest Kreml.

Zbiór reportaży Kostiuczenki wydano w Rosji w 2015 roku. Ze względu na działania cenzorskie w rosyjskim wydaniu nie pojawił się tekst o Pussy Riot. Autorka i redaktor zdecydowali na pozostawienie w książce pustych stron z adnotacją: „Tekst o Pussy Riot nie został opublikowany z przyczyn politycznych”. W polskim wydaniu również go zabrakło. Ciekawe, że wydawca nie zdecydował się uzupełnić zbioru pominiętym tekstem. Nie podjął również decyzji o przedruku stron z komunikatem dotyczącym ocenzurowania. Informacja o pominięciu jednego reportażu zwróciłaby uwagę na problemy dziennikarstwa w Rosji, które jest stale obserwowane z „metapoziomu”. Oryginalne, rosyjskie wydanie zbioru Kostiuczenki otwiera nowe ścieżki interpretacyjne: pokazuje wpływy, zwraca uwagę na pozycję dziennikarza w Rosji, otwiera okno do ciekawej analizy rynku wydawniczego – książka ostatecznie pojawiła się na księgarskich półkach.

Wydawca w Polsce zdecydował się doprecyzować tytuł książki. Ten oryginalny – „Przyszło nam tu żyć” – mógłby być mylący, potencjalny czytelnik może pomyśleć, że to książka o Polsce. Wprowadzenie podtytułu pozwala już na początku ustalić granicę między tym, kto czyta, a tym, co jest tematem. Przecież Rosja to nie Polska (jeszcze nie). Książka jest również uboższa o zdjęcia, które znaleźć można w rosyjskiej wersji – co jednak nie wpływa na zubożenie kolażowego charakteru narracji. Warto zwrócić uwagę na pracę tłumaczki, która dokonała wyboru tekstów i doskonale przełożyła wszystkie reportaże, oddając dynamikę i bezkompromisowość języka Kostiuczenki.

Książka młodej rosyjskiej aktywistki jest ekspresową (niczym jazda Sapasana) podróżą po rosyjskiej codzienności. Próżno oczekiwać od niej analiz socjologiczno-politycznych zależności, kontekstu, przyczynowo-skutkowych powiązań między wczoraj, dziś i jutrem, między małą mieściną a życiem stolicy. Wśród bohaterów Kostiuczenki nie znajdziemy rzeczywistej codzienności: nauczyciela z Niżnego Nowogrodu, irkuckiego urzędnika, biedniejszego studenta z Władywostoku, zmęczonej matki na urlopie macierzyńskim czy właściciela małego krasnojarskiego sklepiku z obuwiem. Rosyjski świat przedstawiony przez dziennikarkę to życie na krawędzi prawa (historie mafii i prostytutek), na krawędzi śmierci (wojenna pożoga), na krawędzi uczciwości wobec samego siebie i otaczających ludzi (opowieść o sytuacji homoseksualistów w Czeczenii). Być może o to właśnie chodziło – o dołożenie kolejnych „krawędziowych” obrazów do kolażu. Pytanie: czy to krzywe zwierciadło codzienności można rozbić – w literackiej narracji i w rzeczywistości? I kto to w końcu zrobi?

 

Jelena Kostiuczenko, „Przyszło nam tu żyć. Reportaże o Rosji”
tłumaczenie: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz
Czarne
Wołowiec 2020

Last.fm jako źródło cierpień
13 sierpnia 2020

Last.fm jako źródło cierpień

W istocie słuchanie muzyki zostało tu poddane procesowi grywalizacji – tyle że to gra bez końca, bez zwycięstwa, z możliwością nieustannego zdobywania nowych poziomów: dziesięć tysięcy odtworzeń, sto tysięcy odtworzeń, tysiąc wykonawców w bibliotece, trzy tysiące wykonawców w bibliotece...

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny
10 sierpnia 2020

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny

Po zaznajomieniu się z filmografią Lee można uznać reżysera za mistrza metonimii. Wyselekcjonowane, reprezentatywne skrawki – wycięte z określonego miejsca i czasu motywy, wątki i postaci, przy jednoczesnym pominięciu tych nieinteresujących, z których skleja swoje historie, mają na celu przekazać konkretne doświadczenie...