12 lutego 2018
csm_Kalifornia-Grace-Slick-fot-Magda-Hueckel-35_8ca84313de
fot. Magda Hueckel

Gdzie podział się świat?

Nienasycony system objął swoim zasięgiem całą rzeczywistość. Żyjemy w fantazji o hippisowskiej komunie, a zdani jesteśmy tylko na siebie. Zlokalizowane w Krzemowej Dolinie centrale mediów technologicznego postępu sięgnęły naszych łóżek, lodówek i salonów. Ekspansja może postępować już tylko do wewnątrz. Co w takiej sytuacji możemy zrobić?

Dlaczego demonstranci po protestach zostawiają puste deptaki i wracają do domu? Dlaczego nie mają zdartych gardeł, mimo że skandowali przeróżne hasła? Dlaczego się tak szybko regenerują? Dlatego że chcą długo żyć? – zastanawiają się Justyna Wasilewska, Agnieszka Podsiadlik i Tomasz Tyndyk w spektaklu „Kalifornia / Grace Slick” w reżyserii René Pollescha w TR Warszawa. Czy ktoś jeszcze rzuca brukowymi kostkami w emblematy kapitalistycznego wyzysku? Gdzie ten zapał? Miłość? Śmierć na barykadach? Gdzie podziały się niegdysiejsze rewolucje? Nie widać ich na zdjęciu, które w roku 1968 zrobiła załoga statku kosmicznego Apollo 8. A przecież jest na nim cały świat, wszyscy ludzie. Uniwersalizm tej wizji wyciska z oczu łzy. To doświadczenie kosmicznego pstryknięcia było tak piękne i autentyczne w swojej niewykluczającej globalności, że jakiekolwiek kontestowanie zakłamanego porządku świata przestało mieć sens. Co więcej, sens przestał mieć sam świat. Bunt roku 1968 był ostatnią próbą jego zmiany. Teraz jesteśmy zdani tylko na siebie. Ekspansja odbywa się już jedynie do wewnątrz. Nie ma nowych terytoriów do podbicia, różnorodność została zamknięta w unifikującym ją kadrze. Funkcjonujemy w przestrzeni nieokreśloności; w systemie, w którym prawo wyłączonego środka przestało obowiązywać; w fantazji o hippisowskiej komunie. Za czym więc tęsknimy?

Nasza tęsknota nie odnosi się do awangardowych dyskursów, które w totalnym geście sprzeciwu odrzucały budowany przez pokolenia kształt świata. Taka wizja całości nie jest już możliwa, bo przecież nie ma świata, a przynajmniej – jego wiarygodnej wersji. Poszukując odpowiedzi na metafizyczne pytania o sens istnienia, nie trzeba się poświęcać improwizacjom czy rytualnemu bieganiu po lasach. Nie potrzebujemy kolejnych warsztatów u Grotowskiego. Wystarczy zajrzeć w siebie i zapytać: po co tu jestem? Odpowiedź nasuwa się sama: bo akurat to mnie kręci. Duchowość kontrkultury odbiła się od brzegów Kalifornii i wraca falą (albo raczej czkawką) samospełniającego się, pozytywnego myślenia. Psychodeliczne poszerzanie świadomości zatraciło swój potencjał krytyczny i przybrało postać promowanego w poradnikach życia afirmowania siebie. Narcystyczny zwrot służy reprodukowaniu zaprojektowanych przez system pragnień, tożsamości i zachowań.

„Ten dom odpowiada za moje emocje. Kazał mi posprzątać. Rozpoznaje, że jestem kobietą” – lamentują pałętający się po technologicznym luksusie smartżycia bohaterowie „Kalifornia / Grace Slick”. Globalny postęp kształtuje całokształt postaw życiowych – od nawyków konsumpcyjnych po seksualne. Wdarł się nie tylko w przestrzeń osobistą i zamieszkałą przez wiele osób, ale także w relacje między nimi. Zwodzi nas sugestia zmiany złożona przez zlokalizowane w kalifornijskim Palo Alto centrale mediów technologicznego postępu, które obiecują uczynienie życia łatwiejszym, przyjemniejszym, szczęśliwszym. Pozorna przezroczystość „fejsbuków” czy „gugli” – mających rzekomo służyć jedynie spełnianiu naszych zachcianek, przypomina reżyserskie próby, by teatralne wyciemnienia uczynić niezauważalnymi. Tymczasem to właśnie one są dowodem na istnienie teatru, będąc prześwitami złapanej na gorącym uczynku autentyczności, świadectwami materialności cięcia, przesłaniem niezapośredniczonej realności – tym wszystkim, za czym tęsknią postacie u Pollescha.

Nowy, warszawski spektakl reżysera „Ragazzo dell’Europa” nie mówi o potrzebie kolejnej rewolucji. Nie jest głosem nawołującym do zmiany świata. Świat przecież nie istnieje. Nie będzie kolejnego przewrotu, a stosunki władzy i pracy nie ulegną zmianie. Nie będziemy już entuzjastycznie przemierzać polskich lasów, poszukując źródeł naszej cywilizacji. Zostajemy w teatrze i zajmujemy się sobą. Bohaterowie „Kalifornia / Grace Slick” budzą się nagle we własnym domu, którego połowa niespodziewanie zniknęła. Z podejrzliwością zastanawiają się więc, jakie siły wyprowadziły ich na ulicę, zamieniając kuchnię w pasaż handlowy, sypialnię – w miejsce kształtowania ról płciowych, a salon – w targi technologiczne. Jakie ideologie wpłynęły na zniesienie podziału na publiczne i prywatne?

Znowu – jak zwykle u Pollescha – nie dostajemy nawet najmniejszego zarysu akcji. Sytuacje budowane są na zasadzie palimpsestu, jako kompozycja nawarstwionych tekstów, co skutecznie uniemożliwia znalezienie jakiegokolwiek śladu spójnej struktury. Aktorzy w tempie karabinu maszynowego przerzucają się nawiązaniami do szeroko rozumianej humanistyki, kultowych filmów czy produktów popkultury. Dialogi konstruowane są na zasadzie asocjacji. Nie obowiązuje żadna hierarchia ważności czy zasada zachowania czystości gatunkowej. Razem wszystko to gra wyśmienicie! Pogłębiająca się dezorientacja widza jest oczekiwana i pouczająca. A dodatkowo – wywołuje salwy śmiechu. Wyprodukowana na scenie gęstwina znaczeń – powtarzane po wielekroć wypowiedzi, które odsyłają do kolejnych skojarzeń, by powrócić do swoich źródeł – poszerza nasze horyzonty widzenia rzeczywistości i uczula nas na mechanizmy, za pomocą których regulowane są nasze zmysły. A równocześnie jest pewnego rodzaju pedagogiczną przypowieścią o nieodwracalnym rozmyciu się klarownych dotychczas podziałów we współczesnym społeczeństwie.

„Kalifornia / Grace Slick” wychodzi z samego środka systemu teatralnego, bada charakterystyczne dla niego sposoby wytwarzania iluzji i uczy ich demaskowania. Nie proponuje ani wyjścia na teatralną ulicę, ani przywrócenia autentyczności teatralnemu domowi. Zostaje na progu, z którego roztacza się widok na iluzoryczność stworzonej scenografii. I to jest chyba najważniejsza lekcja Pollescha. Nie polega ona jednak na poszukiwaniu alternatyw, przestrzeni, w których możliwe jest doświadczanie niezapośredniczonej przez technologię obecności, lecz na wytyczeniu granic naszego działania, wykrzyczeniu, wyśmianiu, wywleczeniu skrywanych pod otoczką oczywistości nakazów i zakazów kształtujących nasze życie. To lekcja mówiąca o podejrzliwości – teatr polityczny w najgłębszym z możliwych sensów tego słowa.

 

 

René Pollesch,Kalifornia/Grace Slick”
reżyseria: René Pollesch
scenografia: Nina von Mechow
TR Warszawa
premiera: 8.12.2017

 

Polski mecenas bitników
16 października 2018

Polski mecenas bitników

Klub otwarty w 1964 roku przez polskiego imigranta był przez kilka lat prawdziwą mekką nowojorskiego środowiska artystycznego. Mimo to pozostawał białą plamą w życiorysie amerykańskiej Polonii...

Epika, liryka, dramat
12 października 2018

Epika, liryka, dramat

„Kamerdyner” to film ze wszech miar epicki: rozciągnięty na lata, łapiący wielką historię, nakręcony z ogromnych realizatorskim rozmachem. Ale jest w nim również wiele z intymnego liryzmu...