26 października 2019
Photo by Lesia and Serhii Artymovych | Unsplash

Fantom wyspy

Nasza planeta jest wyspą, a my rozbitkami. Skitłaszeni między sobą, poplątani wzajemnymi fochami, oddalamy się coraz bardziej od innych lądów. Niby kombinujemy wielką ucieczkę na wypadek katastrofy ekologicznej, ale na co dzień mościmy się na niewielkim terenie, oblewając chłodnymi falami. Same też jesteśmy wyspami krążącymi między sobą niczym atomy. Wyciągamy do siebie ręce, aby szybko schować je ze wstydem. Nie ma do nas dostępu, otoczone jesteśmy wodami lęku, które coraz bardziej zatapiają brzegi. Znikamy.

Z daleka widok jest piękny. Kiedy pięćdziesiąt lat temu wylądowano na Księżycu, wreszcie można było wydostać się z Ziemi. Z góry wyglądała jak kuriozalna piłka unosząca się wśród kosmicznej czerni. Pamiętacie dmuchany globus do nauki geografii w Akademii Pana Kleksa? No właśnie, tak to wygląda, w sumie dość niepoważnie i niepewnie.

Nadchodzi nieuniknione

Na powierzchni ziemskiej miliardy ludzi drobią, miliardy zwierząt moszczą się w swoich norkach, dziuplach i gniazdkach. Ziemska wyspa wciąż wznosi się i opada, kręcąc się wokół własnej osi w niewyczuwalnym balecie. Piruety nie zagrażają dalszej egzystencji. To zamieszkujący wyspę coraz bardziej rozszerzają swoją ekspansję. Za chwilę nie będzie niczego. Globus rozpadnie się na jeszcze mniejsze kawałki, aż wreszcie pęknie, zniknie, a z nim wszystkie żywe stworzenia. Będziemy znowu rozbitkami w niebycie.

Jaką historią może być wyspa dla nas współczesnych, żyjących w nieustannym zagrożeniu katastrofą ekologiczną? Czy nie jest tak, że Ziemia jest wyspą zagłady, otoczoną niebytem? Taką, z której nie można uciec? Podobno jak się ma mnóstwo pieniędzy, to można polecieć na Marsa – inną wyspę we wszechświecie. Ale czy pieniądze nie przyczynią się przypadkiem do zagłady kolejnej planety? Siedzimy więc i rozprawiamy o marsjańskiej przyszłości, używając jednocześnie metafor wyspy, które wyprowadzamy z naszych wyobrażeń o niej bądź z literackich odniesień.

Egzystencjalna pustka wokół oddalonych od siebie lądów, zalanych nicością, daje się coraz bardziej we znaki. Ci, którzy zauważają schyłkowe nastroje, coraz częściej czują się niczym dryfujące łódeczki z orzeszka. Osamotnione, niesłuchane, jakieś takie niepasujące. Calineczki wiosłujące resztkami nadziei próbują odbić się od brzegu, aby zaraz desperacko wbić się palcami w wystające skały, na których siedzą ciekawskie mewy. Nie chcemy stracić ziemi spod stóp, wciąż wierzymy, że dane nam tu mieszkać. Choćby globus miał być z surowca narażonego na zniszczenie. Ryzyko wpisane jest w zamieszkiwanie wyspy, przecież na niej jesteśmy zawsze same.

Współczesne imaginarium i tęsknota do wyspy jako intelektualnej odskoczni lub obietnicy raju są tak samo złudne jak wyjazd do klasztoru w celu osiągnięcia spokoju. Od siebie nie uciekniesz, nawet w najbardziej romantycznym i wyciszonym miejsce na świecie. Zapowiedź idealnej przestrzeni do rozważań jest w gruncie rzeczy czymś nieistniejącym, złudnym, a nawet niepotrzebnym. Myśleć można wszędzie, chyba że się nie jest w stanie, wtedy najlepsze biuro podróży nie pomoże.

Wyspa szczęśliwa, wyspa pułapka

Nasza wyśniona wyspa to często raj niczym z prospektu. Ciepły piasek, cień rozłożystego konaru drzewa, jakieś tańce z kwiatami na szyi. Za chwilę jednak, kiedy raj zacznie zaciskać dłonie na naszej krtani, zalewając budynki, paląc łąki lub osuszając pola, możemy poczuć się jak w potrzasku. Katastrofa jest niedaleko. Jak w „Komecie nad Doliną Muminków” Tove Jansson – widzimy zbliżającą się rozżarzoną kulę ognia, która pieprznie w nasz dom. I znikąd pomocy. Na nic upieczenie tortu i schowanie się w jaskini na plaży. Wszyscy zginiemy i ta piękna katastrofa nie będzie mogła być uwieczniona selfie czy w instarelacji. Będzie nam ten koniec po nic, nic z niego nie wyciśniemy i nijak nie spieniężymy. Ale na razie bawmy się. Zanim jednak wyspa znajdzie się pod wodą wraz z jej mieszkańcami, warto zastanowić się, czym tak naprawdę jest ten wyrwany kawał lądu. Odkrojony niczym ciastko, niczym zagubiony okruszek na obrusie oceanów.

All inclusive obiecuje wypoczynek na „rajskiej wyspie wyspiarskiego raju” otoczonej turkusową wodą, nad którą świeci słońce w nieustającym pobudzeniu. Wizja odłączenia się od codzienności nie pozwala nam trzeźwo spojrzeć na realia alienacji. Pozbawione codzienności, zawieszamy się między drinkiem (obowiązkowo z palemką – nie wiem jak wy, ale ja piłam taki drink raz i od razu palemka wbiła mi się w oko) a wakacyjną lekturą typu powieść o niczym. Jak pięknie patrzeć przed siebie na horyzont i mocno wierzyć, że teorie o płaskiej ziemi są tylko wymysłem spiskowców – specjalistów od ludzi-jaszczurów i lądowania UFO w polu tworzącego dziwne kręgi. Niczym u Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: „A ty mnie na wyspy szczęśliwie zawieź / wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj”. W mitologii greckiej wyspy szczęśliwe to część Hadesu, gdzie mieli udawać się cnotliwi zmarli, by zaznać spokoju na wieki. To wizja wolności od cierpienia doczesnego i wolności do wymarzonego życia. Takiego, w którym możemy wreszcie robić nic.

Samotnia wyspy prowokuje jednak do myśli ostatecznych. Na przykład: a jeśli zostaniemy tu na zawsze? Czy nadal będziemy beztrosko pluskać się na brzegu, czy raczej ułożymy S.O.S. z gałązek lub zbudujemy szałas? „Przypadki Robinsona Crusoe” Daniela Defoe przeryły nam świadomość i trudno po tej lekturze wyobrazić sobie idyllę samotności, kiedy nagle zostajemy oddzieleni od kontekstu – kulturowego, obyczajowego lub społecznego – i nic nie jest już kwestią rutyny czy codziennych odruchów. Uczymy się siebie na nowo. Zwłaszcza wtedy, kiedy nikt do nas nie gada i nie dzwoni z byle głupotą i to jest oczywiście suuuuper, ale po dwóch dniach we własnym towarzystwie chcemy popełnić samobójstwo, próbując odkręcić własną głowę, żeby już nie myśleć. Wyspa staje się więzieniem, z którego nie ma od siebie ucieczki. Stajemy się dla siebie najgorszym aresztem, bo nie potrafimy zdzierżyć tego, kim jesteśmy. Trudno bowiem zagłuszyć wewnętrzne głosy na oderwanym płacie ziemi oblanym wokół niebieskim sosem.

Czasem trudno jest również żyć w nieustającej sielance oddzielonej od reszty świata. Oto ja, zupełnie niezależna, siedzę sobie na leżaku i uprawiam słodką emigrację wewnętrzną w wersji slow life. Ale wszystko to ma swoje konsekwencje, bo przecież niewinna wyspa nie istnieje. Oderwanie od lądu często równa się zagubieniu. Jak w powieści islandzkiej pisarki Sigríður Hagalín Björnsdóttir „Wyspa”, w której ojczyzna staje się klątwą, rzekomo cudownie zorganizowane państwo nie radzi sobie z katastrofą. Nie może nawet ratować swoich mieszkańców, bo wyspa staje się pułapką, z której nie ma ucieczki. Coś, co miało chronić społeczeństwo od wpływów i być ostoją trwałości i niezależności, zaczyna być zaciskającą się pętlą na szyi. Oto zbliżający się kryzys z aprowizacją i odcięcie Islandii od reszty świata wyzwalają zarówno u rządzących, jak i mieszkańców najgorsze instynkty. Wszyscy chcą się uratować, ale jednocześnie mają świadomość, że uda się to nielicznym. Wyspa jest tu kolejną metaforą fortelu, którego dotychczasowy indywidualizm staje się zgubą.

Podobnie jest w książce Alexa Garlanda „Niebiańska plaża”: wyprawa w mało uczęszczane rejony Tajlandii zamienia się w koszmarną eksplorację dramy. Bohater powieści, Richard – podróżnik typu „szukam siebie” – od poznanego przypadkiem faceta dostaje mapę z zaznaczoną rajską wyspą. Aby na niej zamieszkać, należy – jak to zwykle bywa w takich historiach – przeżyć przygody oraz dojść do wniosku, że raj okupiony jest zwykle kompromisami, a hedonizm ma swoje przykre konsekwencje i nie chodzi tylko o kaca.

Mimo uczucia uwięzienia, pułapki czy nierealności bycia na wyspie lubimy sobie wyobrażać, że się jednak na niej znajdujemy. Trochę na wagarach, trochę nielegalnie. I zaraz przyjedzie Nina Terentiew, usadzi nas między sztuczną palmą a połamanym leżakiem i zapyta o „ulubioną lektuhę”.

Zaraz zaczną się te niekończące się zabawy w wymyślanie, kogo i co wzięłoby się ze sobą na bezludzie. Biblię, chociaż nikt jej nie czyta. Przyjaciela, chociaż go nie mamy. Może szachy, ale czy pamiętamy zasady gry? Idealizacja wyspy jako odcięcia się od rzeczywistości mami nas wizją, że gdzieś tam, w kolorowym prospekcie, jest nasze miejsce na Ziemi, że najlepiej jest tam, gdzie nas nie ma. Nawet jeśli nie będziemy mogli wyrwać się z matni refleksji o beznadziei tego świata, to chociaż pofantazjujemy sobie o Lepszym Lądzie.

Czy ona istnieje?

Może ląd ten jest fałszywy. Wisława Szymborska w hotelu Weitz we Frankfurcie nakleiła na globusie maleńką wyspę, która teraz dryfuje sobie po Oceanie Spokojnym. Jej zamiłowanie do kolażu i subtelnych zmian – pewnego rodzaju przesunięć tego, co nazywamy rzeczywistością – było pytaniem o ideę miejsca. Takiego, w którym możemy się znaleźć (podobno po naklejeniu wyspy chciała zadzwonić do ówczesnego ministra spraw zagranicznych, Władysława Bartoszewskiego, aby skłonić go do nawiązania stosunków dyplomatycznych z nowym krajem) i możemy go sobie wymyślić. Cała popkultura pełna jest przecież nierealnych wizji wysp jako enklaw cudowności. Ach, ten kolejny mit raju, jak na przykład Bali w kiczowatym „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert. Jeżdżą tam teraz kobiety w kryzysie i rozglądają się pospiesznie, czy aby nie czeka na nich dziany gość z drinkiem. Zwykle nie czeka, pozostają promienie słońca i turystyczne pamiątki. A wyspa zadeptywana jest przez turystów i nie zdziwię się, jeśli kiedyś zacznie ich reglamentować, jak powoli Wenecja.

Fałszywe wyspy, a raczej wyobrażenia o nich opisuje też Judith Shalansky w „Atlasie wysp odległych. Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”. No dobrze, przedstawione miejsca istnieją naprawdę, ale dla autorki są tylko abstrakcyjnym bytem na mapie. Kto wie, czy kartografowie nie kłamią? Skąd mamy wiedzieć, że te wszystkie odległe lądy przypominające piegi na okrągłej buzi globusa nie są wymyślone? Nie jesteśmy przecież w stanie dotrzeć wszędzie i zbadać samodzielnie, co gdzie jest i w jakiej konfiguracji. Nieistniejące destynacje śmieją się z nas, że dałyśmy się nabrać na fotoszopowane zdjęcia lub geograficzne obrysy. Jak pisze Shalansky: „Wyspa jest przestrzenią teatralną. Wszystko, co się tu dzieje, zagęszcza się z konieczności w historie”. To jak przybliżenie, nieznośne skalowanie w soczewce. Na niej widać szczególnie wyraźnie pewne zachowania ludzkie, pasje i obsesje. Tu również zarysowują się grzech i występek. Dziwactwo, jakieś niedociągnięcie. Dlatego też wyspa może być nieistniejącym laboratorium badawczym. Mówi o tym Kacper Pobłocki, kiedy opisuje idealny warsztat antropologiczny: wybiera się położenie nieznane i oddalone od naszego miejsca zamieszkania. Takie, gdzie zwykłe konteksty i narzędzia analizowania nie mają zastosowania, bo są z innego porządku. „Wybierasz się na wyspę i nie do końca wiesz, czego się spodziewać, nie możesz mieć też żadnych trwałych teoretycznych oczekiwań. Być może twoje badania pozwolą ci napisać tekst o przypisie w «Kapitale», ale musisz być gotowy na to, że zaprowadzą cię w zupełnie nieznanym kierunku […]. Na tej przysłowiowej wyspie łączą się więc wszystkie kluczowe cechy antropologii: sposób pracy z teorią, kosmopolityzm metodologiczny, przestrzeń jako punkt wyjścia do badań, holizm przedmiotu”.

Ludzie chodzą po niewielkiej przestrzeni zanurzeni w przezroczystości codziennych zwyczajów i przyzwyczajeń. A my stoimy nad nimi, obserwując i próbując wyciągnąć wnioski. Dlatego też badając, dzielimy często obszary na małe „wyspy”: lokalne społeczności, dzielnice, mikroświaty. Na ich podstawie próbujemy wyciągnąć wnioski w skali makro. Takie, które posłużą do szerszych konstatacji. Albo pogubimy się w meandrach szczególików i paradoksów. Niepewność badawcza zmierza często do fałszywych wniosków. Nagle okazuje się, że opisywane przez nas tereny po prostu nie istnieją, a ludzie, z którymi rozmawiałyśmy, są zupełnie inni, niż nam się wydawało. Co wtedy? Wtedy stajemy się Wisławą Szymborską przyklejającą fałszywą wyspę na globusie.

Można oszaleć

Jak z niej uciec, jak się wydostać – zastanawiamy się, szczególnie wtedy, kiedy dopada nas bzik tropikalny, na którego jedynym lekarstwem jest picie na umór i powolne staczanie się w szaleństwo. Gdy Witkacy znalazł się ze swoim przyjacielem Bronisławem Malinowskim na Cejlonie, czuł rozczarowanie. Była to jego pierwsza tak daleka wyprawa i romantyzował sobie to odległe miejsce. Tymczasem zastał upał, wilgoć i ciąg dalszy myśli samobójczych. Z biegiem czasu starał się dostrzec piękno w zwiedzanych miejscach, wyciągnąć coś twórczego. Udało się, ale Witkacy mierzyć się musiał z oczekiwaniami dotyczącymi egzotyki wobec jej realiów. W powieści Agnety Pleijel „Lord Nevermore” beletryzującej wyprawę przyjaciół zwracają uwagę wątki, które ostatecznie doprowadziły do zerwania wieloletniej przyjaźni. Podobno Malinowski miał zgwałcić Witkacego. Wydaje się, że wyspa namieszała im w głowie, pewne emocje się obudziły, a inne schowały głęboko w podświadomości.

Wpływ tajemniczej siły oderwanego lądu znaleźć również można w powieści Żanny Słoniowskiej „Wyspa”. Tytułowa wyspa, na którą główny bohater podróżuje, aby pisać swoją książkę, coraz częściej staje się ziemią obiecaną. Ta wyspa pożądania jest co chwilę zatapiana niedomówieniami. Życie poza normą i niezwyczajowość relacji kwitną podlewane uczuciem całkowitego oderwania od dotychczasowej egzystencji Dawida. Stypendium twórcze ma przecież takie zadanie: dać pisarzowi czy pisarce święty spokój i cieplarniane warunki do niczym niezmąconego pisania. Ale bohater powieści Słoniowskiej pod wpływem wyprawy staje się innym człowiekiem.

Podobnie jak bohaterka „Wyspy Łzy” Joanny Bator, która również jest pisarką. Na Sri Lance szuka odpowiedzi na przyczynę kryzysu twórczego i życiowego, zderzając się co chwilę z wypartymi wspomnieniami. Wyprawa staje się początkiem zmiany, chociaż nie do końca ma się świadomość, na czym będzie polegała.

W tych trzech powieściach wyspa niesie zagubienie i zamiast wyjaśniać – mąci zmysły. To przejściowe zawirowanie. Wszyscy bohaterowie i bohaterki prędzej czy później wrócą do siebie i opuszczą enklawę. Tu bardziej chodzi o następującą w nich zmianę, która wykluwa się z chaosu. Korci mnie, aby zapytać samą siebie, czy zmiana ta jest na tyle znaczna, że osoby westchną pod nosem: „był trud, ale i było warto!”. Mam jednak podejrzenie, że to tylko chwilowa ułuda, która ma za zadanie rozwiązać tymczasowe troski i egzystencjalne smuteczki, ale w efekcie nie przyniesie żadnej poważnej zmiany.

Wyspa jak rana

Bo też i zmiana życia nie następuje automatycznie. Nie wystarczy odległa destynacja, aby „bohater przeszedł wewnętrzną przemianę”. Nawet odcięta od bolączek tego świata, wyspa nie jest na tyle sprawcza, aby stać się katalizatorem życiowych rewolucji. Wyspa może być co najwyżej elementem procesu przysposabiania się do życia w szczęśliwości.

A jak to jest w przypadku Ingrid z wyspy Barrøy w serii powieści Roya Jacobsena? W pierwszym tomie, „Niewidzialnych”, na niewielkiej przestrzeni widzimy jak w soczewce dramaty jednej rodziny. „Nikt nie może opuścić wyspy, wyspa to miniaturowy kosmos, w którym gwiazdy śpią w trawie pod śniegiem. Zdarza się jednak, że ktoś podejmuje próbę”. W drugiej części opowieści o Ingrid, „Białym morzu”, czytamy właśnie o krajobrazie opustoszałym. Najbliżsi wyjechali lub zmarli, jest tylko surowa przyroda i typowy skandynawski dół. Panuje samotność podbita grozą wojny. Ingrid mieszka na opustoszałej wyspie, a każdy dzień nanizany jest na kolejny. Godziny upływają podobnie. Znój codziennego zmagania się z realiami przeplatany jest jednak nieoczekiwanymi zdaniami: „Ingrid zjadła, zasnęła, obudziła się i wciąż się nie bała”. Jej strach mógłby rozsierdzić morze, zimne powietrze i ledwo palący się ogień. A jednak kobieta często płacze. Wykonuje poszczególne czynności niezbędne do przetrwania, połykając łzy. Kiedy pewnego dnia odkrywa niedaleko domu ciała żołnierzy, wszystko zaczyna wirować. Trwa wojna, która wydaje się tylko złą bajką w perspektywie zamkniętego lądu. Tymczasem rozbitkowie kończą swoją podróż właśnie tam. Jeden z nich przeżyje, uratuje go Ingrid i szybko znajdą nić porozumienia. Bo chociaż mówią innymi językami, to potrafią kochać się ponad wieżą Babel. Kiedy wojna się kończy, ludzie muszą poukładać się na nowo. Pastor spłaca Ingrid dług, który zaciągnął od jej ojca pod zastaw wyspy i w ten oto sposób ziemia staje się źródłem stabilizacji finansowej. Ingrid spodziewa się dziecka, wikła w dziwne relacje, wreszcie rodzi. Prawie milczy, bo „Barrøy jest krainą milczenia, dorośli nie tłumaczą dzieciom, co mają robić, tylko pokazują, a dzieci ich naśladują”. Czy ktoś pokazał jej wcześniej, jak się rodzi? W każdym razie kiedy zaczyna się akcja, Ingrid ucieka z lądu. Resztkami sił wsiada do łódki i udaje jej się nawet odpłynąć nieco od brzegów wyspy. Krzyczy, jej wrzask dociera do innych. Arne, siostra, musi iść wpław, aby odebrać dziecko. To dziewczynka, Kaja. Matka patrzy na nią i wie, że jest podobna do swojego ojca, Rosjanina, który dotarł na wyspę statkiem „Rigela”. Tak oto statek staje się łącznikiem między lądami. Między wojennymi historiami wielu narodów. Prawdziwym pomostem jest jednak Kaja, w jej oczach odbijają się „tysiące niewinnych ofiar, które zginęły na niewolniczym statku”. Wyspa przyjmuje historię, chociaż ludzie mieszkający na tym dryfującym lądzie jawią się zapomniani przez Boga. Sami są ofiarami wojny, rozrzuceni między przeszłością i tym, co zastali po powrocie. Żyją na nowo, bez mapy i kompasu. Mała Kaja jest przypomnieniem tego, co się wydarzyło. Wyrzutem sumienia, gorzką raną, może pocieszeniem. Urodzona w wodzie niczyjej jawi się jako przedstawicielka pierwszego pokolenia, które ma szansę uwolnić się od lądu. Również od wyspy, która staje się ciążącą dla wszystkich pokoleń. Bolącą jak ciągle rozdrapywana rana.

Przedpokój zmian

Wyspy mogą być również pomostami między dotychczasowym życiem a przyszłością. Pojawiają się na przykład w kontekście migracji. Małgorzata Szejnert w zbiorze reportaży „Wyspa klucz” o Ellis Island pokazuje bramę Ameryki. To właśnie tam od końca XIX wieku do lat 50. wieku XX mieściło się centrum przyjmowania imigrantów i imigrantek przybywających po nowe, lepsze życie. Większość osób pojawiała się na Ellis ledwie na kilka godzin. Ponad 12 milionów osób kierowało się w głąb kraju. Wyspa miała być tylko przedpokojem do nowego rozdania. Szejnert opowiada nie tylko o ludziach, którym udało się rozpocząć „amerykański sen”, ale i o mieszkańcach tego miejsca. Pracowali oni przy selekcji i wybierali tych, którzy zasłużyli na przebywanie na ziemi obiecanej oraz tych, którzy musieli wrócić tam, skąd przybyli. Zgodnie z ustawami zakaz wstępu obejmował: „idiotów, chorych umysłowo, nędzarzy, poligamistów, osoby, które mogą się stać ciężarem publicznym, cierpią na odrażające lub niebezpieczne choroby zakaźne, były skazane za zbrodnie lub inne haniebne przestępstwa, dopuściły się wykroczeń przeciw moralności”. Również wszystkich, którzy nie mieli dość pieniędzy, aby wydostać się z wyspy i pojechać dalej.

Współcześnie uchodźcy i uchodźczynie w poszukiwaniu bezpiecznego życia dobijają do niewielkich enklaw przed zdobyciem upragnionego lądu. W 2015 roku grecka wyspa Kos stała się domem dla tysięcy uchodźców i uchodźczyń głównie z Turcji. Symbolem pomocy stał się lokalny piekarz Dionisios Arvanitakis, który w szczycie migracyjnym (nazywanym w Europie „kryzysem”, ale ja uważam, że kryzys jest od dawna, skoro ludzie muszą uciekać z własnych domów) codziennie dostarczał uchodźcom 100 kilogramów pieczywa ze swojego zakładu. Wyspa karmiła swoich gości, którzy szybko przemieszczali się dalej. Przypomina to sytuację z czasów okupacji Warszawy. Prezydent Stefan Starzyński wezwał mieszkańców Warszawy, aby na czas zimy 1939/1940 udali się do znajomych lub rodziny na wieś, dlatego że w stolicy zaczynało brakować jedzenia i nie było szans na zgromadzenie odpowiedniej ilości opału do ogrzewania. Norma chleba wynosiła wtedy 250 gramów – wychodziło pewnie 4–5 kromek. Problemem był również skład pieczywa: niska jakość mąki, fałszowanie go dziwnymi zamiennikami. W efekcie jeśli już ktoś dostał reglamentowane jedzenie, to praktycznie nie nadawało się ono do spożycia. Było gorzkie i wilgotne. Lekarze stwierdzili, że chleb kartkowy powodował schorzenia przewodu pokarmowego: bóle głowy, żołądka i gorączkę. Dochodziła do tego marna jakość innych produktów spożywczych. Racje żywnościowe i horrendalne ceny na czarnym rynku powodowały coraz większe problemy z utrzymaniem kondycji warszawiaków. Hitlerowcy się wkurzali, że wydajność pracy spada, skoro ludzie odżywiają się kawą i niedobrym chlebem. Teren stolicy powoli stawał się więzieniem, gdzie skazańców nie można było nawet porządnie nakarmić. Za chwilę okazało się jednak, że może być jeszcze gorzej. Z chlebem, z jedzeniem, z życiem.

Wyspa murem otoczona

Wyspą może być również panoptikum otoczone murem, zasiekami i granicami nie do przejścia. Jak więzienie, obóz pracy, areszt. Bez możliwości wyjścia, za to z całkowitą alienacją mieszkańców.

I jak getto – wytyczona przestrzeń dla odizolowanej części społeczeństwa. Swoiste więzienie bez przepustek, wyznaczonej daty wyjścia i z ciągle zmieniającym się regulaminem. To w Warszawie stało się zamkniętą wyspą w listopadzie 1940 roku. Zlikwidowano ją w maju 1943 roku. Przez ten czas możliwością wydostania się z niej była ucieczka za mur. Ewentualne wyjazdy kończyły się śmiercią – Treblinka, Majdanek. Śmierć bywała wybawieniem, kiedy przychodziła na miejscu. Wyspa zapełniała się trupami, które coraz częściej mieszały się z żywymi ludźmi. Kto z nich żył, a kto już dawno umarł, ale się ruszał? Kto miał szczęście umrzeć we śnie, a kto tygodniami głodował, aż stawał się szkieletem? Wyspa żywych umarłych zamknięta była przed ciekawskimi spojrzeniami. Ci poza murem wiedzieli, co jest grane. Obecnie można żyć w ruinach wyspy, na Muranowie – gruzobeton ze zmielonych głodnych i chorych, zastrzelonych, wyrzuconych przez okno, zakatowanych.

Podobnie jak we „Władcy much” Williama Goldinga – nie ma ucieczki przed nakręcającą się spiralą agresji. Władcy znali wszelkie sztuczki, głównie niedozwolone i nie omieszkali użyć całego ich arsenału. Wyspa-getto była powoli zatapiana. W końcu zostało z niej morze gruzów z maszynami przewożącymi resztki miasta lub ludźmi przerzucającymi pojedyncze cegły, które mogły się jeszcze do czegoś przydać.

Opresyjność tej formy inspiruje badaczy i badaczki do zastanowienia się nie tylko nad przebiegiem i historią miejsca, ale i samą koncepcją świata wewnętrznego – narzuconego pewnej grupie osób, najczęściej z tak absurdalnego powodu jak pochodzenie, poglądy, religia czy orientacja seksualna. Idea getta obecna jest również w naszym świecie, a tworzenie granic w formie murów stanowi element polityki. Wyspy w środku miasta, w środku państwa – otoczone strażnikami, szczekającymi psami i drutami. Bez możliwości negocjacji, podzielenie terenu następuje odgórnie. I tyle, nie ma jak się temu przeciwstawić. Zamknięcie to wyrok. Wyspa staje się pułapką i końcem.

Ach, więc to tak

Kiedy próbujemy pojąć ogrom zagrożenia naszej planety, snujemy utopijne wizje niesamowitego przeistoczenia lądu w oazę odpowiedzialności i kompetencji, którymi mieliby nagle zabłysnąć ludzie. Aha, już to widzę. Przypomina mi się wtedy wiersz Szymborskiej, gdzie poznajemy „wyspę, na której wszystko się wyjaśnia”. To miejsce, gdzie można znaleźć odpowiedzi na każde pytanie i przejrzeć się w nim jak w zwierciadle, które zawsze powie prawdę. „Tu można stanąć na gruncie dowodów / Nie ma dróg innych oprócz drogi dojścia / Krzaki aż uginają się od odpowiedzi / Rośnie tu drzewo Słusznego Domysłu o rozwikłanych wiecznie gałęziach / Olśniewająco proste drzewo Zrozumienia / przy źródle, co się zwie Ach Więc To Tak”. Teoretycznie umiemy więc odpowiedzieć na każde pytanie: globalne ocieplenie, smog, śmieci i ginące gatunki zwierząt. Wiemy nawet, dlaczego drzewo Słusznego Domysłu nie może być wycięte – jest bowiem nie tylko Zrozumieniem, ale i produkuje tlen, tak potrzebny do oczyszczania powietrza. Zaprzyjaźnieni wyspiarze i wyspiarki kiwają głowami z aprobatą: zdecydowanie musimy coś zrobić.

Tymczasem siedzimy sobie, gapiąc się w kosmos. Czekamy na tajemne moce, które w każdej chwili będą mogły zabrać nas z tonącej łajby, bo ta nie da rady dopłynąć do żadnego brzegu. Wszystkie jesteśmy uchodźczyniami desperacko próbującymi znaleźć bezpieczne miejsce, kiedy nasza wyspa powoli pogrąża się w lodowatej, kłującej jak miliony szpilek wodzie. Rozbite łodzie coraz częściej ozdabiają brzegi naszego raju z kolorowego prospektu, w który nikt już nie wierzy. Na miejscu zostaną foliowe torebki i subtelne ślady naszej bytności. Fantom wyspy, która kiedyś była wyśnionym lądem na skalę naszych możliwości.

 

Mimo powabów wyspa jest bezludna,
a widoczne po brzegach drobne ślady stóp
bez wyjątku zwrócone są w kierunku morza.
Jak gdyby tylko odchodzono stąd
i bezpowrotnie zanurzano się w topieli.
(W. Szymborska)

Humanista sygnalista
13 listopada 2019

Humanista sygnalista

Fragment książki „Wiele tytułów”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne pod patronatem „Czasu Kultury”: „Czytanie, rozumienie i używanie literatury to rodzaj kulturowego zestawu ratunkowego, z którego jednak trzeba korzystać przed wypadkiem, ponieważ jego ratunkowa funkcja polega na symulowaniu katastrofy lub problemu i umożliwianiu ich antycypacji”...

Harcerze, wuefiści, melancholicy
12 listopada 2019

Harcerze, wuefiści, melancholicy

Muzyka Myslovitz nie stanowiła w żadnym wypadku kulturowego oręża, nie celebrowała lokalności, wydawała się doskonale uniwersalna. To samo tyczy się zresztą tematyki tekstów i ich jakości estetycznych...