12 czerwca 2019
sauvage

Dziki opór

Sauvage w języku francuskim oznacza dzikiego, barbarzyńcę albo dzikusa – czyli kogoś nieprzystającego do oczekiwań otoczenia, niewpasowującego się w zastane normy funkcjonowania, które ktoś kiedyś ustalił, zatwierdził, przez lata praktykował i nazwał tradycją. Dzikus jest skazą na poprawnej politycznie tkance bogatego, mieszczańskiego społeczeństwa. Można go poskromić za pomocą paternalistycznych gestów bądź wyrzucić na margines, odbierając mu kontestacyjno-rewolucyjny potencjał podmiotowości. Figura dzikusa w pełnometrażowym debiucie Camille’a Vidala-Naquet’a staje się ostatnim bastionem antysystemowego buntu. Oporem przeciwko zarówno projektowaniu jednostek zgodnie z późnokapitalistyczną logiką produkcji, jak i wpisanym w nią potrzebom, by wytwarzać, posiadać, handlować, eksploatować, pomnażać, kupować…

Na spotkaniu po premierowym pokazie „Sauvage” reżyser mówił, że stworzył wstępną wersję scenariusza, a następnie udał się na swego rodzaju badania terenowe. Towarzyszył prostytuującym się paryskim mężczyznom przez trzy lata i na podstawie własnych obserwacji znacznie przeformułował ówczesny skrypt. Mam poczucie, że ta strategia konstruowania dramaturgii niejako „z wewnątrz” przyczyniła się do sukcesu filmu i pozwoliła jego autorom na niereprodukowanie stereotypowych protagonistów. Vidal-Naquet trafnie zbalansował napięcie między brutalną stroną ulicznego życia a całym repertuarem emocji, wzlotów i upadków, marzeń czy lęków towarzyszących bohaterom jego filmu. Poza tym dał im przestrzeń gwarantującą widzialność – udało mu się uniknąć litościwego pochylania się nad wykluczoną grupą społeczną czy mówienia o niej z pozycji wszystkowiedzącego narratora. Warto też zaznaczyć, że twórca z dużą dozą czułości sportretował nienormatywną cielesność – ciała brzydkie, pomarszczone, brudne, stare, grube – jakby na przekór przymusowi wszechobecnej idealizacji i wyabstrahowanych kanonów piękna ukazywanych na okładach popularnych magazynów.

Léo (Félix Maritaud), dwudziestokilkuletni chłopak, sprzedaje swoje ciało po to, aby przeżyć. Poznajemy go podczas wizyty u lekarza. Po kilku chwilach okazuje się, że skrupulatnie dopytujący o dolegliwości mężczyzna w białym kitlu z medycyną nie ma nic wspólnego, a cała ta scenka była zaledwie wstępem do seksualnej rozgrywki, po której Léo wychodzi z pomieszczenia bogatszy o kilkadziesiąt euro. Z jednej strony główny bohater jest narażony na rozmaite niebezpieczeństwa płynące chociażby z perwersyjnych fantazji jego klientów jak wtedy, gdy zblazowana homoseksualna para wkłada w jego odbyt niebotycznych rozmiarów korek analny, a następnie zmusza go do odczuwania z tego powodu przyjemności i wydawania z siebie aprobujących jęków. Reżyser przedstawia to bez użycia estetyzująco-cenzurujących filtrów, co momentami może okazać się trudne do przełknięcia dla bardziej wrażliwych widzów.

Z drugiej jednak strony w filmie Vidala-Naquet’a pojawiają się postaci, które zamiast seksu pragną jedynie obecności drugiego człowieka, co sprawia, że „Sauvage” staje się uniwersalną historią o zaspakajaniu podstawowych emocjonalnych potrzeb, o poszukiwaniu bliskości – celowo nie używam tutaj słowa miłość i nie traktuje tych pojęć synonimicznie, gdyż bliskość w moim odczuciu dużo lepiej oddaje obecny w tym obrazie poziom postrzępionej relacyjności. To zagubienie i wynikająca zeń samotność dostrzegalne są zwłaszcza we fragmencie, w którym wykonująca swoją pracę pro bono – tym razem prawdziwa – lekarka (Marie Seux) bezinteresownie przytula Léo. Gest ten wyraża zarazem akceptację, zrozumienie, a nade wszystko jest wyrazistą manifestacją empatii.

Chociaż twórcy „Sauvage” nie wchodzą w jawnie polityczny dyskurs, nie dialogują z postawami francuskich urzędników czy obywateli, to trudno nie nazwać tego filmu politycznym. Jest to jednak polityczność o charakterze rozproszonym; wynikająca z symbolicznych determinantów, które pośrednio przekładają się na sposób życia i funkcjonowania człowieka odstającego od ustalonych norm i z tego powodu wykluczanego. Dyskryminacja dotyka Léo ze względu na jego orientację seksualną; z powodu profesji, która, choć nazywana jest najstarszym zawodem świata, zwykle występuje poza obszarem ogólnej widzialności i w towarzystwie cichego przyzwolenia (temat męskiej prostytucji jest raczej wyparty ze zbiorowej świadomości). Doświadcza on także odrzucenia przez społeczeństwo jako osoba bezwartościowa i niepotrzebna, wymykająca się kapitalistyczno-konsumpcyjnemu porządkowi, a więc taka, z której bezwzględny ogół nie ma większego pożytku; dlatego uzurpuje sobie prawo do pomiatania nim i nieokazywania mu nawet minimalnego szacunku. Wszystkie te trzy rodzaje dyskryminacji współtworzą „pod-gatunek” ludzki, którego istnienie wykształceni, cnotliwi i szlachetni mieszczanie wolą ignorować lub próbują w zgodzie ze swoją wizją świata opanować i stłumić.

A być może dzikus wcale nie chce być zamknięty w sztywnych ramach społecznej presji i odgórnych oczekiwań. Nie wystarczy osoby wykluczonej ubrać w ładne ubrania, nakarmić, znaleźć pracę i oczekiwać od niej życia na zasadach, podług których sami funkcjonujemy. Twórcy „Sauvage” odważnie podejmują krytykę postkolonialnych praktyk ujarzmiania i ujednolicania, tworząc film oddający wykluczonej grupie przestrzeń wyzutą z kategoryzacji. Vidal-Naquet przedstawia swoich bohaterów z dużą wrażliwością przede wszystkim jako ludzi, a nie stereotypowe figury. Nie próbuje też szukać złotego środka na problem wykluczenia, tylko zdaje się sugerować, że jeśli dzikus chce być dziki, to tylko dzięki empatii możemy go nie oceniać i nie dyskryminować.

 

„Sauvage”
reż. Camille Vidal-Naquet
premiera: 31.05.2019

Strategie negowania państwowości
19 czerwca 2019

Strategie negowania państwowości

Núria Güell to artystka społecznego oporu, która poprzez swoje działania dąży do rozsadzenia systemu kapitalistycznego od środka. Hiszpanka dekonstruuje państwowość i gospodarkę opartą na wolnej konkurencji, posługując się narzędziami, które wytworzył kapitalizm...

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA
17 czerwca 2019

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA

Przed „Czarnobylem” nie da się uciec. Nawet jeśli miałoby się wielką ochotę odmówić i nie uczestniczyć w zbiorowej kanonizacji serialu, jonowa uroda zdjęć Johana Rencka i Jakoba Ihre prześwietli nas z mocą tysięcy rentgenów, a ciężar dramaturgiczny obleje nocnym potem...