najder_na www

Drukowanie internetu

Jakimi ścieżkami internet przedostaje się do rzeczywistości pozacyfrowej? Cóż, „w obecnej sytuacji” (jak zgrabnie podsumowują epidemię prawie wszystkie zamknięte na spust miejsca spotkań) skupiliśmy się raczej na ruchu odwrotnym, przenosząc życie pozacyfrowe w przestrzeń kolejnych stron www i aplikacji – i być może dlatego praktyka drukowania internetu nieco wtopiła się w tło – a szkoda. Szczególnie że nie tak dawno odbyła się premiera książki idealnie tę praktykę realizującej: „Mojej osoby” Łukasza Najdera. Nim przejdę do rzeczy, proponuję pochylić się nad wydawniczą serią Dwutygodnika, która w drukowaniu internetu wiedzie prym na polskim rynku wydawniczym.

Serię otwierała szumna premiera wydanej wspólnie z Wydawnictwem Czarne eseistycznej antologii „Delfin w malinach” pod redakcją Łukasza Najdera, punktującej zwyczaje i fanaberie minionej dekady. Rafał Księżyk wydał w tejże serii „Wywracanie kultury. O dandysach, hipsterach i mutantach” – obszerny esej o strategiach tożsamościowych, jakie podejmują bohaterowie współczesności. Jest też opublikowana nakładem Wydawnictwa Literackiego książka Doroty Masłowskiej „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”. Pozycja ta co prawda nie należy do serii Dwutygodnika, ale zawiera wiele treści publikowanych wcześniej na portalu (z tytułem eseistycznego kącika Masłowskiej na czele). W połowie marca na rynku wydawniczym pojawił się wydany przez Czarne autorski zbiór esejów Najdera „Moja osoba. Eseje i przygody”, w którego spisie treści widzimy głównie dwutygodnikowe publikacje lub artykuły pochodzące z prowadzonego przez Najdera bloga Pocztówki z paranoi, do których można dostać się, uruchamiając ulubioną przeglądarkę internetową (kręta droga prowadzi wyłącznie do dwóch tekstów publikowane wcześniej w „Piśmie”).

Poza łącznikiem w postaci Dwutygodnika publikacje te scala gatunkowa jednorodność i zainteresowanie współczesnymi obyczajami środowisk: mniej lub bardziej kulturalnych, mniej lub bardziej inteligenckich, bardzo „polskich”. W narodowościowym kontekście omawiane jest podróżowanie, jedzenie, oglądanie programów rozrywkowych, czytanie, ubieranie się… U Masłowskiej polskość objawia się głównie w temacie rozwarstwień społecznych, u Księżyka – między kulturą a kontrkulturą, a u Najdera – w newralgicznym punkcie transformacyjnego starcia PRL-u z nowoczesnością. U podnóża eseistyki autorek i autorów leży pytanie o miejsce i rolę zajmowaną dzisiaj w Polsce przez klasę średnią – czyli wątek, bez którego (przewrotnie – bo wydawałoby się, że kapitalistyczna middle class łączyć będzie wątek z kontekstem międzynarodowym) rozmowy o rodzimych obyczajach nie istnieją, a przynajmniej nie w pełni. Książka Najdera swoim kształtem i tematyką doskonale wpisuje się w wyznaczoną przez wcześniejsze publikacje w serii linię. Spostrzeżenie, że surfowanie po falach płynnej nowoczesności wymaga spostrzegawczego oka, rozmachu intelektualnego, ale przede wszystkim sprawności w lawirowaniu między kontekstami, nie będzie odkrywcze. W moim odczuciu teksty Najdera zawierają wszystkie te czynniki. Wykreowany przez niego bohater literacki (a może raczej osoba literacka) jest kimś w rodzaju orędownika współczesności formatowanej pod potrzeby i niedole mężczyzny z klasy średniej.

Autor „Mojej osoby” oferuje czytelnikowi wybór własnych tekstów, które złożył w spójny treściowo i formalnie zestaw. Jest tu artykuł o dźwiękowej opresji czasów najnowszych i usilnym poszukiwaniu ciszy, o nerwicy, o męskich przywilejach, nieudanych ojcach oraz – oczywiście – prokrastynacji, a więc temacie, na którym Najder wypłynął z ławicy mniej znanych eseistów.

Bohater z tekstów Najdera to trochę polski everyman, który rozumie problemy pierwszego świata, bo sam w nich uczestniczy. Dzięki temu jest dość swojski – mimo manierycznego języka, którym chwilami dystansuje czytelnika. Może nie jest to kumpel wszystkich Polaków, ale przynajmniej tych, którzy co nieco czytają, a diagnoz własnych problemów doszukują się w przykładach z cudzego życia. Najder podrzuca zatem historie, zapieczętowane paktem autobiograficznym, by czytelnik mógł się w nich z łatwością przejrzeć. Jak żyć z nerwicą – z autopsji opowie o tym bohater eseju „Mysz”; jakie są strategie prokrastynacji – te najskuteczniejsze wyliczą postaci opisane w „Pracuję w domu. Relacja z pewnej wojny” oraz „Trzeba zabić ten dedlajn”. Eseista chętnie sięga po kulturę i rozrywkę, szukając dla swych tez właściwych porównań i rzeczowych dowodów moralnych na ich potwierdzenie („Bubu król” – recenzja „Nieautoryzowanej autobiografii” Kuby Wojewódzkiego). Najdera zajmują też pytania, których większość nie zadaje, ale za to lubi czytać na nie odpowiedzi, na przykład ile w Kubie Wojewódzkim uzurpatora, a ile króla telewizji albo czy Barthes odnalazłby przyjemność w dotyku e-booka?

Z założenia autor „Mojej osoby” diagnozuje te fragmenty rzeczywistości, które wpływają na byt i los jednostki, albo przynajmniej w jakimś szczególe się z nim łączą. Zwykle punktem wyjścia jest bohater – czytamy jego przemyślenia, śledzimy dylematy, poznajemy bolączki i przyjemności, w których następnie znajduje wzór społeczny. Widać to wyraźnie w pierwszym tekście, „Wszystko jeszcze mogło się udać”, w którym opowiadając o swoim ojcu, osoba literacka Najdera punktuje wychowawcze błędy całego pokolenia jego rodziców. W świecie autora „Mojej osoby” prywatne miesza się ze społecznym – to, co dzieje się w życiu osobistym postaci, jest najczęściej efektem wywołanym przez działanie otoczenia; rzadko ten mechanizm działa w drugą stronę. Teksty Najdera to najczęściej relacje z życia jednostki wycofanej, wątpiącej, biernej, a niekiedy nawet nie w pełni zdrowej. Jego diagnozy są zatem najczęściej gorzkie i nieafirmujące, lecz w ogólnym rozrachunku bywają pożyteczne. Przykry, poruszający tekst konfesyjny o rozwoju nerwicy („Mysz”) podsumowany jest wyraźnym nawołaniem do podejmowania terapii i szukania pomocy w najbliższym otoczeniu. W tym eseju autor tworzy najbardziej sugestywne, literackie obrazy Łodzi i buduje najgłębszy charakterologicznie obraz głównego bohatera.

Najder jest sprawny językowo, choć z relacji znajomych wynoszę, że nie każdemu jego polonistyczne rokoko zmieszane z popkulturowymi heheszkami odpowiada. Zarzuty o emfazę i nadgorliwość w stosowaniu ironii odbijam jednak argumentem o „rzeczy gustu”, bo w świetle publicystyki obejmującej tematycznie wątki obyczajowe konsekwentnie budowany styl literacki Najdera znajduje uzasadnienie. Autor „Mojej osoby” potrafi być niewymuszenie dowcipny i w swoim humorze błyskotliwy, przez co jego teksty czyta się lekko. Unika patosu czy nadmiaru sentymentalizmu. Zdaje się nieustannie pamiętać, że pisze dla widmowego „kogoś” – często zwraca się bezpośrednio do czytelnika, stara się go rozbawić. Najder cię lubi, bo jesteś jak Najder; ty wszystko rozumiesz, a on rozumie ciebie.

Eseista jest też kolekcjonerem drobiazgów codzienności, które uważa za uniwersalnie przyjemne lub powszechnie znienawidzone. Poszukuje haczyków, którymi może zaczepić się o wykreowany przez siebie obraz czytelnika. Często udaje mu się je odszukać: „No i okolica, w której znajdziesz restauracje serwujące twoją ulubioną kuchnię, wytatuowanego kumpla baristę i liczne festiwale, w tym kultury żydowskiej oraz społecznie zaangażowanego dokumentu” (s. 173) – czytamy w tekście „Ikea to szczęście”.

Moją wątpliwość budzi recenzencka praktyka Najdera zanotowana w tekście o autobiografii Wojewódzkiego („Bubu król”). Odnoszę wrażenie, że mniej więcej w środku tekstu autor zapętlił się w kompulsywnym notowaniu cytatów, które zamiast pełnić funkcję krytyczną, stały się narzędziem do spotęgowania roznoszącej Najdera frustracji lekturą empikowego bestsellera. Jak sam zauważa, skrytykować, obśmiać lub zdemaskować Króla TVN-u jest łatwo, co zresztą szybko i skutecznie czyni w kilku pierwszych akapitach. Niemniej punktując Wojewódzkiego, zaczyna składać model antywzorca dziennikarskiego, który mimo potencjału ciekawego (a może nawet pożytecznego) tekstu krytycznego na temat praktyk dziennikarskich początku XXI wieku, zostaje przez niego zarzucony na rzecz dalszej, wtórnej wyliczanki. Dla ścisłości: nie leży w moim interesie obrona Wojewódzkiego, co do którego poczynań pozostaję nieprzychylna. Mimo poczucia, że w tej kwestii mogłabym przybić Najderowi piątkę, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że skłonność do przesady niekiedy osłabia jego krytykę.

W zebranych w „Mojej osobie” esejach zdarzają się zbędne dłużyzny. Przykładowo w tekście „Ten człowieczek już więcej nie może” Najder analizuje pozycję współczesnego białego mężczyzny. W tym celu chwyta się kinematografii amerykańskiej, którą dla polskiego kontekstu przełamuje „Dniem świra”. Tak, „Dniem świra”! – filmem, który od lat jest bezwstydnie ciosany dłutem krytyki. Zdawałoby się, że nie trzeba już dziś przedstawiać Adasia Miauczyńskiego, który umościł sobie wygodne miejsce w kanonie kultowych postaci rodzimego kina, jednak Najder nie stroni od streszczenia losów czołowego polskiego frustrata przez kilka stron tekstu. Obok sumiennych opisów scen z „Taksówkarza”, „Upadku” czy „Jokera” pojawia się dość szczegółowy zarys filmu, który nie wnosi do tekstu więcej niż łopatologiczne potwierdzenie adekwatności poprzednio szkicowanych tez do polskiego ekwiwalentu kultury. Esej ten zawiera jednak kilka ciekawych przemyśleń, które po prostu gubią się w gąszczu kontekstów.

Najder dobrze czuje się w klimatach frustracji, porażki i niedoskonałości. Świadome eksponowanie niepowodzeń i osobistych braków może być metodą subwersji, co od lat potwierdzają badaczki i badacze specjalizujący się w studiach genderowo-queerowych. Odkąd łatka przegrywa zaczęła wlepiać się w tożsamość przeciętnego i przeciętnej beneficjentki kapitalistycznego snu o sukcesie, społeczeństwo zyskało całe rzesze nowych ofiar systemu, które domagają się prawa głosu. Najder jest jednym z czołowych graczy w tych zawodach. „Jakie byłyby te korzyści, które niesie ze sobą porażka? Być może najoczywistszą z nich jest to, że porażka pozwala nam ujść karzącym normom, które dyscyplinują zachowanie i kierują ludzkim rozwojem” – pisze Jack Halberstam w książce „Przedziwna sztuka porażki” (Warszawa 2018, s. 15). Cytat ten dobrze pasuje do pisarskiej strategii Najdera. Dowodząc własnych niepowodzeń, autor ustawia się niejako poza kategorią oceny. To sprytna sztuczka, która szczególnie dobrze sprawdziła się w tekście „Jak zostałem i nie zostałem prawicowcem”. Eksponując wyborczą porażkę Korwina, autor wypunktował szereg wad niegdyś lubianego polityka. I na przykładzie własnych doświadczeń obnażył szkodliwe mechanizmy myślenia wyborców Korwina. Ta podwójna relacja z sukcesizmowego frontu dowodzi, że samopognębienie jest skuteczną metodą na przyblokowanie społecznej opresji. Polityczny ekshibicjonizm Najdera dobrze się czyta właśnie dlatego, że przeszedł przez młyn samokrytyki i jakoś łatwiej wybaczyć mu zaangażowanie w agitację na rzecz Krula, kiedy wiemy, że dobrze swoją postawę przemyślał, zrozumiał błąd, a teraz jest już swój. Dość żenujący pomysł zorganizowania jednoosobowej korwinofilskiej pikiety, zamiast oburzać – śmieszy.

Włożyłem tiszert kupiony podczas niedawnej wizyty w łódzkim oddziale UPR. Widniał na nim czarno-biały Korwin z mikrofonem w garści upozowany na uświadomioną kapitalistycznie gwiazdę new romantic, wyśpiewującą posępne kawałki o niedolach życia w socjalizmie, w terrorze politycznej poprawności. Uznałem, że to moja kamizelka kuloodporna i bawełniany szkaplerz. A gdyby coś poszło nie tak – śmiertelna koszula. […] Odbiłem na trawnik. Śnieg sięgał łydek. Ta niedogodność spowolniła wprawdzie mój marsz, ale w rewanżu uruchomiła wyobraźnię. Zobaczyłem bowiem od razu siebie jako powstańca styczniowego, który uchodzi przed rosyjskimi dragonami po bitwie w lasach świętokrzyskich albo akowca skradającego się przez ośnieżone pola Wileńszczyzny ku posterunkowi NKWD (s. 158).

Dziękuję Najderowi za tę autoironię, dzięki której kolejny raz podczas lektury jego esejów wyczuwam w nim śmieszkowego kompana. Znowu skutecznie zaserwował swojemu wyimaginowanemu czytelnikowi (w tym przypadku czytelniczce) lekkostrawną anegdotę, co by się milej czytało. Takich fragmentów w „Mojej osobie” jest sporo; co nie jest dla mnie zaskoczeniem, bo większość zamieszczonych w zbiorze tekstów dobrze znam już z internetu. No właśnie – internet.

Skoro zaczęłam od umieszczenia Najdera na tle innych publikacji przedrukowanych z Dwutygodnika, pora tę strzelbę odpalić. Choć wyliczyłam wiele superlatywów „Mojej osoby”, a także konceptu eseistycznego rejestrowania rzeczywistości, muszę przyznać, że nie mogłam odpędzić się od jednej myśli, która nie skupia się wyłącznie na książce Najdera, ale szeregu eseistycznych zbiorów spod egidy Dwutygodnika. Niech więc najnowsza premiera literacka Najdera będzie pretekstem do podjęcia wątku papierowej publikacji internetowych tekstów.

Gdyby nie fakt, że każdy z wymienionych wcześniej zbiorów obwieszono szarfami najcelniejszych spostrzeżeń obyczajowych, a dyplomy potwierdzające umiejętność posługiwania się atrybutami współczesności wręczono już autorom, nie zrobiłaby na mnie wrażenia ta przedziwna potrzeba drukowania internetu. Ile wierszy, opowiadań, a nawet dramatów wywodzi się z internetowych pism, cyfrowych antologii, blogów? Sęk w tym, że prawie zawsze autorzy decydują się na wrzucenie do sieci swoich tekstów w celu nawiązania szerszego kontaktu z potencjalnym odbiorcą, a zamieszczane treści prawie zawsze są wersją próbną docelowej publikacji papierowej. W przypadku wymienionych na początku tego tekstu książek mamy do czynienia z przedrukiem tekstów po niewielkich zmianach, a wszystkie z nich są dostępne cyfrowo (na Dwutygodniku w wolnym dostępnie, w „Piśmie” – po wykupieniu pakietu online). Po co drukować internet? Pomysł ten stawiam obok innych niezrozumiałych dla mnie boomerskich, futurystycznych konceptów wplatania efektów cyfryzacji w świat analogowy, takich jak plakaty z memami czy pasty w formie książek.

O ile bez większej histerii przyjmuję ekonomiczny walor wydawniczego zabiegu, który ze zrozumiałych powodów może pobudzać redaktorów do drukowania tekstów funkcjonujących w sieci, o tyle trudno mi znaleźć mocny argument, dla którego czytelnicy mieliby być zainteresowani kupnem czegoś, co mogą mieć od ręki. Książkowe zbiory internetowych artykułów mnie nie nęcą, bo wydają mi się niepotrzebne, choć przyjmuję ewentualność, że nie wszystko trzeba kwitować kategorią użyteczności.

Niech będzie, że kładka, po której stąpamy jest na tyle stabilna, by unieść nas z nadbagażem wygód pierwszego świata. Skoro pakując się na wycieczkę po współczesności, udaje nam się upchnąć kijki do nordic walkingu między ulubioną parę Yeezy i kask dla kury z AliExpress, powinno znaleźć się też miejsce na wydrukowany internet. Od razu lżej na ramionach, jeśli pamiętać o łechtającym intelekt zapachu farby drukarskiej, świątecznej gorączce nagle schłodzonej kompresem pomysłu na prezent dla koleżanki-polonistki, braku ścierpniętych kończyn podczas zwyczajowego gramolenia się z laptopem na fotelu. To są ważne kwestie, proszę nie udawać, że jest inaczej.

Stop. Nie rozpędzajmy się zbytnio tą drobnomieszczańską karuzelą drobnych przyjemności – pamiętajmy, że nie bez powodu przy schodach zawsze znajdują się poręcze. Trzeba przyjąć ewentualność, że drukowanie internetu to potrzeba generacyjna i być może pokoleniom pamiętającym te piękne „kiedyś to było” czasy sprzed ery smartfonów papier jest potrzebny. Może tekst naprawdę działa tylko wtedy, kiedy jest ufnie i szczerze namacalny, a pruderyjne piksele podszywające się pod mięsistą tuszę drukowanych fontów nie mają tej mocy? Coś w tym jest, że ortodoksi gutenberskiego odłamu czytelnictwa łatwo od papieru nie odstąpią – Najder zgrabnie i wnikliwie pisał o tym jednym ze swoim tekstów („Nie wstydzę się Gutenberga”).

No dobrze, tylko że w polu niezrozumiałym pozostaje jeszcze jeden punkt: po co teksty elektroniczne w wolnym dostępie wydawać jako elektroniczne książki w płatnym dostępie? Kalkulator oszczędnego konsumenta, który mam zawsze przy sobie, i który uruchamiam, gdy istnieje możliwość zaoszczędzenia paru groszy, podpowiada, że niezbyt opłaca się zakup „Mojej osoby” w formacie mobi czy epub, skoro można zainwestować w długoterminowy lub miesięczny dostęp online do tych kilku „pozadwutygodnikowych” tekstów i mieć przy tym bombonierkę innych artykułów niejako gratis. Zdawałoby się, że za zakupem e-booka przemawia jednorazowość wydatku, bo jeśli pragniemy dożywotniego dostępu do tych dwóch esejów, trzeba będzie robić comiesięczny przelew przedłużający naszą czytelniczą wizę. Nic bardziej mylnego. Zalecam skopiować Najdera do Worda, zapisać w folderze „Moja osoba” obok artykułów capniętych z Dwutygodnika i najderowego bloga i mamy e-booka na miarę naszych możliwości. Trochę to partyzanckie, ale opłaca się. No i jeszcze można poczuć dreszczyk hakerskiej adrenaliny.

Skoro o adrenalinie mowa… Na koniec dajmy się ponieść sportowym emocjom, jakie zapewnia ring wydawniczy. Zwizualizujmy sobie błysk w oczach księgarzy, który pojawia się, gdy po miesiącach literackiej posuchy na rynek wydawniczy wchodzą wreszcie intelektualne koksy z drużyny Dwutygodnika. Pomyślmy o ściśniętych w boksach dm-ów i postów redaktorach oraz autorach, którzy łakną zasłużonego wypadu do pozacyfrowego stadionu księgarń, by móc na żywo zobaczyć, jak ich artykuły stają na równi z innymi agoropodobnymi propozycjami literackimi, poradnikami od wszystkiego i naciąganymi bestsellerami. Proszę sobie wyobrazić te emocje, kiedy miesiącami cyzelowane teksty nokautują wtórne propozycje czytelnicze konkurencji!

I teraz wchodzi on – Najder – czarny koń wydawnictwa Czarne. Jest gotowy do szturmu na portale rankingowe. Przetestował młot ripost na hejtach pod swoimi artykułami na Dwutygodniku, więc nic go nie zaskoczy. Jego sprawdzone wcześniej chwyty retoryczne, metafory i porównania jeszcze nie przeszły rdzą, więc może i w nowym kontekście sprawdzą się równie dobrze. Obstawiajmy zakłady.

 

Łukasz Najder, „Moja osoba. Eseje i przygody”
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2020

Last.fm jako źródło cierpień
13 sierpnia 2020

Last.fm jako źródło cierpień

W istocie słuchanie muzyki zostało tu poddane procesowi grywalizacji – tyle że to gra bez końca, bez zwycięstwa, z możliwością nieustannego zdobywania nowych poziomów: dziesięć tysięcy odtworzeń, sto tysięcy odtworzeń, tysiąc wykonawców w bibliotece, trzy tysiące wykonawców w bibliotece...

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny
10 sierpnia 2020

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny

Po zaznajomieniu się z filmografią Lee można uznać reżysera za mistrza metonimii. Wyselekcjonowane, reprezentatywne skrawki – wycięte z określonego miejsca i czasu motywy, wątki i postaci, przy jednoczesnym pominięciu tych nieinteresujących, z których skleja swoje historie, mają na celu przekazać konkretne doświadczenie...