02 kwietnia 2020
fot1
© 42/Netflix | źródło: IMDb.com

Do jednej bramki

Pierwszy w historii piłki nożnej mecz ligowy rozegrano w Anglii, 8 września 1888 roku. Ówczesna Football League składała się z dwunastu profesjonalnych klubów, czyli takich, które płaciły zawodnikom i czerpały zyski z meczów. To istotne, bo chociaż sam sport liczył sobie już dobrych kilka dekad, profesjonalizm w piłce był czymś relatywnie nowym, przyjętym przez kluby ledwie kilka lat przed przełomowym meczem. Do tamtego czasu piłka nożna uchodziła za narzędzie kształtujące charakter zarówno wśród bogatych, jak i biednych. Zarabianie na niej było poniżej godności sportowca – grało się dla prestiżu, a prawdziwą nagrodą była możliwość wyjścia na murawę. Wbrew temu, w co wierzyły ówczesne elity, każdy stosujący się do zasad w trakcie meczu mógł nazywać siebie dumnie „piłkarzem”.

Pierwsze oficjalne zasady zatwierdzono w Cambridge w 1848 roku. Kodyfikacja stała się podstawą ekspansji, same Cambridge Rules zaś bardzo odbiegały od współczesnych reguł, które muszą respektować Messi czy Ronaldo. Dopiero w 1862 roku nauczyciel John Charles Thring zaproponował rewolucyjne zmiany, takie jak zakaz kopania przeciwnika czy dotykania piłki ręką przez zawodników z pola. W 1870 roku pojawili się bramkarze, chociaż wtedy bramkarzem stawał się ten, kto akurat był najbliżej bramki. Jak można się domyślić, na boiskach panował chaos i nie było mowy o taktyce – jeśli już drużyny wychodziły ustawione w określony sposób, grały z jednym lub dwoma obrońcami, co jest nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach. Mimo panującego na murawie bałaganu coraz więcej osób lgnęło do tego dziwnego sportu. Zakładając ligę, Angielska Federacja Piłkarska wyszła naprzeciw oczekiwaniom stale rosnącej rzeszy kibiców, do tej pory karmionych jedynie okazyjnymi meczami towarzyskimi i pucharowymi. Cykliczność wpłynęła na postrzeganie futbolu w szerszych kategoriach, ustalony uprzednio terminarz pozwalał fanom na lepszą organizację czasu i obserwowanie większej liczby meczów o stawkę, zawodowstwo natomiast gwarantowało wysoki – jak na owe czasy – poziom samych spotkań.

W jakich bólach rodziła się profesjonalna piłka, pokazuje sześcioodcinkowy miniserial „Angielska gra”, za którym stoi wielokrotnie nagradzany scenarzysta, Julian Fellowes. Podobnie jak w jego najbardziej znanym serialu, „Downton Abbey”, tematem „Angielskiej gry” jest starcie tradycji z nowoczesnością. Tu także bohaterowie wywodzą się z różnych klas, tworząc przekrojowy obraz angielskiego społeczeństwa z minionej epoki. Bogaci i biedni spotykają się przede wszystkim na boiskach, gdzie ich rywalizacja – w końcu są członkami kapitalistycznego społeczeństwa, którego istotą jest walka – powinna być wyrównana. Boisko piłkarskie w swoim założeniu stanowi jedną z niewielu dozwolonych oaz egalitaryzmu. To tam po dziś dzień panuje bachtinowski karnawał, nawet jeśli różnica w klubowych budżetach pozwala wskazać zwycięzcę meczu jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego.

Z tego typu nierównym pojedynkiem mamy do czynienia na początku „Angielskiej gry”. Jest rok 1879 i oto pod postaciami dwóch drużyn, „szlachetnych” Old Etonians i „barbarzyńców” z Darwen F.C., stają naprzeciw siebie dwa podejścia do futbolu: konserwatywne i progresywne. Reprezentanci tego pierwszego chcą, by klubowa piłka pozostała sportem dla klasy wyższej, jak krykiet czy łowiectwo, drudzy – by stała się dostępna dla wszystkich. Old Etonians, jak sama nazwa wskazuje, to drużyna zrzeszająca byłych absolwentów Eton College – elitarnej szkoły dla chłopców. Kapitanem i jednym z czołowych działaczy Angielskiej Federacji Piłkarskiej jest Arthur Kinnaird (Edward Holcroft), przystojny arystokrata i pierwszy piłkarski celebryta. Poświęca on piłce każdą wolną chwilę kosztem kariery zawodowej i żony, Almy (Charlotte Hope). Alma nie jest odosobniona w byciu „tą drugą” – jak mówi prowadząca przytułek dla kobiet Lydia Cartwright (Kelly Price), żona prezesa Blackburn: „futbol z każdej z nas czyni wdowę”. W rzeczy samej, chociaż kobiecych postaci jest w serialu kilka, są tylko dopełnieniem mężczyzn żyjących futbolem oraz, co ważniejsze dla serialu, z futbolu.

Dotąd, w ramach racjonalnej rekreacji, pracodawcy wręcz nalegali, żeby robotnicy spędzali wolny czas na uprawianiu sportu, a nie łajdaczeniu się, dlatego też zakładali własne kluby piłkarskie, w których skład wchodzili pracownicy. Zorganizowane rozgrywki były jednak do końcówki lat 70. XIX wieku zarezerwowane dla najbogatszych. Kibicem piłkarskim mógł być każdy, ale piłkarzem klubowym, więc pośrednikiem, poprzez którego wiodła droga do świata boiskowej równości i moralności, trzeba było się urodzić. Prezes Darwen, James Walsh (Craig Parkinson) chce ukrócić piłkarski monopol dobrze urodzonych, sprowadza więc do małego miasteczka dwóch utalentowanych Szkotów, Fergusa Sutera (Kevin Guthrie) i Jimmy’ego Love’a (James Harkness). Jego drużynie, jako pierwszemu robotniczemu klubowi w historii, udaje się awansować do ćwierćfinału Pucharu Anglii. Ponieważ zarabianie na futbolu – a więc również powiązane z nim transfery – było wtedy zakazane, klubom niestosującym się do zasad grozi wykluczenie z rozgrywek. Niespodziewanym sojusznikiem Walsha w walce o zmiany staje się Kinnaird, dla dobra futbolu rozkruszający „piłkarski beton”, który pozostanie zjawiskiem aż za dobrze znanym współczesnym kibicom. W symbolicznej scenie młody lord żegna się z Pucharem Anglii – chociaż wbrew temu, co sugeruje serial, jego drużyna zdobyła go do tej pory tylko raz – bo wie, że jego ukochany sport niebawem nieodwracalnie się zmieni.

Motorem zmian jest Suter, od początku serialu przedstawiany jako heroiczny pionier, chociaż w rzeczywistości szlak przetarł Love, który pierwszy trafił do Darwen. Suter musiał sam pisać do klubu z prośbą o transfer. Ponieważ jednak okazał się lepszym graczem niż rodak, właśnie on jest pamiętany jako pierwszy zawodowy piłkarz. Główny bohater serialu przenosi się do Anglii po to, by zarabiając wystarczająco dużo, uratować matkę i siostry przed ojcem alkoholikiem. Z tego samego powodu później porzuca Darwen na rzecz lokalnego rywala, Blackburn, będącego fikcyjnym kompozytem dwóch klubów, Blackburn Olympic i Blackburn Rovers. Pieniądze pozwalają piłkarzowi ściągnąć rodzinę do siebie, chociaż historykom nic nie wiadomo o tym, by podczas transferu Suterem kierowało coś więcej niż chęć zysku. Faktem jest natomiast, że za samo odejście z Darwen otrzymał sto funtów, a przeciętna pensja pracownika przędzalni wynosiła wtedy dwa funty tygodniowo. Jest to dowód na to, że od początku piłka nożna i kapitalizm szły ramię w ramię, a wygórowane (zdaniem niektórych) zarobki sportowców nie są wymysłem współczesności.

Nie znaczy to jednak, że „Angielska gra” jest fantazją o tym, jak szlachetni robotnicy odebrali futbol arystokratom i uczynili go bardziej inkluzywnym. O rozkwicie piłki nożnej można mówić dopiero po tym, gdy na szeroką skalę aktywizować pracowników zaczęły zakłady pracy. Serial stawia na czele rewolucji prezesa Darwen, który jest także właścicielem lokalnej przędzalni. Jak zauważa Joe Kennedy w książce „Games Without Frontiers”, w relację prezesa klubu piłkarskiego z kibicami od początku wpisana jest wrogość, tożsama z antagonistyczną relacją między wytwórcami a tymi posiadającymi środki produkcji. Walsh powinien być zatem podwójnie znienawidzony, tymczasem to postać tak dobra, że aż nieprawdopodobna. Chociaż grający go Craig Ferguson wypada najlepiej ze wszystkich serialowych aktorów, przekonująco łącząc łagodność z pewnością siebie i z miejsca wzbudzając sympatię widza, trudno traktować Walsha jako kogoś więcej niż uosobienie pewnego ideału, a nie pełnoprawną postać. Gdy cech chce narzucić obniżki pensji, mężczyzna sprzeciwia się tej decyzji, z dumą mówiąc o swoim przywiązaniu do klasy pracującej. Z wyrozumiałością podchodzi do strajku własnych robotników, Fergusowi zaś wybacza zdradę, i nawołuje swoich kibiców do dopingowania Blackburn, przekonując, że triumf jednego klubu robotniczego to przecież triumf całej klasy pracującej.

Gdy w 2000 roku portugalski skrzydłowy Luis Figo opuścił FC Barcelonę na rzecz Realu Madryt, opisywano go jako zdrajcę i najemnika, a podczas meczu obydwu drużyn na murawę katalońskiego stadionu kibice wyrzucili głowę świni. Stało się to dwa lata (!) po transferze Figo. Mieszkańcy Darwen natomiast wychodzą na ulice, by razem nasłuchiwać wieści z finałowego starcia między znienawidzonym Blackburn i Old Etonians, chociaż rana po odejściu Sutera jest bardzo świeża. Triumf tych pierwszych świętują równie mocno, co zwycięstwo własnej drużyny. W świecie futbolu, gdzie powszechne jest gufare, kibicowanie aktualnym przeciwnikom największych rywali naszego klubu, tego typu scena wydaje się mało prawdopodobna.

Dla Fellowesa jednak triumf Blackburn jest tożsamy z przełomem w historii futbolu, czyni go nareszcie dyscypliną dla wszystkich. Pełnej demokratyzacji piłki nożnej, nawet na poziomie samego dostępu do widowisk, przeczą jednak choćby stale rosnące ceny biletów i kodowane transmisje. Pogląd, że kiedyś było lepiej, jest z kolei romantyzowaniem. Współczesny świat futbolu, oddalony od codzienności przeciętnego kibica, jest konsekwencją profesjonalizacji i globalizacji. Czym, poza kilkoma cyferkami, różni się przeprowadzka Sutera z Darwen do Blackburn od przejścia najdroższego piłkarza świata, Brazylijczyka Neymara, z Barcelony do Paris Saint-Germain za 222 miliony euro?

Czyniąc centralnym punktem historii transfer i adaptację Sutera do życia w Darwen, „Angielska gra” obnaża hipokryzję tych kibiców, którzy wynoszą tanią moralność ponad sukces. O ile jest pewna granica, której prezes klubu przekroczyć nie powinien – jak przeniesienie klubu do innego miasta (MK Dons) czy zmiana historycznych barw (Cardiff City) – o tyle astronomiczne kwoty wydawane na zawodników, jakkolwiek nierozsądne, mieszczą się w granicach normy. Prezesi Darwen i Blackburn rozumieją, że piłka nożna, obok wytchnienia od codzienności, jest także produktem, który musi być jak najlepszy, by zachęcić ludzi do przychodzenia na mecze. Pomimo najszczerszych chęci, nikt rozsądny nie zwiąże się emocjonalnie z klubem, który permanentnie przegrywa. Oczywiście niższe ligi mają swój urok, jak nieodparty – przekonał się każdy, kto choć raz był na meczu klasy B albo natrafił na świetny kanał YouTube Kartofliska. Należy jednak podkreślić, że są to rzeczy dla koneserów bądź przyjemne transgresje, a odbywające się na małych stadionach widowiska często trudno nazwać piłkarskimi.

Podobnie jest z meczami pokazywanymi w serialu, co jednak pozostaje w zgodności z tym, jak wyglądał ówczesny futbol – brak umiejętności gracze nadrabiają zaangażowaniem, szarpaniną i przepychankami. Dopiero gdy Suter uczy kolegów z drużyny gry z kontry i podań na dojście, mecze wyglądają znośnie, chociaż nie na tyle, by osoby cierpiące z powodu obecnej przerwy w rozgrywkach znalazły ukojenie w boiskowych scenach. Prezentacja samej piłki nożnej nie odbiega estetyką od reszty serialu – nie ma tu miejsca na subtelność i finezję, wszystko jest bardzo dosłowne. Gdy piłkarz ma zły dzień, posyła piłkę ponad bramką, akcentując swoją grą, jak bardzo źle mu idzie, a gdy postacie rozmawiają na tematy światopoglądowe, zawsze przedstawiają swoje stanowiska w pompatyczny i łopatologiczny sposób.

Celem twórcy serialu nie jest osiągnięcie efektu naturalności, lecz zrozumiała i czytelna opowieść o futbolu jako grze pełnej sprzeczności, jednocześnie elitarnej i inkluzyjnej, brutalnej i szlachetnej. To dyscyplina, w której na megakorporacje, takie jak Manchester United czy Real Madryt, przypadają kluby bardzo blisko związane z kibicami, jak Union Berlin czy FC St. Pauli. Jest tu miejsce dla niepoprawnych marzycieli i chłodnych biznesmenów, a związek między tymi dwiema stronami trudno traktować inaczej niż jako symbiotyczny. „Angielska gra” pokazuje, że choć współcześni piłkarze grają według innych zasad, a sportowo są w innej lidze niż piłkarscy pionierzy, antagonizmy były wpisane w futbol od jego początków, a sam sport od zawsze wyzwalał tak samo silne emocje i pobudzał do równie zdecydowanego ich wyrażania. Serialowi Fellowesa daleko do doskonałości, ale skutecznie przybliża fenomen piłki nożnej osobom, które patrzą z pogardą na ten pozornie nieskomplikowany sport.

 

„English Game”
twórca: Julian Fellowes
Netflix

My się znamy?
27 maja 2020

My się znamy?

Łona to zdecydowanie jeden najciekawszych piosenkowych publicystów naszych czasów, jednocześnie ktoś, kto w swojej opowieści o Polsce bywał niesłychanie naiwny.
Drukowanie internetu
26 maja 2020

Drukowanie internetu

Książkowe zbiory internetowych artykułów mnie nie nęcą, bo wydają mi się niepotrzebne, choć przyjmuję ewentualność, że nie wszystko trzeba kwitować kategorią użyteczności.