ilustracja_corona
fot. Unsplash.com

Czas zatrzasku. Próba zapisu

   

 

Paulina Skorupska, kulturoznawczyni

1.

Na samym początku pojawił się hasztag #zostańwdomu – nieznoszący sprzeciwu tryb rozkazujący. Postulat słuszny z perspektywy realności zagrożenia epidemicznego, a zarazem trudny do przyjęcia, gdy spróbujemy sobie wyobrazić, że w domu – uznanym za najbezpieczniejsze miejsce – część z nas została zamknięta z niebezpiecznym partnerem, niebezpiecznym rodzicem lub niebezpiecznymi myślami. Warto o tym pamiętać, zanim kolejny raz jednoznacznym, radykalnym hasłem i bezwzględnymi komentarzami na portalach społecznościowych odmówimy komuś prawa do spaceru albo do rozpaczy.

Z dnia na dzień wszystko stanęło na głowie. To, co dotychczas wydawało się warte starania i niezbędne dla zdrowia psychicznego, rozwoju i kreatywności – czyli utrzymywanie codziennych relacji społecznych, zostało, jak nigdy dotąd, ograniczone i uznane za zagrażające. Nagle nie pozwolono nam żyć najzwyklejszym życiem.

2.

W nowopowstałych na portalach społecznościowych grupach zebrało się mnóstwo ludzi, by oferować sobie wsparcie i organizować pomoc tym, którym trudniej było dostosować się z dnia na dzień do nowej rzeczywistości albo którzy są szczególnie narażeni. Natychmiast pojawiło się też sporo hejtu, który administratorki i administratorzy musieli usuwać. Oceniano, czy zgłaszana przez kogoś potrzeba jest wystarczająco podstawowa, by teraz właśnie pomagać ją zaspokoić. Od początku zaistniała jakaś nieznośna symetria dobra i zła – „medyków witamy i zapraszamy bez kolejki” albo „prosimy personel medyczny o powstrzymanie się od zakupów”. Lekarzom i pielęgniarkom bito brawo albo oblewano im drzwi farbą.

Zauważalny z dnia na dzień stał się dystans społeczny w przestrzeniach publicznych – nie tylko pod postacią fizycznej odległości, ale też w nagłym unikaniu spojrzeń; jakby wirus był przenoszony przez kontakt wzrokowy. Do tego doszło – często agresywne – upominanie osób, które niedostatecznie szybko opanowały nowe zasady, jeszcze nie przywykły do pojemników z płynem do dezynfekcji rąk przy sklepowych drzwiach, jeszcze nie zauważyły linii na podłogach i nie weszło im w nawyk zatrzymywanie się w odstępie dwóch metrów od innych osób stojących w kolejce. Niewybaczalne.

3.

Ruszyła lawina codziennych niecodziennych zdarzeń: policja nadająca przez megafon komunikaty „prosimy rozejść się do domów” w momencie, gdy nie obowiązywał zakaz poruszania się po ulicach; żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej pojawiający się w parkach; lasy zamknięte na podstawie paragrafu, który nie odnosi się do lasów; rekordowe liczby wypisywanych mandatów; plany przeprowadzenia wyborów.Równolegle do tego: czeka nas susza stulecia, czekają nas powodzie, czeka nas druga i trzecia fala zachorowań, płonie Biebrza, a szerszeń morderca dotarł do Europy i zabił pierwszego człowieka w Hiszpanii. W takim nagromadzeniu katastrof przypomina się stary tytuł Pawła Demirskiego: „Kiedy przyjdą podpalić dom, to się nie zdziw”.

4.

Zareagowałam lękiem: o siebie – bo pandemia zastała mnie w momencie, w którym potrzebowałam kontaktów z ludźmi bardziej niż czegokolwiek, a poza tym miałam kilka planów i projektów, które konieczność izolacji zniweczyła; o przyjaciół, którzy tracąc umowy o dzieło w czasie uniemożliwiającym realizację dzieł, znaleźli się w katastrofalnej sytuacji finansowej; o nas – co z nami zrobi życie w rzeczywistości, w której powtarza się nam, że drugi człowiek może nieść potencjalne, całkowicie niezauważalne zagrożenie?

Później przyszło jeszcze dojmujące, nieustające przez wiele tygodni poczucie winy, że nie sprostałam. Nagle wolnego czasu zrobiło się dużo więcej, a ja nie zrealizowałam planów. Nie przeczytałam kupionych książek; nie napisałam wszystkich zaległych tekstów; nie wymyśliłam projektów na najbliższy rok; nie nauczyłam się tego, czego nie umiem, a umieć bym chciała; nie zobaczyłam odłożonych na później filmów; nie odbyłam też wirtualnych spacerów po najsłynniejszych muzeach świata. Obejrzałam za to kilka fatalnych rejestracji dobrych przedstawień, by kolejny raz przypomnieć sobie, że teatr to żywa obecność ludzi we wspólnej przestrzeni i w tym tkwi jego sens. Nich już wróci.

5.

Codziennie rano budzi mnie dobiegający zza okna śpiew kosa i sygnał karetek. Ten drugi nie cichnie w nocy. Złe informacje przygnębiają. Czy czegoś trzeba nam teraz bardziej niż nadziei? Z drugiej strony zbyt jasne wizje przyszłości, gdy skonfrontuje się je z faktami, szybko obnażają swoją naiwność.

Nie mamy od kogo się nauczyć, bo nikt tego nie ma jeszcze za sobą – a chciałoby się móc zapytać, jak przetrwać i co będzie dalej.

Być może najlepsze, co możemy teraz robić, to próbować się w tym doświadczeniu spotkać, opowiadać sobie nawzajem, nie zamykać go w tak popularnych ostatnio narracjach o „czasie nam darowanym”.

16 maja 2020

 

 

Ula Kijak, reżyserka i aktywistka


Nie dałam rady1 napisać2 tego tekstu3. Ani na poniedziałek4, ani na środę5, ani na niedzielę6. Taki wstyd.

 

Przypisy:

1) Najpierw chciałam napisać o tym, że najgorsza jest świadomość, że wszyscy dają radę lepiej i szybciej, i bardziej. Ale to nieprawda – wiem, że większość z nas rady nie daje. Niektórym w kość dał sam początek: szok wywołany przez zawalone plany i niewypłacone pieniądze; błyskawiczne obliczenia i przeliczenia budżetu domowego na ilość jedzenia i internetu liczoną w dniach. Innych przygięły do ziemi samotność, niemożność bezpośredniego spotkania, brak dotyku, lęk w oczach napotkanych osób, sąsiedzi omijający się łukiem mierzącym dwa metry.

Inne osoby poddały się rozpaczy z powodu odwołanych wizyt lekarskich dziadków i chorych na coś przewlekłego przyjaciółek – potrzebujących pomocy, odsuniętych na dalszy plan w związku z priorytetem, jakim jest koronawirus. Jeszcze ktoś inny przepłakał niepoliczalne, nieodróżnialne od siebie dni i noce, bo nie mógł i nie może odwiedzić w szpitalu walczącego o życie ojca; a nawet gdyby miał znajomości (jak kolega z fejsa), to i tak by ich nie wykorzystał, bo nie dźwignąłby świadomości, że naraża już i tak narażonego. Niejedna ktosia teraz jest w ciąży, niejedna w zagrożonej, niejedna właśnie urodziła i były drobne komplikacje – i nikt, nikt, nikt nie może przyjść otrzeć jej łez bólu i upokorzenia wzmocnionych hormonami.

A dużo też jest osób, które nie płaczą i nie krzyczą, bo nie mogą dać po sobie poznać jak bardzo nie dają rady, bo to pociągnie za sobą kolejną przemoc fizyczną i psychiczną za zamkniętymi drzwiami domu, z którego nie wolno im było wyjść bez opiekuna-kata, bo nie mają jeszcze wystarczającej ilości przeżytych lat; więc tak sobie już wewnętrznie umarły po cichutku.

A jeszcze są ci, którzy stracili pracę, mając ukochanych na utrzymaniu i pod opieką. A jeszcze są te, które pod groźbą utraty pracy zgodziły się na niższe stawki i podwyższone limity godzin. A jeszcze są osoby, którym z racji pracy zdalnej szefostwo i koleżeństwo właśnie weszło przez Zooma z oczami do domu i zobaczyło to, co się ukrywało.

Wiem więc, że to moje złudzenie, że inni mają jogę w ogródku, chleb na zakwasie i pełne wzruszenia porządkowanie pamiątek ze strychu. Ale to złudzenie to część niedawania rady, część dusiołka na piersi, część paniki i samozawstydzania.

2) Najpierw chciałam napisać, że pisanie samo w sobie jest aktem poetyzującym to ekstremalne doświadczenie. Skoro mogę opisać coś, czego doświadczam, to znaczy, że zdołałam to sobie jakoś uporządkować. Chyba że moje pisanie jest aktem terapeutycznym – wtedy porządkowanie przebiega niejako wewnątrz pisania lub przynajmniej można mieć nadzieję, że przebiega. Ale jeśli nie ma we mnie tej nadziei? Jeśli od ponad dwóch miesięcy nie zdołałam uporządkować nawet czapek i szalików po zimie, której nie było? Pisanie nigdy nie było dla mnie czynnością ani łatwą, ani szybką. Potrzebna mi jest do niego izolacja (no przecież jesteś w środku izolacji!?!), ale taka izolacja od tego, co w domu, co na stole, co na podłodze (skup się! bo zaraz dziecko się obudzi i zapłacze i znów zgubisz myśl przewodnią!!!), potrzebna mi jest jakaś moc (trzeba po prostu wziąć się w garść i siąść, i zacząć!!!) i przekonanie, że mam coś ciekawego do powiedzenia (no ewidentnie nie masz nic do powiedzenia, skoro nie piszesz!!!). Wstydliwie więc sięgałam po dyktafon, żeby nagrać pourywane myśli, żeby je potem spisać i udawać, że to pióro lekkie mam, a nie nadmiar słów ze mnie wypływa przez usta. Nie dałam rady nawet wstydliwie nagrać na dyktafon.

3) A tekst ważny przecież. Ile można mulitiplikować tę narrację o braniu z pandemii tego, co najlepsze? I Paulina zaproponowała, pomyślała o mnie, zaprosiła. Czyli komuś przychodzi do głowy, że mogę, że umiem, że ciekawie dam radę. Czyli Paulina wierzy, że ze mnie wartościowego coś wypłynie. Czyli jak ją zawiodę, to będzie też osobisty, towarzyski zawód; tego się nie robi przyjaciółce. A ja nie daję rady. I ze wstydem przepraszam ją kolejny raz, że jeszcze nie, że próbuję, że obiecuję znów.

4) Bo nie zdążyliśmy przed pandemią znaleźć opiekunki dla syna. Bo ząbki, bo alergia, bo skok rozwojowy. Bo co chwilę zerkam, czy nie przegapiam, że właśnie nauczył się czegoś nowego, a ja tego nie widzę. Bo wszystkie wizyty neonatologiczne, kontrolne, bilansowe z powodu pandemii odwołane. Bo trzeba łapać każdą okazję, żeby dorobić – więc nocami, w czasie snu syna lub wtedy, gdy zajmuje się nim tata, ekspresowo wymuszam na sobie produktywność zarobkową i nie mam już potem siły na wypowiedź. Żadną. Wstyd.

5) Bo trzeba pisać kolejne apele, oświadczenia, odpowiedzi – walczyć związkowo, walczyć środowiskowo, uzmysławiać tragiczną sytuację wielu koleżanek i kolegów. Bo trzeba proponować rozwiązania władzom, negocjować z dyrektorami i dyrektorkami instytucji. Bo trzeba spotkać się na Zoomie i naradzić, jakie kroki podjąć w następnej kolejności. Bo ludzie złożyli wnioski o zapomogi i od wielu tygodni nie dostali odpowiedzi. Bo peron z krajem nam odjeżdża. Bo zniknęły podstawowe swobody obywatelskie. Bo moja wewnętrzna aktywistka wyrywa sobie z serca pazurami czas przeznaczony na prysznic i spojrzenie przez okno, i brudna i z mętnym wzrokiem rusza do walki o lepszy świat, żeby jej nie było wstyd, jak przypadkiem spojrzy w lustro.

6) Bo w końcu przyszedł kryzys psychiczny i spłynął po twarzy, i plecy zgarbił, i ramiona spiął. A przecież wstyd pisać z takiej perspektywy.

24 maja 2020

 

 

Maria Rumińska, muzyczka

 

Niechęć

Jedną z rzeczy, które zaobserwowałam u siebie podczas trwania tej dziwnej sytuacji, była większa niż zwykle niechęć. Do czytania analiz, grup, forów i oglądania challengów. Może to dlatego, że zaliczam się do osób, które potrzebują wsparcia i nie mam siły przeznaczać marnych resztek oparów energii życiowej na cokolwiek innego prócz oddychania.

Praca

Zajmuję się zawodowo muzyką. Podobnie jak mój mąż. „O rany, jakie wy macie szczęście – jesteście tacy niezależni i zwiedzacie razem świat!”. Tak to wygląda z zewnątrz; w praktyce jest zgoła inaczej. Ale umiemy to, lubimy i nie narzekamy. W każdym razie gdy nastał „czas zatrzasku” (jak to nazywam), rozgrywały się kluczowe momenty i nie ukrywam – gorszej chwili na kataklizm chyba nie mogło być. Ciekawe, jak wielu z nas tak ma.

Zombie w depresji

Mam mózg, który niechętnie zwalnia procesy analityczne, co czyni moje tkwienie w domu osobliwą udręką. Mieszkamy na parterze. Mamy pancerne żaluzje, bo ileś lat temu przez okno wrzucono nam do salonu kamień. Bałam się więc teraz apokalipsy jak z „The Walking Dead”, w którym bardziej przerażają ludzie niż umarlaki. Miewam też momenty, że czuję się w tej sytuacji dziwnie znajomo, jakby epizody depresyjne z przeszłości były pierwszym treningiem umiejętności zapadania się w siebie. Jakby przygotowały mnie do całej tej trwającej, z duszną konsekwencją, suity.

Pauza

Moja grupa zawodowa straciła wszystkie źródła dochodu w pierwszym rzucie. Doroczna trasa zespołu, gościnne koncerty, nagrania, kooperacje – wszystko wymazane w kilka godzin. W momencie, kiedy spora grupa ludzi dopiero zaczynała łapać się za głowy, ja już dawno tkwiłam w dołku i zastanawiałam się, czy istnieje dla mnie jakiś inny zawód niż ten, który uprawiam całe życie.

Start

„Czas zatrzasku” to jednak wyjątkowa sytuacja. Internet się przytkał. Rzuciliśmy się na filmy i gry niczym na bajki w dzieciństwie. I do social mediów. Pewnego dnia zauważyłam, że nie nadążam za poradami – jak się relaksować, korzystać z czasu z rodziną, rozwijać pozytywne postrzeganie. W social mediach każdy sobie dobrał stadko. Spiskowe, dowcipne czy remontujące przedpokój. I wszędzie wkrótce napuchły gniew i irytacja. I w tym wszystkim ja – realnie walcząca z końcem świata. Najpierw nasza trzynastolatka zachorowała na ospę wietrzną. Zdrowienie trwało do momentu, gdy powróciły kosmiczne obowiązki zdalnej edukacji. Ta sama szkoła, która do niedawna kulała z wysyłaniem powiadomień internetem, nagle miała korzystać wyłącznie z relacji: nauczyciel – narzędzie szatana – uczeń. Bardzo to było groteskowe. W międzyczasie zaczęłam się poważnie obawiać, że wkrótce odłączą nam internet. Szybko przekalkulowałam, że stanie się to po końcu roku szkolnego.

O edukacji zdalnej pewnie powstanie tyle samo artykułów, co analiz o przemocy w czasie obowiązkowych pobytów w domach. Aż boję się o tym myśleć. O tych wszystkich dzieciach, matkach, żonach. Potem zdaję sobie sprawę, że trzeba mieć świadomość. Aż w końcu opadam z sił do reszty.

Równolegle na szczeblu państwowym zaczęła się dziwna batalia o „unieważnienie z powodu nieodbycia” korespondencyjno-fizycznych zjawisk; a ja w tym czasie zupełnie przestałam widzieć sens pracy nad techniką gry na instrumencie.

Dom

Bojler z gorącą wodą wiszący w łazience uznał, że cała ta kwarantanna nie jest dla niego i skończył ze sobą. W nocy i po cichu. Zrobił to równie niewdzięcznie, jak nastąpił rozpad wolnych sądów i mediów, zalewając piwnicę sąsiadki, a nam wciskając ciecz pod panele podłogowe w kuchni. Po ich demontażu odkryliśmy lastryko. Ktoś nam powiedział, że „ta moda wraca”. Tylko szyderczo zarechotaliśmy. Zrezygnowaliśmy z grzania wody prądem. Pan podłączył nam instalację z pieca gazowego w kuchni. Na ścianach zawisły brzydkie, białe rurki doprowadzające, które właśnie ja – Matejko pandemii – zamalowałam miedzianą farbą akrylową, czyniąc kuchnię jeszcze bardziej hipsterską. Przegięcie urodzaju.

Feta końcowa

Zdawało się przez chwilę, że możemy po prostu żyć pandemiczną codziennością: robić dalej zakupy dziadkom, wpadać w stres i depresję – ale niestety.

Nie wiemy, co to było. Może ukąszenie, może coś innego. Na trzy dni przed moimi urodzinami mąż doznał szoku anafilaktycznego. Spuchła mu czaszka jak arbuz. Pewnie skończyło się szczęśliwie tylko dlatego, że mamy leki antyhistaminowe w domu. Baliśmy się zadzwonić po szpitalną pomoc (brawo my). Wiem jednak, dlaczego: bo nigdy nie było to wskazane rozwiązanie, a teraz tym bardziej – kiedy wszyscy robią challenge, żeby lekarze mogli w ogóle pracować, brakuje maseczek, brakuje wolontariuszy, brakuje miejsc; lepiej im nie dokładać, bo przecież się narażają, lepiej w ogóle unikać spotkań z lekarzami i nie chodzić do szpitali, bo przecież tam tym bardziej można się zarazić. I nie wiadomo, czy się nie umrze, bo wskaźniki z jednej strony są większe, a z drugiej wciąż maleją; ale to nie te wskaźniki. I świat już nie wie, czy Szwecja faktycznie zrobiła dobrze, czy źle; czy skutki depresji nie są gorsze od faktycznego zagrożenia zachorowaniem, które przypomina grypę, ale nią nie jest… W każdym razie lepiej nie wystawiać się na zbędne ryzyko i pozostać w domu. Obserwowaliśmy więc, jak mężowi głowa puchnie.

Chcę, żeby już było normalnie. Ciekawe, czy pamiętam, co oznacza „normalnie”. Czy poznam, gdy coś takiego wróci, skoro nie wiem, czy było w ogóle?

26 maja 2020

 

 

Kora Gałązka, pracownica kultury

 

Od ponad dwóch miesięcy siedzę w domu. Czuję rzeczy, których nie powinnam czuć i nie robię rzeczy, które powinnam robić. Uzbierała mi się już całkiem pokaźna sterta niespełnionych powinności, które objawiają się też trudnym do przełknięcia poczuciem winy.

Staram się umiejscowić w czasie moment, w którym izolacja z walki z wirusem przeistoczyła się w walkę z własną głową. Byłam już w tym miejscu! Wszystko wygląda bardzo znajomo. Cztery ściany, unikanie ludzi, szukanie za wszelką cenę dystraktorów, żeby tylko nie przebywać za długo w towarzystwie własnych myśli. Tylko że ja już nie chcę w ten sposób. Gdzieś po drodze polubiłam życie na zewnątrz. Spotkania z przyjaciółmi, robienie rzeczy, kawę na mieście, kino. Czuję, jakby jakaś wielka łapa losu chwyciła mnie delikatnie w dwa paluszki i przestawiła do mojego życia dwa lata temu. Poklepała po plecach i powiedziała: there, tere, you stay here (proszę o przeczytanie tego z tatusiowym, brytyjskim akcentem).

Tak, jest mi ciężko. I ten ciężar to pierwsza rzecz, którą czuję, choć nie powinnam. Bo jak wygląda moja sytuacja z zewnętrznego punktu widzenia? Siedzę w ogromnym, wygodnym domu z ogrodem. Z ludźmi, których lubię. Z kotem, który zawsze potrafi poprawić mi humor. Mam partnera, który jest dla mnie oparciem. Jestem zdrowa i bezpieczna. Moi bliscy są zdrowi i bezpieczni. Nie chodzę do pracy, ale moje zarobki się nie zmieniły, dostaję cały czas taką samą pensję. Mam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby je ze znudzenia wydawać na pierdoły, ekologiczne mydełka i książki, których nie czytam, bo brakuje mi cierpliwości. W dodatku przez dwie godziny tygodniowo wylewam mojej terapeutce wszystkie frustracje minionego tygodnia. Jaki ty ciężar możesz czuć, Kora? – pytam sama siebie. Ale czuję. „Co zrobisz? Nic nie zrobisz, buta nie zjesz” – jak mawiała moja koleżanka ze studiów.

Nie jest więc łatwo tak się nad sobą poużalać, kiedy fakty mówią, że powinno ci być całkiem miło. Jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy czuję się dobrze. Kiedy jest mi wesoło, słucham muzyki, układając puzzle, bawię się z kotem w ogrodzie, oglądam pół dnia seriale i korzystam z wolnego czasu. Korzystam z wolnego czasu! Co, urlop?! Świat się sypie, gospodarka się wali, ludzie umierają, tracą pracę, tracą mieszkania! Dzieci siedzą zamknięte w domach; i równolegle słyszymy, że wzrasta przemoc domowa! A ty, Kora, korzystasz z czasu wolnego! Brawo ty.

Czy ktoś wie, co powinno się czuć w czasie pandemii? Jeśli tak – poproszę jakiś emocjonalny przewodnik po kryzysie, który jakby mnie dotyczy, ale też jakby nie.

Facebook, Instagram i TikTok stały się moimi głównymi źródłami informacji o świecie. Długo myślałam, że jestem ponad tym ohydnym (tfu) trendem, według którego należy czas zamknięcia w domu przekuć w coś pożytecznego. To wspaniała okazja, żeby zdobyć nowe umiejętności! Czas spuścić swoją kreatywność ze smyczy! Widzę na fejsbukach, jak moi przyjaciele nagle zaczynają malować jak cholerny Picasso. Trzaskają akcje, performanse, nagrywają filmy; tworzą! Ja tymczasem angażuję się w challenge: jak długo uda mi się codziennie jeść to samo na śniadanie? Ile odcinków „The Big Bang Theory” potrafię obejrzeć bez pójścia siku. Ile zdjęć kota mogę wstawić, zanim ktoś mnie zgłosi jako spam? Halo, tu poczucie winy. Dawno mnie tu nie było, ale widzę, że nic się nie zmieniło. Siedzisz na tyłku, a twoje życie jest tak ekscytujące jak wzór na pole trójkąta. Kreatywność gdzieś tu przecież była, chowa się pewnie. Energia w maseczce wyszła po mleko, Chęć-Do-Działania pobiegła za nią. Wczoraj dostałam od nich list z Ameryki, że już nie wracają.

24 maja 2020

 

 

Karolina Kucharczyk, polonistka

 

Nie upiekłam bananowego chleba,
nie nauczyłam się hiszpańskiego,
nie, lektur też nie nadrobiłam,
nie, to nie jest TEN czas,
nie, nie wysypiam się,
nie śpię.

 

Reakcję na pandemię w Polsce początkowo odebrałam jako niepotrzebną histerię. Swój pogląd zweryfikowałam dopiero po obejrzeniu dramatycznych obrazów napływających z całego świata – zdjęć wojskowych ciężarówek wywożących ciała z jednego z najpiękniejszych włoskich miast i hiszpańskiego lodowiska przerobionego na kostnicę.

Jednocześnie media społecznościowe pękały w szwach od doskonałych rad i pomysłów na przeżycie kwarantanny. Bo to przecież czas niezwykły, czas na refleksję i przemianę. Internet mówił: „Zobacz, ile jest przepisów na ciasta z fasoli i wegański smalczyk”; „Możesz uprawiać jogę, czytać książki i poznawać języki”; „Inteligentni ludzie się nie nudzą.”

Pierwszego dnia chciałam wybrać się jeszcze do kina – nie na jeden, ale od razu na dwa filmy, bo przecież zaraz te kina mogą zamknąć. I zamknęli. Dobra, trudno, obejrzymy w domu. W takim razie czas na mobilizację i zrobienie zakupów – trzeba kupić jedzenie i środki do dezynfekcji; kilka opakowań najlepiej, dla innych też. W ten sposób jakoś zabezpieczę się na czas niewychodzenia. A potem coś włączę, obejrzę, poczytam, popiszę…

Co się stało później? Siedzenie w domu przypominało koszmary z dzieciństwa: przeziębiłaś się, nie odrobiłaś lekcji, odpyskowałaś czy cokolwiek innego – nigdzie nie wychodzisz. Wmawianie mi teraz, że mogę w tym czasie zrobić naprawdę dużo, pogłębia poczucie totalnej bezsilności, którą trudno w jakikolwiek sposób przezwyciężyć. Czy powinnam udawać, że dla mnie to doskonały czas na samorozwój? Nie mam ochoty.

Domowa kwarantanna zastała mnie w momencie względnie dobrego samopoczucia, ale od razu zdałam sobie sprawę, że siedzenie w domu nie wpłynie na mnie pozytywnie. Perspektywa była przecież zupełnie niesprecyzowana; zawieszony czas mógł zaoferować wiele nowego i złego. Były też wokół osoby, które z dnia na dzień straciły pracę albo zostały zamknięte w domu bez możliwości kontaktu z innymi ludźmi.

Co pomoże o trzeciej nad ranem, gdy żaden Zoom nie działa, hydroksyzyna przestała znieczulać, a alkohol już wywietrzał? Co ukoi tych przeżywających załamanie i zmagających się z prywatnymi demonami? Wiele osób nie może liczyć na wsparcie bliskich, a wszelkie upadki, których jest w tym czasie znacznie więcej niż wzlotów, muszą znosić w przerażającej samotności. Czasem nawet najlepsi znajomi – jeżeli w ogóle tacy są – nie dźwigają naszych codziennych dramatów i łez. Na to raczej nie pomogą wypieki ani nawet kurs zaawansowanej medytacji. Powoli następuje koniec świata, jaki wszyscy znamy, a konfrontacja z tą zmianą może wyrządzić nam wiele szkód. Być może nie wszystkie da się naprawić.

Wczoraj spacerowałam ulicami i zastanawiałam się, czy stanęłam na wysokości zadania, pisząc ten krótki tekst. W pewnym momencie zorientowałam się, że rozmyślam już bardzo długo i zirytowana energicznie machnęłam ręką do swoich obaw. Zauważyła to jakaś starsza kobieta wyglądająca przez okno i krzyknęła do mnie: „I bardzo dobrze! Nie ma co się przejmować!”

4 czerwca 2020

 

 

Aleksandra Jakubczak, reżyserka

 

Warszawa, 31 maja 2020 roku. Napisanie tego tekstu okazuje się dla mnie wyjątkowo trudne. Próbuję zebrać myśli już prawie dwa tygodnie; nie wyłania się z tych prób jednak żaden jasny przekaz, spójny tekst. Brak skupienia, rozproszone myśli, zwątpienia. I być może to właśnie najszczerszy i najbardziej symptomatyczny stan po ponad dwóch miesiącach życia w pandemii.

A przecież tyle się wydarzyło.

Przerwane próby do spektaklu, na którego realizację tak długo czekałam. Przymusowy powrót do Warszawy. Przyjaciółki ratujące mnie, bo nie mam swojego mieszkania. Fale spokoju i akceptacji, a zaraz po nich napady lęku i paniki. Bo wirus. Bo zagrożenie. Bo zamknięte granice i nie ma dokąd uciec. Bo nie będzie za co żyć. Bezsenność. Pozorowanie życia online. Raczej nie oglądam, nie uczestniczę, nie spotykam się. Przychodzi presja, że trzeba wymyślić siebie na nowo, przetłumaczyć siebie i swoją pracę na język Internetu. Bunt:nie chcę tak. Dużo wsparcia od przyjaciół, od teatralnych koleżanek i kolegów. Znowu nadzieja, że razem możemy przygotować i wywalczyć lepsze warunki tego, co teraz i tego, co po. Jeżeli jest przyszłość, to tylko we współpracy. Uczę się myśleć inaczej niż dotąd. Precyzyjniej nazywać to, co nie działało. Dookreślać wizje możliwych rozwiązań. Potem znowu zniechęcenie. Tak trudno ocenić skuteczność działań, gdy doświadczam wszystkiego jedynie poprzez ekran.

Przychodzi moment, gdy dynamika mojego świata zaczyna znowu kłócić się z tym, co na zewnątrz. Nowa normalność. Wielkie odmrażanie. A teraz to już chyba właściwie „koniec” epidemii.

Z czym zostaję?

Nie chcę być popędzana. Do powrotu do teatru, do życia „na zewnątrz”. Do realizowania za wszelką cenę planów sprzed pandemii. Do nadrabiania „straconego czasu”. Chcę czasu na namysł, przestrzeni na przeżycie tej sytuacji i możliwości zareagowania na nią z pozycji tego, co jest, a nie tego, co było. Na przeżycie straty i zdefiniowania na nowo, czym jest dla mnie bezpieczeństwo, jakiego potrzebuję w tym czasie niestabilności i dezorientacji. Możliwe, że nie da się już tych starych planów zrealizować, żyć i pracować jak wcześniej. Zwłaszcza że to „wcześniej” dla wielu było bardzo trudne już przed kryzysem pandemii. Możliwe, że jeszcze przez jakiś czas będziemy zmuszeni pozostawać w miejscu, robić tylko to, co jest niezbędne, co robić można, nie robić nic.

Nie chcę już pozwalać wmawiać sobie, że jedynym godnym szacunku i uwagi sposobem tworzenia są stawanie do wyścigu, rywalizacja i wkupywanie się w łaski tych, którzy będąc na pozycjach władzy, roszczą sobie prawo do nadawania lub odbierania mi i mojej pracy wartości. Sytuacja pandemii pokazała wyraźniej niż kiedykolwiek, jak pozorna była do tej pory solidarność instytucji kultury z artystkami i artystami. W pierwszym odruchu rzuciliście się do walki o widzialność w internecie i rywalizacji o najlepszy repertuar online, zupełnie pomijając przy tym tych, którzy te repertuary w waszych instytucjach stworzyli.

Chcę nauczyć się w praktyce troski i solidarności. Dzielić się i wymieniać zasobami, także wtedy, gdy oznacza to rezygnację z pełni wygód czy przywilejów. I naprawdę wytrwać w tym.

Chcę zabawy.

Z wami.

In vagina veritas
29 września 2020

In vagina veritas

Wystawa skłania do pytania: Unde terror? Ale kilka sugestii, pomysłów, hipotez ekspozycja podsuwa. […] Wystawa nakłania zatem do ukontekstowienia strachu, do szukania konkretnej historycznej i społecznej sytuacji, w której ktoś kogoś zastrasza, a także do śledzenia transakcji, w ramach których społeczny strach zostanie przekształcony w inną emocję...

Postać, potańczyć i skończyć
25 września 2020

Postać, potańczyć i skończyć

Wydaje się, że to materiał na spektakl-samograj; wystarczy sprawna obsada, a reszta się obroni. Tym większy zawód sprawiają reżyserska niekonsekwencja i rwane tempo, w którym na scenie Teatru Nowego w Poznaniu rozgrywa się „Matka”...