JZ_z_psem_na www
fot. archiwum prywatne

Ćwiczenia z niebycia

Rozmowa Krzysztofa Hoffmanna z Joanną Żabnicką, nominowaną do Nagrody-Stypendium im. Stanisława Barańczaka

 

 

Krzysztof Hoffmann: Notę biograficzną w debiutanckim tomie „Ogrodnicy z Marly” wieńczyło zdanie „Lubi zmyślać”. W „Końcu lata” nominowanym do Stypendium Barańczaka w ramach Poznańskiej Nagrody Literackiej ostatnie zdanie notki brzmi „Nie ma szczęścia w grach losowych”. Przestałaś zmyślać?

Joanna Żabnicka: Zmyślam tylko trochę. Myślę, że po rozmiarach tomiku widać, że te zmyślenia są bardziej zwięzłe.

 

Sprawdźmy. Jakie dźwięki wydaje przypis?

[śmiech] Przede wszystkim szczeka. Wyje. I domaga się uwagi.

 

Pytam, chociaż oboje wiemy, że to nie zmyślenie, ponieważ opiekujesz się psem, który wabi się Przypis.

Tak, to berneńczyk, więc jest dużym i głośnym Przypisem. Myślę, że każdy powinien mieć jakieś zwierzę, bo ono ostatecznie uczłowiecza. A imię psa jest nieprzypadkowe, ponieważ od zawsze miałam słabość do przypisów, zwłaszcza do ich pisania. W moich wierszach, tych jeszcze niepublikowanych, jest sporo o psie.

 

A pozwoliłabyś, aby któryś z nich towarzyszył wywiadowi?

W sumie czemu nie?

 

Zostawmy zatem te kwestie dla wiersza. Ale czy my jesteśmy zmyśleni?

Mamy coraz więcej okoliczności do tego, aby być zmyśleni. Pandemia nas w pewnym sensie zanonimizowała, dała pole do popisu. Fakt, że życie przesunęło się do internetu, sprzyja, aby wymyślać siebie, autokreować. A w ogólniejszym sensie, jeśli jesteśmy zmyśleni to i tak nie mamy dostępu do tej wiedzy. Chociaż fajnie byłoby, gdyby ktoś nas wymyślił, gdyby ktoś z dalszego planu zaprzątał sobie nami głowę.

 

A szczęście w grach na co ci potrzebne?

No wiesz… w gry losowe raczej się gra po to, aby wygrać, prawda? Jeśli o mnie chodzi, już samo przeświadczenie, że nie mam w nich szczęścia, niweluje we mnie element napięcia. Bardzo cenię sobie spokój. To zdanie jest gestem…

 

[zapasowy sprzęt nagrywający rozmowę samoczynnie się wyłącza i kasuje to, co do tej pory zarejestrował; dłuższa chwila zmagań z elektroniką]

 

Przepraszam. Wolałem to naprawić. Pewnie jest jakieś prawo Murphy’ego, że jak nie ma jednego nagrania, to zaraz i drugie zniknie. Jesteś przesądna?

Nie, ale zawsze wolę być ubezpieczona.

 

…zanim pojawiło się zakłócenie, rozmawialiśmy o spokoju.

Spokój ma właściwie to do siebie, że zauważa się go dopiero, gdy zostanie zakłócony. W sumie chciałam powiedzieć, że to niekoniecznie jest superpozytywna wartość sama w sobie. Czasem to po prostu brak odbioru negatywnych rzeczy, komunikatów.

 

Jakaś turbulencja w spokojnych przygotowaniach do naszej rozmowy pojawiła się, gdy zdałem sobie sprawę, że będziemy rozmawiać po końcu lata o „Końcu lata”.

Ale to raczej dla mnie nieistotne. Oczywiście możemy zacząć się tym bawić, ale książka miała premierę wiosną, decorum czasowe nie zostało zachowane.

 

Sam upływ czasu ma dla ciebie jednak niewątpliwie znaczenie, chociaż wydaje mi się, że jego cykliczność (lato zawsze powraca) już mniejsze. Dobrze tropię?

Chyba tak. Można poszukiwać cykliczności w powtarzalności procesów przemijania, ale ważniejszy w tej książce jest nastrój, stan, to, co się odnosi do tu i teraz. Pod tym względem tom faktycznie nie wybiega w przyszłość w oczekiwaniu na przyjście kolejnego cyklu. To są notatki bieżące, obserwacje z ułamka sekundy.

 

Wspomniałaś jednak, że książka jest krótsza. Tom „Ogrodnicy z Marly”, nominowany do Silesiusa, zawierał czterdzieści cztery wiersze i z tej liczby właściwie nie trzeba się tłumaczyć.

Czterdzieści cztery wiersze to zupełny przypadek. Śmiałam się przy premierze z tego w duchu, bo miałam nadzieję, że ktoś się na tę „znaczącą” liczbę natnie. Ale prawda jest taka, chociaż nie wiadomo, czy właśnie nie zmyślam, że w trakcie redakcji część wierszy wypadła i tyle zostało.

 

Ale „Koniec lata” to już 25 oszczędniejszych, krótszych wierszy – skąd ta redukcja?

Książka była już napisana kiedy pracowałam nad „Ogrodnikami z Marly”. Gdy usiadłam do wierszy z drugiej książki, to miałam poczucie, że są potwornie przegadane, że rodzi się we mnie potrzeba zwięzłej formy. Przeprowadziłam autotest, aby dowiedzieć się, o co w tych wierszach chodzi, starałam się wyjść poza zasygnalizowany w tekstach moment. Przy pisaniu staram się raczej, aby te kawałki same przychodziły, abym ich nie konstruowała. To na przykład fragmenty zasłyszane albo wręcz niedosłyszane w tramwaju. Odchudzenie tomu stanowi efekt postępów w pracy poetyckiej i irytacji na codzienny słowotok.

 

Podsłyszane rozmowy – wiersz „Wiatrak miele, co mu wiatr na skrzydła przyniesie”, jeden z najkrótszych, brzmi tak: „Przywiało skądś strzęp rozmowy: «Gdzie / byłeś?» Tak jakby było gdzie”. Tak jakby było gdzie „być:, to znaczy nie można być „gdzieś”, bo jest się tu, gdzie się jest i wówczas nie ma owego „gdzie”, tylko „tu”. Ale więcej: „gdzie” nie ma, ponieważ jest w czasie przeszłym „byłeś”. W tej chwili ktoś jest w danym miejscu tylko w swej efemeryczności, ale zaraz znów go nie będzie. Czy moje pierwsze intuicje, mój test, pokrywają się jakoś z twoim autotestem?

Może trochę. O pewnego rodzaju efemeryczność mi chodziło. Być może wtedy doszłam do takiego wniosku, ale teraz do końca nie jestem pewna [śmiech].

Zrobię przypis, skoro o nich też rozmawiamy. Jeśli dobrze przypominam sobie okoliczności, w jakich ten tekst powstał, to było to podczas warsztatów dramatopisarskich w Warszawie. Każdy z grupy miał za zadanie napisać krótką scenkę. Jedna z uczestniczek napisała fragment o dwóch rolnikach. Jeden postawił wiatrak produkujący energię, a drugi hodował gęsi. Ptaki zaczęły wpadać w wiatrak, więc hodowca chciał rekompensaty. To była sytuacja wyjściowa, ale zaczęliśmy w niej grzebać. Prowadzący zasugerował, żebyśmy skomplikowali sytuację i zastanowili się, co by się stało, gdyby ten od gęsi przyszedł do tego od wiatraka, gdy jeszcze nie miał ptaków. Taka była inspiracja.

Odeszłam od tematu, ale właśnie na tych warsztatach zaczęły się moje poważniejsze eksperymenty na przemijalności. Od najprostszej sytuacji: ja jestem, on jest, my jesteśmy – ale jakie mamy na to dowody? W debiucie chyba można też znaleźć podobne przesłanki.

 

W pierwszym tomie „Proszę pani, proszę pani! W ogrodzie jest wąż! / Mój mały, co mam odpowiedzieć – że nie ma / węża czy że ciebie”. W drugiej książce podobny gest, ale wyraźniejszy: „obecność wymyka się / jak gibki kelner z nieistniejącej kawiarni”.

Zgadza się.

 

W duchu redukcji pomóżmy jakoś czytelnikom. Oto lista 10 rzeczowników: oniryzm, migawkowość, melancholia, kruchość, porażka, miniatura, kondensacja, intymność, wyobraźnia i empatia. Które z nich nie pasują do twoich wierszy?

[bez chwili zastanowienia] Porażka. To jest kategoria, która zakłada jakąś… konkursowość, coś, co w pewnym zakresie jest zależne od nas, o co się staramy. To w ogóle nie jest temat tej książki. Czym w ogóle jest niepowodzenie? Że czegoś nie ma, że nie przetrwało? Może to jest sukces w ćwiczeniach w niebyciu?

Niechętnie myślę też o oniryczności. Rozumiem: mało konkretna sceneria, brak wyraźnego przebiegu fabularnego, ale w „Końcu lata” ten aspekt nie ma przewagi nad tym, co się mówi, bo mocniejsze jest słowo. To określenie mnie jakoś drażni. Od pierwszych wierszy słyszę, że sporo w nich oniryzmu, ale to niewiele wyjaśnia – jak próbujesz powiedzieć, że coś jest oniryczne, to właściwie nie powiedziałeś nic. Czemu może służyć? Tak jak porażka jest zbyt konkretna, tak oniryczność sama w sobie niewiele określa, to pojęcie-worek.

 

Oniryczność wziąłem z recepcji twojej twórczości – zgoda. Mówiąc o porażce, chodziło mi o możliwe wartościowania egzystencjalnego doświadczenia przemijalności. Może to być na przykład zgoda na porażkę, ćwiczenia w niebyciu wyjaśniają więcej.

Zgoda. Powiem jeszcze, że pasuje mi migawkowość – w „Końcu lata” jest pewnym konceptem na przedstawianie rzeczywistości. O tym mówiliśmy: tu, teraz, na chwilę. I siup. I następne, zmiana kadru.

 

Ćwiczenia w niebyciu dotykają w tym tomie również zwierzęta. Jakby w jakimś szczególnym wymiarze. One są w nich współuczestniczącymi. To dobre intuicje?

Wydaje mi się, że tak. One są również częściowo obiektem obserwacji. Żyją krócej. Częściej człowiek jest świadkiem śmierci zwierząt niż odwrotnie. Projekty zwierzęce są obliczone na krótszy dystans. Ale czekaj… czy w ogóle w tym tomie jakieś zwierzę umiera?

 

O ile pamiętam, to nie. Podpytywałem raczej o owo współćwiczenie.

A, to tak. W książce pojawia figura bociana, który jest niebytny jakby podwójnie, po pierwsze – podlega degradacji biologicznej, a po drugie – raz jest na tym kontynencie, raz na innym. Tu się zgadzam.

 

To jeszcze o innym przypisie: w tomie przywołujesz jedną książkę. To „Gramatyka i mistyka” Jacka Kopcińskiego. Nie jest to jednak filozoficzny traktat o niewyrażalnym, jak mógłby sugerować tytuł, a monografia na temat teatralnej działalności Białoszewskiego. Kto jeszcze, obok Białoszewskiego, jest ci bliski?

Na początku, kiedy jeszcze nic nie było publikowane, bardzo mnie nęciły mechanizmy językowe, które on uskuteczniał, zwłaszcza w teatrze. Jak pokazać dramaty Białoszewskiego, to wielka zagwozdka. W czasach licealnych było mi blisko do niego. Dzisiaj już nie tak bardzo.

Od Andrzeja Niewiadomskiego nauczyłam się przerzutni. Czytanie jego poezji od strony formalnej sporo mi dało. Zresztą nie tylko to. Nie wiem, na co się przekłada to, że lubię czytać Justynę Bargielską. To dla mnie poetka, która się wyzbyła zadęcia, która bardzo swobodnie wprowadza do poezji humor. Wywiady z nią też są świetne.

 

Co mi polecisz do lektury na jesień, po „Końcu lata”?

W tej chwili kończę „Kult” Orbitowskiego. Ta książka jest tak ładnie gadana, że się jej wierzy. O rzeczach, które ktoś widział, ale nie wiadomo, czy były.

Dla zupełnej rozrywki wspaniała seria książek Alana Bradleya dla młodzieży o Flawii de Luce. To bardzo relaksująca, bo świetnie napisana, pełna humoru, seria o jedenastoletniej dziewczynce, która jest złotym dzieckiem chemii i rozwiązuje różne zagadki kryminalne dotyczące przestępstw wydarzających się zawsze w pobliżu jej miejsca zamieszkania.

Tyle przychodzi mi do głowy. Myślałam, że jak będę miała trochę czasu wolnego, bo przyszła pandemia, to zacznę przerzucać niesamowite sterty książek, ale zadziałało to zupełnie odwrotnie.

 

Lockdown jako shutdown. Miałaś na to receptę?

Od dwóch lat intensywnie zajmuję się ogrodnictwem (prawie rolnictwem!) balkonowym. W czasie lockdownu szalałam [śmiech]. Wszyscy wtedy zaczęli remontować i wyrzucać najróżniejsze rzeczy z mieszkań, a ja znalezione na śmietnikach szuflady zamieniałam w doniczki. Na trzymetrowym balkonie Przypis już się nie zmieści.

 

To był też okres ciszy. Skomentujesz „Twoje milczenie było skonstruowane: / nie wiesz, że jest twoje”?

 

 


 

Ktoś musi to przecież robić

                                 „I jakżeż ty zrobisz krok w nieskończoność?”

Wtulam się w futro i wydaje mi się, że wiem. Jest
ciepły, pachnie kurzem i zwędzonymi
resztkami: pies jest od szczekania, pies jest do
merdania. Nurza się w ziemi i tarza
w umarłym. Odlany z melancholii;
do śmierci tęskni.

 

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...