chawerim1
Od lewej: Moryc i Luba Perkalowie, Masza i jej ojciec Hersz Sochaczewski. Poznań, 1934

Chawerim. Poznańscy Żydzi

Fragmenty książki, która ukazała się w grudniu 2018 roku nakładem Stowarzyszenia Miasteczko Poznań.

 3. Anula

[…]

Pociąg zatrzymał się. Była noc. Zaczęto otwierać zaryglowane drzwi. Przy wrzaskach Niemców opuszczaliśmy wagony, trupy wypadały z nich same. Ujadały psy, wokół były druty kolczaste, a za nimi stała grupa kobiet w chustkach na głowie i ubranych w łachmany, krzyczących do nas, żeby im rzucić chleb, bo za chwilę go nam zabiorą. Rozpoczęła się selekcja, mamie kazano iść w innym kierunku niż mnie. Po chwili pojawiła się kapo z kijem w ręce i zabrała do olbrzymiego baraku, gdzie nas rozebrano, ogolono i kazano wybrać jakiś łach ze stosu leżącej tam odzieży. Zaprowadzono nas na lager C, gdzie stały trzydzieści  dwa drewniane baraki. Spałyśmy na trzypiętrowych pryczach. Na każdej, o szerokości około półtora metra, musiało się zmieścić dziewięć osób. Codziennie dwa razy stawiano nas do apelu czwórkami i liczono. Trwało to godzinami. Po wieczornym apelu można było wyjść przed barak. Któregoś dnia wysłano mnie z innymi dziewczętami po zupę. Kiedy przechodziłyśmy obok innego baraku, zauważyłam w grupie kobiet dziewczynę z nieogoloną głową, to była moja siostra Janka. Gdyby nie dłuższe włosy, które jakimś przypadkiem zachowała, nie rozpoznałabym jej na obozowym placu w tłumie tysięcy kobiet, które wychodziły z trzydziestu bloków na apel. Doleciałam do niej i umówiłyśmy się na następny dzień. Zamieniłam się z inną więźniarką i znalazłam się razem z siostrą w bloku numer 24. To był pierwszy cud. A później były jeszcze dwa. Bo dwa razy szłyśmy do krematorium i dwa razy nas cofnięto. „Jest was za dużo” – krzyczeli kapo i część z nas wracała do bloku. Mówię: cud, ale myślę, że to przypadek. Minęły dwa tygodnie od mojego przyjazdu do obozu. Wciąż żyłyśmy. I nagle prowadzą nas na kolejną selekcję. Byłyśmy pewne, że to koniec. Tymczasem dano nam nowe ubrania, buty i załadowano do bydlęcych wagonów.

* * *

Nie było dla nas ważne, gdzie jedziemy, bo opuszczaliśmy piekło na ziemi. Dojechaliśmy do Bergen-Belsen. W obozie brakowało prycz, jedzenia, warunki były straszne. Nie było dla nas miejsca w murowanych budynkach. Ulokowano nas, czterysta kobiet, w namiocie. Każda dostała dwa koce. Nie było prycz do spania. Na gołej ziemi rozsypano trociny i na nich spałyśmy, rozkładając koce. Ponieważ noce były już zimne, składałyśmy we czwórkę po jednym kocu na spód, kładłyśmy się, przykrywając kolejnymi czterema. Nawzajem się ogrzewałyśmy. Było tak samo jak w Brzezince, miałyśmy jedynie dostęp do kranów z wodą zainstalowanych na zewnątrz namiotu.

Pewnego dnia rozpętała się burza, spadł ulewny deszcz, a silny porywisty wiatr porwał nasz namiot. Zostałyśmy pod gołym niebem, zmarznięte i przemoczone. Dostałam okropnych bólów dziąseł. Lekarka, Polka, postanowiła mi pomóc. Miała przy sobie trzy ampułki z witaminą C. Doszła do wniosku, że jak poda je jednej osobie, to jej pomoże, a jak rozdzieli na trzy osoby, to nie pomoże nikomu.

[…]

 

9. Odpływ

[…]

Litery rozpoznawałem w wieku trzech lat. Ojciec stawiał mnie na ladzie w sklepie przy Wielkiej. Klienci pokazywali mi małe tajemnicze „robaczki”, a ja bezbłędnie je rozpoznawałem. „Co za zdolne dziecko” – mówiono dumnemu ze mnie ojcu. Czytałem litery także do góry nogami i byłem nadzwyczajny w rachunkach. Rodzice posłali mnie do szkoły w wieku sześciu lat. Po kilku miesiącach nauki zostałem przesunięty do wyższej klasy. Dlatego gdy wybuchła wojna, miałem skończone już dwie klasy „Paderka”. Ale wcześniej ukończyłem powszechną szkołę żydowską przy Noskowskiego. Z Tamy Garbarskiej chodziłem do niej pieszo, przez Solną. Po drodze mijałem koszary, z których, gdy wracałem po lekcjach do domu, często docierał do mnie zapach zupy grochowej z żołnierskiej stołówki.

Dyrektorką szkoły była Franciszka Propstowa. Pamiętam jej łzy na apelu, gdy zmarł Piłsudski. W młodszych klasach uczyła mnie Hanna Mornelowa. Wychowawcą był Polak Stachowiak, matematyk. Wywoływał mnie na środek klasy i sprawdzał, czy jestem naprawdę taki zdolny, jak o mnie opowiadają. Musiałem liczyć z głowy, popisywałem się przed całą klasą. Lubiłem lekcje muzyki, bo pięknie śpiewałem. Chodziłem też na lekcje religii i naukę języka hebrajskiego do Dawida Rettiga, rabina i dyrektora domu sierot przy Stawnej 5. W piłkę grałem z kolegami na Szelągu, za mostem.

[…]

Interesowałem się sportem. Kupowałem gazety „Przegląd Sportowy” i „Sportowiec”. Znałem na pamięć różne rekordy, wyniki rozgrywek, nazwy klubów i nazwiska mistrzów. Do klubu Bar-Kochby na rogu Stawnej i Szewskiej chodziłem grać w ping-ponga i boksowałam się, ale kiedy pokonał mnie Widawski, kolega z wyższej klasy, zrezygnowałem. Najlepszym bokserem był podobno Max Auerbach, który przeżył wojnę i mieszkał w Anglii.

Zbierałem autografy, po które biegałem do hotelu Monopol, bo tam zazwyczaj nocowali zawodnicy1. Kiedyś przyjechali piłkarze ŁKS. Do Monopolu wybrałem się z Rozenbandem. Romek (Remigiusz) miał bardzo żydowski wygląd2. Polowaliśmy na autograf Antoniego Gałeckiego, który grał w reprezentacji Polski na igrzyskach w Berlinie. Nasza polska drużyna zajęła na nich czwarte miejsce. Po długich oczekiwaniach pod hotelem udało się spotkać Gałeckiego. Z autografami wracaliśmy szczęśliwi do domu. Gdy do Gałeckiego zgłosiłem się jeszcze raz, powiedział: „Nie przychodź więcej z kolegą, nie lubię Żydów”. Zabolały mnie jego słowa. Wróciłem do domu. Wyjąłem kartkę i napisałem list: „Nasza przyjaźń skończona, ja też jestem Żydem”. List wysłałem do Łodzi. Po kilku tygodniach dostaję pocztówkę z Belgradu. Czytam i oczom nie wierzę. Gałecki pisze: „Nie martw się, Jureczku, wszystko w porządeczku. Serdeczne pozdrowienia przesyła Ci reprezentacja Polski”. A pod jego słowami podpisy wszystkich piłkarzy. Wkrótce łódzka drużyna ponownie przyjechała do Poznania. Dzwoni Gałecki, że chce nas odwiedzić w domu. Przyszedł po południu do naszego mieszkania i powiedział, że ja zmieniłem jego stosunek do Żydów. Dał mi na pamiątkę zdjęcie swojej córki, na którym napisał: „Małemu Jurkowi ofiaruje mała Basia”.

Czasem ojciec zabierał nas do cukierni lub kawiarni braci Hirschlików3. Obok był zakład fryzjerski Abrama Wolsztajna, przeniesiony później na Żydowską, naprzeciw żydowskiego domu starców. Na fryzjera mówiliśmy Dżok, nie wiem, dlaczego. Abram przeżył wojnę dzięki żonie, Polce i chrześcijance. W niedziele jeździliśmy na Sołacz na łódki, spacerowaliśmy po placu Wolności, kąpaliśmy się w Warcie. Czasem jechaliśmy do Puszczykowa. To było modne miejsce, do którego poznaniacy chętnie jeździli na krótki odpoczynek. Jedliśmy lody, graliśmy w piłkę, kąpaliśmy się i spacerowaliśmy wśród sosen. Nie wszystkim to się podobało i protestowano przeciw zażydzaniu letniska.

Kiedy po wielu latach Jakub przyjechał do Poznania, był ciekawy Puszczykowa. Podjechaliśmy samochodem. Spacerował wśród pięknych, starych willi przywołujących zapach dzieciństwa i brzydkich, nowych domów. Potem podjechaliśmy nad jezioro Góreckie. Usiadł nad brzegiem wody, wśród rosnących tam sosen. Wpatrywał się w wodę, w której odbijały się płynące na niebie obłoki. Było ich tego dnia wyjątkowo dużo.

 

12. Wrony pustynne

[…]

W Poznaniu byliśmy z Niemcami dwa miesiące. Wiedzieliśmy o tajnym pakcie Ribbentrop–Mołotow i tato mówił, że trzeba uciekać do Rosji, że tylko tam będziemy bezpieczni4. Mama miała paszport, w którym było napisane, że urodziła się w Rosji. Przyszła Masza i powiedziałyśmy mamie, by nam go dała, bo chcemy pójść po dokumenty wyjazdowe. Miałam wtedy osiemnaście lat. Poszłyśmy do biura, a tam tysiące ludzi, końca nie widać. Weszłyśmy i nie pytając nikogo, otworzyłyśmy drzwi do pokoju urzędników. Nikt nie zareagował, może myśleli, że te dwie młode dziewczynki idą do pracujących w budynku rodziców. Mogłyśmy wybrać wyjazd do Łodzi albo do Warszawy. Wróciłyśmy z dokumentami do domu. „Mamo, tato, jedziemy do Łodzi!” – krzyknęłyśmy. Najpierw pojechał ojciec z wujkiem Herszem do Ostrołęki, by zbadać, czy można przekroczyć granicę z Rosją. „Nie jest źle” – powiedział, gdy sam wrócił do Poznania. Hersz został w Ostrołęce, a tato Moryc sam musiał zorganizować wyjazd dwóch rodzin.

Opuszczaliśmy Poznań w połowie listopada. W Ostrowie Wielkopolskim mieliśmy przesiadkę, w poczekalni zastaliśmy młodych żołnierzy niemieckich. Jeden z nich przysiadł się do mnie i zaczął opowiadać o swoim domu, o tym, że zostawił samotną matkę i martwi się o jej los, że nie bardzo mu się ta wojna podoba. Nagle wszedł jakiś esesman i zaczął na nich krzyczeć, że rozmawiają z Polakami. Nadjechał pociąg i po kilku godzinach znaleźliśmy się w Łodzi. Miasto przyłączone już było do Kraju Warty, co niemieccy żołnierze uczcili dewastacją pomnika Kościuszki. Opowiadano nam, jak spalono synagogę Ezras Izrael (synagogę Litwaków) przy Wólczańskiej. Z Łodzi pojechaliśmy do Warszawy, a stamtąd do Ostrołęki. Ojciec zorganizował przejazd do Małkini. Tam kłębili się ludzie chcący przedostać się na sowiecką stronę. Początkowo granicy nie można było przekroczyć. Byliśmy na ziemi niczyjej. W końcu zaczęto nas przepuszczać. Rosjanie zesłali nas w okolice Czelabińska, a braci ojca do Archangielska. Mama pracowała jako kucharka w szpitalu, łatwiej jej było zdobyć dla nas pożywienie. Później pojechaliśmy do miasta Pawłodar w północnym Kazachstanie. Przez dwa tygodnie czekaliśmy na pociąg, a gdy nadjechał, przenieśliśmy się do Ałma Aty. Tam znów mama została kucharką, a tatę wcielili do jakieś brygady. Kiedy znaleźliśmy się w okolicach Czelabińska, mama urodziła córeczkę Lilkę, która po czternastu miesiącach zmarła z powodu zakażenia odrą. A później urodził się mój brat Aaron. W 1945 roku wróciliśmy z repatriantami do Polski. Gdyby nie śmierć małej siostrzyczki, dla której nie było lekarstwa, mogłabym powiedzieć, że pomimo głodu i strasznych warunków życia, nasza cała rodzina ocalała z Holokaustu.

* * *

 

W Jad Waszem na uroczystościach upamiętniających poznańskich Żydów. Na drugim planie, od lewej: Clila Lasman, Marek Lasman, Jerzy Herszberg i Hersz Kronenberg. Po prawej stronie, w głębi stoi Jerzy Janowski. Jerozolima, 1993

 

W 1946 roku z naszym kibucem, z  którym przygotowywaliśmy się do wyjazdu, uciekliśmy przez Czechosłowację do Austrii. Pomogła nam Bricha, organizacja zajmująca się przerzutem tych Żydów, którzy po Holokauście chcieli opuścić Europę. Zamieszkaliśmy w obozie przejściowym w miasteczku Saalfelden pod Salzburgiem. Mieliśmy dach nad głową i jedzenie. Czekaliśmy na legalny wyjazd do Palestyny. Wiele osób, którym dokuczała bezczynność władz, opuszczało obóz i nielegalnie, przez Alpy przekraczało włoską granicę, by wsiąść na statek do Hajfy. Prawie co noc od kwietnia do października 1947 roku w godzinach nocnych z Saalfelden wyruszały grupy, które pieszo przez dziesięć godzin pokonywały przełęcz Krimml, ponieważ pobliska i bardziej dostępna przełęcz Brenner była nadzorowana przez włoską policję5.

W obozie poznałam Abrama Górę, który zajmował się przerzutem osób przez Alpy. Był przystojnym chłopcem, pełnym życia i energii. Byliśmy młodzi, chcieliśmy żyć. Zakochałam się i wkrótce był nasz ślub, na który przyjechał tylko mój ojciec, bo mama musiała zostać w obozie przesiedleńczym w Raichenchen po niemieckiej stronie. Abram w czasie wojny był radiotelegrafistą w wojsku radzieckim i podczas przeprawy przez Wisłę został ciężko ranny. Operował go żydowski lekarz, który powiedział mu, że ma przed sobą najwyżej pięć lat życia. Na szczęście ta przepowiednia się nie sprawdziła.  Przed naszym ślubem chłopcy przeprawili się do Italii, by zrobić zakupy, bo w Saalfelden wszystkiego brakowało. Nie miałam sukni ślubnej, powiedziałam mu więc, żeby kupił jakiś materiał. Przywiózł dla mnie także pantofle. Umiałam szyć, więc w obozie, kiedy tylko zdobyłam jakiś materiał, siadałam do maszyny. Nasz ślub był zimą, byliśmy w paltach, pamiętam, że swoje uszyłam z brązowego koca, który przefarbowałam na granatowy i dodałam do niego kawałek „białego kota”. W 1948 roku wypłynęliśmy statkiem do Hajfy. Byłam w ciąży i bałam się podróży. Na szczęście nie było sztormu, a warunki na statku „Kedma” były znośne. Mieliśmy kajuty, jedzenie, miłego kapitana, z którym zrobiłam sobie zdjęcie. Po tygodniu dotarliśmy do portu, ale wokół, po ogłoszeniu deklaracji niepodległości, trwała wojna. Zawieziono nas do Gan Shmuel, urodził się nasz pierwszy syn. Z obozu przejściowego w Niemczech przyjechali moi rodzice, siostry i braciszek. Zaczęło się nowe życie.

[…]

 

1 Na rogu Fredry i Mielżyńskiego, obecnie w budynku mieści się szkoła.

2 Jego ojciec Moryc (Maurycy) był kupcem, pochodził z Warszawy.

3 Cezary Hirschlik prowadził kawiarnię przy Masztalarskiej 6, a Isaak Hirschlik cukiernię przy Masztalarskiej 2.

4 O pakcie pierwszy poinformował 30 sierpnia 1939 r. „Kurier Poznański” (nr 394), powołując się na „wiadomości ze źródeł jak najwiarygodniejszych”.

5 Szacuje się, że 5 tysięcy przesiedlonych Żydów przekroczyło przełęcz Krimml w drodze do Izraela. Zob. www.alpinepeacecrossing.org.

 

Zapraszamy na spotkanie promocyjne książki z jej autorem w piątek, 22 lutego 2019.

Początek roku w Poznaniu
16 marca 2019

Początek roku w Poznaniu

Tegoroczna poznańska Manifa rozłożyła się przed katedrą na Ostrowie Tumskim, oszczędzając łydki wszystkich chętnych do tradycyjnego marszu. Trzeba było ustąpić niemym kontrmanifestantom w czapkach niewidkach, które naciągali mocno na uszy, pewnie specjalnie, by nie słyszeć kto jest Rewolucją…

Końcówka roku w Poznaniu
31 grudnia 2018

Końcówka roku w Poznaniu

Gosia Bartosik nadaje ze świąteczno-obchodowo-rocznicowego Poznania. Po drodze spotyka Żubrzyce, Św. Marcina i Smogowych Śpiewaków. Nie przegapcie podsumowania ostatnich miesięcy roku autorstwa jednej z naszych ulubionych poznańskich artystek!