Archiwum
07.03.2011

Złowieszczy śmiech Boga

Anna Rogulska
Teatr

Na przekór tendencjom współczesnej sceny teatralnej Paweł Szkotak zaprezentował w poznańskim Teatrze Polskim spektakl kostiumowy, który łącząc teatr dramatyczny z operą, przeniósł publiczność do XVIII-wiecznego Wiednia.

By opowiedzieć historię tragicznych losów wybitnego austriackiego muzyka, reżyser podjął współpracę z dyrygentką Agnieszką Nagórką oraz orkiestrą, chórem i solistami poznańskiego Teatru Muzycznego. W widowisko zatem udział bierze około 100 artystów, którzy dla oczu i uszu widzów wyczarowują obrazy i dźwięki, przeniesione wprost z epoki Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Mozarta poznajemy poprzez pryzmat wspomnień nadwornego muzyka cesarza Józefa II, Antonia Salieriego. Starzec spowiada się publiczności ze swych grzechów i intryg wycelowanych w młodego, genialnego Mozarta, a wkrótce pojawia się też współczesne Mozartowi alter ego. Na scenie mamy więc dwóch Salierich – jeden z nich, wciąż jeszcze młody i spragniony sukcesu, doprowadza powoli do upadku Mozarta; drugi, który pochyla się już nad własnym grobem, dokonuje rewizji swojego postępowania i zdradza jego motywy. Salieri stanowi zupełne przeciwieństwo Mozarta. Włoch wierny jest muzycznej tradycji, wzniosłej tematyce i ostrożnie waży każde słowo. Amadeusz to lekkoduch, rozpieszczone dziecko świadome tego, na ile może sobie pozwolić. Jego talent nieodmiennie budzi szczery zachwyt, mimo że sam nie przebiera w słowach i w najmniej odpowiednich momentach wybucha opętańczym śmiechem.

To właśnie śmiech Mozarta powoli doprowadza Salieriego do obłędu. Włoch, dotąd ślubujący wierność Bogu, czuje, że złowieszczy śmiech Mozarta jest śmiechem Boga. Ta nierówna walka między siłami zła (Salieri) i naiwnego dobra (Mozart) jest tylko jedną z metafor wyeksponowanych w inscenizacji dramatu Petera Shaffera. Innym wielkim motywem jest tu postać dominującego ojca, który projektuje sukces Mozarta od urodzenia i nawet zza grobu rzuca cień na jego swobodę. Reżyser wyraźnie stawia też pytanie o to, co jest „prawdą” na scenie. Mozart wciąż domaga się „prawdziwego” życia, „prawdziwego” języka i „prawdziwej” miłości w operze. Jego potrzeba bycia prawdziwym i naturalnym wyrabia mu opinię rubasznego, niewychowanego, ale też nieszkodliwego dziwaka.

Ten spór o „prawdziwość” opery został bardzo ciekawie wykorzystany przez Pawła Szkotaka. Zapraszając operę na deski teatru, dokonuje on pewnej konfrontacji. Scena podzielona jest na 3 części. Pierwszy plan należy do Antonia Salieriego – starszy tkwi tu cały czas, zazdrośnie przypominając, że oglądamy jego, nie Mozarta, historię. Młodszy Salieri miota się między planem pierwszym a drugim, gdzie rozgrywa się główna akcja z głównym bohaterem – Wolfgangiem Amadeuszem Mozartem. Trzeci plan należy do chóru, który czasem pełni rolę operowych artystów, czasem operowej publiczności, a czasem po prostu stanowi oprawę muzyczną dla planu drugiego.

Właśnie w tym drugim planie, gdzie toczy się główna akcja, teatr przenika się z operą. Część scen przedstawiona jest w tradycyjny, dramatyczny sposób, część jednak zostaje zapośredniczona przez sceny operowe. Na przykład zaślubiny Amadeusza z Konstancją albo też śmierć Mozarta ujęte zostały w cytaty z jego oper, które albo zastępują, albo tylko przenikają teatralną konwencję. W tym momencie reżyser puszcza do widza oko i zdaje się pytać o to, która forma wyrazu pokazuje „prawdziwsze” życie. Mozart prawdopodobnie opowiedziałby się po stronie opery. Widz też może mieć wrażenie, że opera, właśnie dzięki swojej skłonności do bogactwa i monumentalności, lepiej wyraża powagę takiej chwili, jak śmierć czy zaślubiny. Nie ulega jednak wątpliwości, że na tej scenie wyłącznie połączenie poetyki teatru i opery pozwala na wyrażenie niewyrażalnego.

Szkotaka wyraźnie zainspirował „Amadeusz” Miloša Formana i trzeba przyznać, że przeniesienie niezwykle efektownej produkcji filmowej do teatru, który dysponuje przecież zupełnie innymi środkami, było nie lada wyzwaniem. Widowisko nie utraciło jednak nic ze swego bogactwa, a wręcz przeciwnie – zyskało dzięki muzyce granej na żywo. Szkoda jednak, że reżyser nie odważył się podjąć dialogu z klasyczną już adaptacją Formana i nie zdecydował się przeinterpretować dramatu Shaffera na własną rękę. Widz może mieć wrażenie, że spektakl bywa czasem zbyt wtórny wobec filmu i powiela pewne popkulturowe szablony opowiadania o Mozarcie. Teatralny „Amadeusz” jest jednak przedsięwzięciem bardzo odważnym i wymaga ścisłej współpracy artystów przyzwyczajonych do zupełnie różnych projektów.

„Amadeusza” skonstruowano z zegarmistrzowską precyzją, ale można też oczekiwać (z poparciem samego Mozarta) więcej „prawdziwego” życia na tej scenie. Skoro jednak reżyser zdecydował się zaprosić współczesnego widza, by ten zmierzył się z nieaktualnymi i niemodnymi konwencjami dramatu kostiumowego czy opery, sam pomysł należy już uznać za akt odwagi. Może Mozart wybuchnąłby złowieszczym śmiechem, gdyby dowiedział się, że wciąż jeszcze oglądamy włoskie opery, jednak sukces „Amadeusza” i ogromne zainteresowanie spektaklem sugerują, że nie zawsze lubimy podążać nowymi ścieżkami i lepiej rozumiemy sztukę, którą już oswoiliśmy. Nie jest to wniosek optymistyczny dla przyszłości sceny teatralnej, ale może gdzieś w głębi ducha reżyser śmieje się wraz z Mozartem i kpi sobie z widza, który chciał iść do teatru, a prawie skończył w XVIII-wiecznej operze.

Peter Shaffer, „Amadeusz”,
reżyseria: Paweł Szkotak
Poznań, Teatr Polski,
premiera: 25.02.2011
fot. Krzysztof Bieliński
http://www.bielinski.art.pl



Na przekór tendencjom współczesnej sceny teatralnej Paweł Szkotak zaprezentował w poznańskim Teatrze Polskim spektakl kostiumowy, który łącząc teatr dramatyczny z operą, przeniósł publiczność do XVIII-wiecznego Wiednia.