Archiwum
28.12.2010

Złe wychowanie

Adam Kruk
Film

Wydaje się, że na przedmieściach Melbourne powinno być sielsko, ciepło i rodzinnie. W „Królestwie zwierząt” Davida Michôda jest wprawdzie rodzinnie, ale też niebezpiecznie i duszno.

Grasują tu działające w starym stylu gangi, napadające na cel z bronią w ręku. Policja powołuje spec-jednostkę do ich zwalczania, która przemienia się w konkurencyjną szajkę. Obserwujemy wojnę gangów (czy jak ktoś woli, zagryzające się psy) i robimy to nie z zewnątrz – zostajemy zaproszeni na zatęchłą kanapę świata, którego reguły przyjdzie nam poznać. Królestwo zwierząt rządzi się bowiem swoimi prawami – jak mówi detektyw Leckie, grany w filmie przez Guya Pierce’a – w miejskiej dżungli słabsi muszą korzystać z pomocy silniejszych; tylko w symbiozie da się przetrwać. Ale mowa przecież o ludziach – po cóż zamieniać się w zwierzynę, życie w pościg, a świat – w rzeczoną dżunglę? To pytanie uprzywilejowanych, niektórzy nie dostają takiego wyboru. Tak jak bohater filmu, 17-letni Jose (James Freckeville), który po śmierci matki, trafia pod opiekę swojej babki zwanej Janine, mamuśką albo Smerfetą.

Mamuśka prowadzi dom pełen miłości do buzujących testosteronem podstarzałych synalków, kalecząc ich przesadą swojego uczucia. Występująca w tej roli Jackie Weaver doczekała się nominacji do Złotego Globu, nie zdziwiłbym się, gdyby za rolę samicy oblizującej swoje okrutne potomstwo dostała w tym roku także Oscara. Byłby to, swoją drogą, niemały sukces, bo kinematografia australijska, w porównaniu na przykład do brytyjskiej, nie ma na koncie zbyt wielu światowych sukcesów. Weaver doskonale buduje postać, uosabiając najstraszniejsze cechy toksycznych czy wręcz edypalnych matek, kochających synów miłością bezwarunkową i chorobliwą. To, że Josh nie ma wcześniej kontaktu z rodziną, widz próbuje sobie tłumaczyć tym, że matka chcąc go chronić, zerwała z nią kontakty. Rzeczywistość okazuje się jednak inna. Janine zwyczajnie nie żywiła do córki tych samych uczuć co do synów, pokłóciły się na zabój o grę w karty i zerwały kontakty. Ciepło domowe budowane przez babkę, którego w razie zagrożenia gotowa jest bronić wszelkimi sposobami (znać, że była dziewczyną gangstera), oparte jest na podstawach zabarwionych erotyzmem, czego dowodzi sposób, w jaki całuje swoich synów. Jest spełnioną matroną, której odchowane samce oddają łupy i cześć.

Kiedy wartości rodzinne (tak w Polsce hołubione) stają się jedyną moralnością, powstaje bardzo osobliwy system wartości, w którym wszelką etykę przysłania czerwień dzielonych więzów krwi. Zasadą porządkującą życie bohaterów „Królestwa” i czymś obcym światu zwierząt jest zemsta. Rewanżyzm zostaje ubrany w barwy honoru i otoczony silnym mitem rodzinnym, nakręcając spiralę przemocy, z której nie sposób się wyrwać. Zresztą zwierzęce paralele wcale nie są największym atutem filmu. Siłą tego australijskiego obrazu jest kontaminacja realizmu z regułami filmowego thrillera, obezwładniająca emocjonalnie do tego stopnia, że chce się krzyczeć podczas seansu, że już wystarczy, że więcej człowiek nie potrafi znieść. Całość zrealizowana jest tak sprawnie, że aż trudno uwierzyć, iż film zrealizowali debiutanci przez debiutantów – są nimi zarówno operator Adam Akapaw, jak i reżyser David Michôd. Przypomina się „Memento” Christophera Nolana (nie tylko ze względu na obecność w obsadzie Guya Pierce’a), który powinien jak najszybciej pogratulować młodszym kolegom. Albo jak najszybciej pozbyć się konkurencji.

Na najgłębszym poziomie jednak „Królestwo zwierząt” jest przede wszystkim opowieścią o dojrzewaniu: nietypowym, pozainstytucjonalnym, trudnym. Kibicujemy młodemu Joshowi, bo jest niewinny – na tle ociekającego brudem świata kłuje w oczy czystością. Wraz z rozwojem fabuły orientujemy się jednak, że on sam porusza się coraz lepiej w królestwie zwierząt, w którym się znalazł. Niewinna mina pomaga mu nie zostać pożartym, ale kły rosną i niebawem sam zostanie drapieżnikiem. Uczy się reguł gry i rozegra ją bezbłędnie. Z ostatnim klapsem wiemy już, że był to dla niego tylko pierwszy akt, inicjacja, chrzest bojowy. Michôd pokazuje, że czystą kartkę, którą na początku jawi się Josh, da się zapisać bardzo brzydkim charakterem pisma, wulgaryzmami, w końcu – zamienić w niebezpieczną broń. Ta narracyjna wolta przypomina nieco „Proroka” Jacquesa Audrialda – film, którego styczniowa premiera symbolicznie otworzyła rok 2010 w polskich kinach. Obraz Davida Michôda godnie i spektakularnie go zamyka. Z taką klamrą, bez względu na to, czym była ona wypełniona – a przydarzyło się kilka wyjątkowych filmów, by wspomnieć chociażby nowe obrazy Davida Finchera, Romana Polańskiego i Jerzego Skolimowskiego – sezon 2010 był więcej niż udany. Co nie znaczy optymistyczny, bo o optymizm, we wszystkich wymienionych tu filmach, było trudno. Nikt jednak nie nasycił taśmy filmowej czernią bardziej niż Michôd. I zrobił to mistrzowsku.

 

„Królestwo Zwierząt”
reżyseria: David Michôd
dystrybucja: Hagi
premiera 10.12.2010



Wydaje się, że na przedmieściach Melbourne powinno być sielsko, ciepło i rodzinnie. W „Królestwie zwierząt” Davida Michôda jest wprawdzie rodzinnie, ale też niebezpiecznie i duszno.