Archiwum
10.01.2014

Złapani w pajęczą sieć

Marcin Cielecki
Literatura

Na ile wycenić Spider-Mana? Sean Howe rzuca na kartach „Niezwykłej historii Marvel Comics” sumę miliarda dolarów. To bardzo dużo, ale nie jestem pewien, czy i tak cena nie jest zbyt niska. Spider-Man to przecież marzenie, ba, to dzieciństwo kilku już pokoleń. Na ile to wycenić? Jack Kirby, twórca pierwszych plansz tej postaci, na wiadomość o tym, że anonimowy akcjonariusz podarował je Bibliotece Kongresu, wzruszył ramionami. Z obojętnością? Z niedowierzaniem? Z bezradnością? Po lekturze książki Howe’a żadna odpowiedź nie jest tu jednoznaczna.

Trzech ich było, a w każdym z nich inna krew

Oficjalna, kanoniczna, chciałoby się rzec, wersja Marvelowskiego mitu jest następująca: Stan Lee w podupadającym wydawnictwie, któremu było już wszystko jedno, zaryzykował i wypuścił na świat kilka postaci, które przyniosły nie tylko sukces, ale również zawojowały światową wyobraźnię. Ich imiona doskonale znamy. To Fantastyczna Czwórka, Hulk, Spider-Man, Kapitan Ameryka. Działający od ponad pół wieku, nie tylko nie zestarzeli się, ale stali się potężni jak nigdy dotąd. Udzielone wsparcie w postaci zapierających dech filmów, licznych odwołań w kulturze masowej, a nawet przeniesienie komiksowych historii na sceny opery wzmocniły tę pozycję. Ten sukces możliwy był głównie dzięki temu, że kolejne już pokolenie wychowane na komiksach, rozumiejące ich język i fenomen, stanęło za kamerą. W oficjalnej wersji opowieści jedynym ojcem sukcesu jest Stan Lee, który uosabia zrealizowany amerykański sen: od gońca do redaktora. Jest jednak jeszcze inna opowieść: przykra, gorsząca, beznadziejnie pospolita. O trzech przyjaciołach – Stanie Lee, Jacku Kirbym i Steviem Ditko – którzy mieli pomysł. Pierwszy potrafił rysować, drugi – pisać, a trzeci to wszystko spinał w całość. Do kogo z nich należy Spider-Man? Czy ktoś kogoś okradł?

„Niezwykła historia…” to książka, która roznosi niejeden mit w drobny pył. Sean Howe napisał wielowątkową historię Marvel Comics, prezentując ją poprzez ewolucję komiksu w powieść graficzną, życiorysy najważniejszych twórców, rywalizację dwóch najważniejszych wydawnictw Marvel i DC, wreszcie poprzez superbohaterów i najgłośniejsze tytuły, które okazały się punktami zwrotnymi…

Jak to się czyta? Tytuł nie jest tu bez znaczenia: niezwykle. Polski czytelnik otrzymuje swoiste kompendium wiedzy o historii komiksu, ulubionych postaciach, ale jeszcze bardziej o rzeczach o których nie miał pojęcia: warunkach pracy w Domu Pomysłów Marvela, błędach i sukcesach wydawnictwa, wzajemnym przeplataniu się rzeczywistości realnej i wirtualnej. Najbardziej cenna jest jednak personalna historia wydawnictwa – przyjaźni, wspólnych pasji, nieograniczonej wyobraźni i wolności artystycznej przeradzających się w rywalizację, niechęć, podkradanie sobie wzajemnie pomysłów, by wreszcie doprowadzić do wrogości. „Niezwykła historia…” przedstawia kilka gorszących wydarzeń skrzętnie skrytych za wyeksponowanymi postaciami w trykotach. Tu tkwi też ukryte pytanie towarzyszące lekturze: czy można wkładać w usta superbohaterów górnolotne teksty, gdy rzeczywistość temu przeczy? Najciekawsze jest jednak to, że Howe nie udziela żadnej odpowiedzi, pozwalając czytelnikowi wydać własny osąd. Czy dziwi, że na odwrocie książki widnieje słowo „nieautoryzowana”? Po lekturze istnieje tylko jedna odpowiedź: już nie.

Maski bohatera

Jak to się stało, że superbohaterowie zawładnęli naszą wyobraźnią? Howe wskazuje, że stali się odpowiedzią na strachy naszych czasów: zimną wojnę, walkę o prawa człowieka, nowe technologie i związane z nimi zagrożenia. Sukcesem Stana Lee było zerwanie z papierowymi bohaterami, wiecznie poprawnymi nudziarzami, którzy zawsze stoją po właściwej stronie. Siłą nowych bohaterów stał się wpisany w ich losy konflikt wewnętrzny.

To jest ciągła próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego zostaje się (super)bohaterem. Bo pamięta się rzeczy, których się nie zrobiło. Rzeczy, których nie mogło się zrobić (młody Bruce Wayne patrzy bezradny na napaść i zabicie swoich rodziców – to przykład ze świata DC), rzeczy, których nie chciało się zrobić (młody Peter Parker nie powstrzymał rabusia, który później zabił jego wujka). Pamięta się to i pragnie się za to odpokutować. Życie nie jest jednak prostym równaniem matematycznym. Choć inni mówią, że dług został już skreślony, bohater wie, że tak nie jest. Pamięć pali. Bohater – strój, imię, metody działania – jako pokuta. Bo rzeczy spadły jak grom z nieba. Pojemnik z radioaktywnymi odpadami chlusnął chłopcu w twarz (Daredevil), a rodzinny piknik zamienia się w rzeź uczynioną przez dwa gangi (Punisher). Działa się, bo życie uczyniło kimś (czymś?) innym. Działa się, bo próbuje się zrozumieć samego siebie (nie świat, bo ten zdradził). Bo bohater to postać pradawna jak role przypisane w dawnym, mitycznym świecie. Bohater to wojownik, a ta postać jest najgłębszą, najbardziej utajoną w sercu każdego mężczyzny. Symbol na piersi jest totemem. Stawanie się bohaterem to szukanie bóstwa opiekuńczego, duchowego przewodnika. Im bardziej archaiczny, pierwotny, zwierzęcy – tym lepiej. Nie fascynuje bohater techniczny, zrobotyzowany (Iron Man) lub boskiej proweniencji (Thor). Fascynuje bohater przegrany, naznaczony wewnętrznym konfliktem (Wolverine). Z wilczą, animistyczną naturą.

Opowieść o bohaterze w trykocie jest wielką opowieścią o braku równowagi. Bohater uśmiechający się to ułuda, fałsz. Jeśli odnosi się sukces w życiu cywilnym, przegrywa się w życiu zamaskowanym. To się nie łączy. To jest balans pomiędzy upadkami. I może najważniejsze: opowieść o bohaterze jest opowieścią o stawaniu się. To jest ciągła odpowiedź, jedna i ta sama, na wciąż ponawiane pytanie. Pytanie brzmi: kim jestem? Odpowiedź, której udziela bohater – na przemian zdejmując cywilne ubranie i zakładając maskę – nie jest wystarczająca, ale innej nie ma.

Stworzenie świata według Marvela

Marvel zaproponował coś jeszcze: własne uniwersum. Pająk działa w Nowym Jorku, głównie w obszarze Manhattanu. Daredevil jest jego sąsiadem z Hell’s Kitchen. Sceny batalistyczne dzieją się w rzeczywistości: pada Empire State Bulding, wali się most Jerzego Waszyngtona, Statua Wolności widzi niejedno. Bohaterowie odwiedzają się nawzajem, podejmują pracę, zakochują i porzucają. Homer jest martwy, ale X-Men wciąż młodzi. Twórcy nowych mitów, jak pisze Howe, „mieli swoje własne zdanie na temat postaci i historii, wszak wprzęgali w nie własne emocje i doświadczenia, włącznie z finansowymi frustracjami, z powodu których codzienne przechodzenie przez obrotowe drzwi wydawnictwa stawało się procesem bolesnym i nierzadko niezwykle trudnym. Mijały lata, przyjaciele zawodzili się na przyjaciołach, współpracownicy wbijali sobie noże w plecy, na biurkach lądowały sądowe pozwy, ludzie umierali przedwcześnie. A uniwersum rozrastało się nieprzerwanie”.

Autorzy zaproponowali własny język, czerpiący pełnymi garściami z żargonu popularnonaukowego; język, który wydawał się zrozumiały tylko dla wtajemniczonych. Bronie bohaterów: Składacz Materii, Konwerter Pierwiastków, Atmo-Gun, Unicestwiacz, Transmiter Materii to istne pomieszanie z poplątaniem, ale na tyle płodne, że czytelne. I choć nikt nie potrafił wyjaśnić, czym jest poszczególna z Wielkich Kosmicznych Spluw, to intuicyjnie odczytywał ją w mig. To wszak nowa wersja opowieści o Graalu i włóczni Longinusa.

Stan Lee trafił w sedno, mówiąc pod koniec lat 60.: „Jeśli myślicie o komiksach jako o komiksach, jesteście w błędzie. Powinniście myśleć o nich w kontekście narkotyków, w kontekście wojen, w kontekście dziennikarstwa, w kontekście wyników sprzedaży i w kontekście interesów. A skoro macie swoje zdanie na temat narkotyków i macie swoje zdanie na temat wojen albo orientujecie się w ekonomii, możecie wyrazić to o wiele lepiej komiksem niż prostym słowem. Nikt jednak tego nie robi. Komiks bliski jest dziennikarstwu, a zamknięto go w getcie opery mydlanej”.

I rzeczywiście, najpierw otoczono komiks ciasnym gorsetem moralności, później zaatakowano jego niby propagowanie przemocy i destrukcyjny wpływ na psychikę młodego czytelnika, by wreszcie użyć go jako medium do zwalczania narkomanii, rasizmu, korupcji. Gdy tylko scenarzyści dostali zielone światło, stało się: Iron Man zaczął się zmagać z alkoholizmem, mutanci stali się jedną wielką metaforą walki o tolerancję, a Spider-Man rozpoczął tworzenie niekończącego się komentarza do własnych słów, że wielka moc wiąże się z wielką odpowiedzialnością. Im bardziej komiks zamieniał się w powieść graficzną i zyskiwał artystyczne uznanie, tym bardziej poglądy bohaterów stawały się poglądami autorów, a świat artysty i jego stworzonych postaci zaczął się zacierać. Herosi wręczają swoim pracodawcom autentyczne wypowiedzenia rysowników, zawierają związki małżeńskie, zdradzają, mszczą się. Gdy Franka Millera zaatakowano i ograbiono na ulicach Nowego Jorku, rysowanego przez niego Daredevila spotkał podobny los. Został pobity na ulicy, okradziony, a nóż, który przystawiono do gardła Millera, wylądował ostatecznie w brzuchu Matta Mardocka. Daredevil bierze wreszcie odwet, a sceny walki są tak brutalne, jakby wypisano nimi jedno przesłanie: nie zapomnę ci tego.

Marvel pyta o siebie

„Niezwykła historia…” skrzy się od ciekawostek. Dla przykładu: Kapitan Ameryka w jednym z pierwszych zeszytów z 1940 roku walczy z przywódcą III Rzeszy, ale w komiksie nazywa się ona Hillerem, ponieważ autorzy obawiali się pozwania o zniesławienie. Inna: ktoś puszcza w obieg plotkę, że konkurencja ma w zanadrzu kobiecy odpowiednik Hulka – scenarzyści w odpowiedzi wymyślają w 30 sekund postać She-Hulk (w sposób tak idiotyczny, że później się tego wstydzą).

Komiks przestał już być naiwną historyjką dla ośmio- czy dwunastolatków, którzy wolą spędzić wieczór z femme fatale Daredevila – Elektrą – bo nie mają koleżanki. Dziś komiks to powieść graficzna adresowana do trzydziestolatka, który został wychowany na niejednym cyklu fabularnym bohaterów. Na jego oczach bohaterowie umierali, potem wracali do życia, odwiedzały ich dzieci z przyszłości, widzieli siebie z alternatywnych światów lub walczyli z własnymi klonami. Coraz trudniej zachwycić czytelnika oryginalnością, ale dopóki heroiczne przygody trwają, dopóty będą ich wierni czytelnicy. Uniwersum Marvela jest tak pojemne, że nie wiadomo, kiedy Punisher lub Magneto zawitają w nasze strony. A to oznacza, że w szeregach Avengers, X-Men lub Alpha Fight nagle możemy zobaczyć własną twarz.

Sean Howe, „Niezwykła historia Marvel Comics”
przekł. Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo Sine Qua Non
Kraków 2013

alt