Archiwum
18.01.2021

Wszystkie drogi prowadzą donikąd

Dominika Gracz
Komiks

Kiedy Maria Rostocka otrzymała nominację do tytułu Najlepszego Polskiego Albumu w ramach 31. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi[1], poczułam lekkie uczucie wstydu, że „Końca lipca” nie udało mi się jeszcze przeczytać. Tym bardziej że większość recenzentów rozpływała się nad komiksem Rostockiej. Im bardziej dostrzegałam przejawy zachwytów, tym bardziej miałam ochotę na lekturę. Niestety – im bardziej rosło oczekiwanie, tym większe okazało się końcowe rozczarowanie.

Blurb obiecuje dość konkretny typ historii – mała miejscowość, skrywana tajemnica, napięcie rosnące wraz ze zbliżaniem się do kulminacyjnego momentu. Kameralna historia o prywatnej tragedii. A w tym wszystkim my – czytelnicy, podglądacze cudzych zmartwień, jak zresztą sugeruje dość voyerystyczna okładka.

Alek ma dwanaście lat, wychowuje go mama. Te wakacje spędza w jej rodzinnym domu, gdzie mieszka jego babcia. Powiedzieć o babci, że jest kobietą mało sympatyczną, to nie powiedzieć nic. Nie tylko oznajmia chłopcu za każdym razem, gdy go widzi, że ani go nie lubi, ani mu nie ufa, ale niekiedy odmawia mu nawet jedzenia. Zresztą apodyktyczną postawę nieuznającej sprzeciwu tyranki zdaje się przybierać także w stosunku do innych osób – dorosłej córki oraz swojej siostry, Stefy. Nieprzyjemna atmosfera w domu sprawia, że Alek spędza całe dnie z babcinym psem, kręcąc się to tu, to tam, nawiązując luźne znajomości z miejscową młodzieżą i… cóż, właściwie to tyle.

Jest też mama Alka, Monika. Bardzo szybko możemy dojść do wniosku, że kobieta nie ma łatwo w życiu. „Moje życie jest do bani” – podsumowuje w rozmowie z koleżanką. Monika jest atrakcyjną kobietą; w ciążę zaszła w młodym wieku (dzieci jej koleżanki są znacznie młodsze od Alka, a i ona wygląda młodo). Syna wychowuje samodzielnie. Choć ma mieszkanie i pracę, na to drugie narzeka – nie dostała urlopu, praca jest ciężka i negatywnie odbija się na jej zdrowiu, a szefowa ma pretensje o każdą dłuższą wizytę w toalecie. Syna, pozostawionego u babci na wakacje, widuje tylko w weekendy. I w końcu – trzeba zwrócić uwagę na jej kontakty z własną matką, która ma w stosunku do córki jedynie pretensje i ignoruje jej starania.

Babcię Alka można określić mianem osoby całkowicie zgorzkniałej, która dodatkowo wszystkich traktuje z ogromną podejrzliwością. Jest tyranką – obcesową, pozbawioną taktu i nieznoszącą sprzeciwu. Każdy wybór swojej córki uznaje za rozczarowujący, wnuka traktuje jak knującego przeciwko sobie intruza, wykorzystuje też dobroduszną naturę swojej siostry, Stefy. Niemniej jej zachowanie oraz zadziwiająca sympatia do własnego psa (bo to „dobry, wierny pies”) – to kilka z nielicznych ciekawiej skonstruowanych elementów komiksu, które otrzymują wiarygodne wytłumaczenie.

Ale toksycznych, dysfunkcyjnych relacji jest w komiksie znacznie więcej. Koleżanka Moniki nie może znieść już własnych dzieci i męża. Monika pragnie włączyć w życie Alka jego biologicznego ojca, ten jednak zdaje się zainteresowany jedynie odnowieniem romantycznej relacji z kobietą, ale już niekoniecznie rodzicielskiej z synem. Kolega Alka głównie z niego drwi i wykorzystuje brak asertywności chłopca. Trzeba przyznać, że Rostocka umiejętnie rozpoznaje ludzkie problemy i obrazuje je w przekonujący sposób, choć ma pewien problem z budowaniem naturalnie brzmiących dialogów (co miejscami potrafi wybić czytelnika z rytmu lektury).

Nagromadzenie tak wielu międzyludzkich patologii sprawia, że „Koniec lipca” wydaje się lekturą w pewien sposób przygnębiającą i raczej nieprzyjemną. Ciężką atmosferę podbija dodatkowo kolorystyka – przygaszone, stonowane barwy wywołują wrażenie, że jesteśmy bliżej środka nieco melancholijnej jesieni, a nie końca lipca. To zresztą trzeba komiksowi oddać: jego warstwa graficzna jest zdecydowanie najmocniejszą stroną pracy Rostockiej. I nie chodzi jedynie o zastosowaną przez autorkę malarską technikę, ale także o umiejętne operowanie pustymi przestrzeniami, co jeszcze dobitniej podkreśla przygnębiający charakter historii. Świat fizyczny, w którym żyją bohaterowie, staje się w ten sposób niejako odwzorowaniem ich świata wewnętrznego – a ta podwójność okazuje się w perspektywie komiksu awersem i rewersem tej samej monety: przeświadczenia o z gruntu negatywnym charakterze rzeczywistości.

Jedną z częściej wymienianych zalet komiksu Rostockiej jest także jego „życiowość”, umiejętnie odwzorowany obraz rzeczywistości. Jeśli za takowe uznać wszelkie możliwe dysfunkcje trapiące współczesne rodziny, to owszem, komiks jest bardzo życiowy. Ale komiks – gdyby przypomnieć pewne oczywistości – to (po pierwsze) pewne medium, za pomocą którego (po drugie) opowiada się pewne historie, uwikłane – jak u Rostockiej – w jakieś problemy społeczne. Dlaczego znaczenie owych historii należy podkreślić? Choćby dlatego, że „Koniec lipca” to opowieść o dysfunkcjach rodzinnych ubrana w konwencję „tajemnicy” (lub – odkrywania jakichś tajemnic), gdzie głównym obiektem podejrzeń – obok sekretów fabularnych – staje się właśnie obraz rodziny. Można by zatem zadać podwójne pytanie: w jaki sposób Rostocka wykorzystuje uwzględnione w komiksie motywy do prowadzenia narracji i budowania całej historii, a także jak autorka komplikuje przedstawiane przez siebie problemy i co z tego wynika? Niestety odpowiedź jest w tym przypadku rozczarowująca, bo na pytania „jak?” i „co?” moglibyśmy skrótowo odpowiedzieć: nijak i nic.

Kiedy przeczytałam ostatnie zdanie, zobaczyłam ostatnią planszę, a następnie zamknęłam komiks, poczułam się oszukana. I nawet nie chodzi o to, że obiecano mi coś innego albo że nie tego się spodziewałam. Chodzi o ogólną nijakość wyzierającą z tego komiksu. Po co autorka pokazuje rodzinne dysfunkcje? Po to, aby udowodnić, jak toksyczne potrafią być relacje między członkami rodziny (i szerzej – między ludźmi). Skąd wynikają takie relacje? Z toksycznych więzi. Do czego prowadzą? Do pogłębiania dysfunkcji. Podstawowy kłopot polega zatem na tym, że Rostocka nieustannie porusza się po powierzchni problemów, a praktykowanie takiego podejścia prowadzi do tautologizowania samych motywów i przekazu. Jednak ów kłopot wynika z czegoś głębszego. W komiksie znajdziemy całą paletę tematów i wątków, które niejednokrotnie problematyzowane były przez opowieści filmowe czy literackie: postaci toksycznych matek, figury nieobecnego męża lub ojca, rozmaite formy przemocy symbolicznej na linii rodzic–dziecko, formy afektywnych zależności i uzależnień i tak dalej. Im więcej takich wątków, tym silniejsze poczucie beznadziejności komiksowego świata, ale też – tym mocniejsze wrażenie, że Rostocka wpadła w pułapkę kolekcjonowania i sumowania kolejnych negatywnych wariantów relacji międzyludzkich, a nie ich sproblematyzowania. Zamiast zatem wskazywać na uwarunkowania takich toksycznych relacji, badać zależności między kolejnymi piętrami dysfunkcji, skupiać się na wybranych problemach – a zalążków do takich analiz mamy w komiksie mnóstwo: od problemów międzypokoleniowej komunikacji po kwestie budowania więzi jako formy upodrzędnienia – autorka ucina wątki w najbardziej newralgicznych i najbardziej interesujących miejscach. I właśnie dlatego w czasie lektury komiksu nieustannie towarzyszy nam poczucie sunięcia po powierzchni i nijakości. Kłopot polega bowiem nie na tym, że Rostocka porusza poszczególne problemy, ale na tym, że nie mówi nam nic, o czym nie wiedzieliśmy wcześniej.

Przedstawienie kwestii społecznych niejako w formie pulpy niepowiązanych ze sobą i niepogłębionych porządków ujawnia jednak mimochodem kolejną słabość komiksu – tym razem techniczną. Podobnie jak owe kwestie funkcjonują tu bowiem elementy konstrukcyjne. Doskonale widać to choćby na przykładzie zakończenia. Gdyby zaufać blurbowi, to moglibyśmy się spodziewać, że ów wyczekiwany moment kulminacyjny sprawi, iż „już nic nie będzie takie samo”. Jeśli dodatkowo zaufać rozsianym w komiksie wątkom „tajemnicy”, ale także uwzględnić problemy społeczne poruszane przez Rostocką, moglibyśmy oczekiwać, że będzie to zdarzenie, które spowoduje jakąś reorganizację świata przedstawionego, pozwoli na zrekomponowanie nagromadzonych emocji i napięć (tych czytelniczych, ale i tych w bohaterach komiksu) czy też wywróci dotychczasowy status quo (lub przynajmniej rzuci mu wyzwanie). Gdyby wreszcie założyć, że komiks zachowuje pewien porządek konstrukcyjny, to powinniśmy się spodziewać, że ów punkt będzie konsekwencją tego, co autorka zarysowała na przestrzeni całej historii – zarówno na planie akcji właściwej, jak i wspomnień, niewidocznej dla nas przeszłości, przywoływanej przez postaci.

Tymczasem – jak wspomniałam – na poziomie społecznego status quo nie wydarza się w komiksie nic, zatem i zakończenie nie staje się tu wyjątkiem. Podobnie dzieje się w warstwie komiksowej historii. Punkt kulminacyjny nie zmienia niczego – wydarzenie nie ma żadnego wpływu na losy którejkolwiek postaci – a co gorsza, nie ma również żadnego związku z wydarzeniami wcześniejszymi bądź decyzjami, emocjami czy poglądami bohaterów. W skrócie: bierze się znikąd i służy niczemu. Ale właśnie w tym miejscu doskonale widać zasadnicze braki warsztatowe Rostowskiej. Nie chodzi już tylko o to, że autorka nie potrafi zbudować narracji, która będzie frapująca, ciekawa, wciągająca. Chodzi o podstawową nieumiejętność konstrukcyjnego zaplanowania opowieści: autorka buduje bowiem całą historię jako zlepek pojedynczych scen, obrazów, wątków, między którymi trudno znaleźć jakieś naturalne i sensowne powiązania, nie wspominając już o jakiejś logice czy porządku przyczynowo-skutkowym. Innymi słowy: dostajemy zbiór luźnych elementów, które Rostowska nieco na siłę i bez pomysłu fastryguje, ale w czasie lektury częściej zatrzymujemy się na owych szwach i sztucznych łączeniach, niż poruszamy się zgodnie z rytmem samej historii.

Nie pomaga również fakt, że wraz z biegiem historii trudno jest nam nawiązać więź z bohaterami. Można by wręcz powiedzieć, że ich konstrukcja kumuluje w sobie dwa wyżej wspomniane problemy. Z jednej strony postaci stają się poniekąd „zbiornikami” na rozmaite rodzinne dysfunkcje. Ulepione z gotowych cech i negatywnych więzi –  bycia absolutnie autoryratywnym lub uległym, surowym lub naiwnym i tak dalej – zostają niejako wykładnikami toksycznych relacji, a nie pełnoprawnymi bohaterami z krwi i kości. Z drugiej strony ich historie opowiedziane w nieporadny sposób sprawiają, że sami bohaterowie i ich losy wydają się tak samo sztuczne jak cała warstwa narracyjna. Im silniej ową sztuczność odczuwamy, tym trudniej towarzyszyć im w kolejnych wydarzeniach, a im dłużej próbujemy to robić, tym bardziej przypominają nam oni jedynie ruchome, „dysfunkcyjne” pionki. Dlatego ich nieprzyjemna sytuacja życiowa nie jest w jakikolwiek sposób przejmująca, a potencjalne przyszłe wybory nie budzą ciekawości. Nie jest to więc komiks, od którego „trudno się oderwać”, bo ani historia, ani los bohaterów niewiele nas obchodzą.

„Koniec lipca” nie jest komiksem złym czy całkowicie nieudanym, raczej komiksem o niewykorzystanym potencjale. Widząc, jakim warsztatem – zarówno na gruncie obrazu, jak i prowadzenia uważnych obserwacji i portretowania ludzkich relacji – operuje autorka, można odczuć zawód sposobem poprowadzenia historii. Bo „Koniec lipca” naprawdę mógł być jeśli nie najlepszym, to przynajmniej jednym z najlepszych polskich albumów tego roku. Zamiast tego jest jednym z większych rozczarowań.

 

Maria Rostocka „Koniec lipca”
Kultura Gniewu

Warszawa 2020

_________________________________

[1] Ostatecznie komiks zdobył tytuł Najlepszego Polskiego Komiksu Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.