Archiwum
08.07.2013

Wielkie napięcie, jeszcze większe zmęczenie

Wojciech Nowacki
Muzyka

Nikt tego oficjalnie nie proklamował, ale rok 2013 już jest rokiem wielkich powrotów. David Bowie niespodziewanie wydał singiel i zapowiedział album, o którym nikt niczego nie wiedział. My Bloody Valentine nagle upublicznili płytę przygotowywaną niemal 20 lat. The Knife podgrzewali atmosferę, w przypadku zaś Queens of the Stone Age długie przerwy między albumami są akurat normą. Ale to Daft Punk od lat towarzyszyło największe napięcie fanów i mediów chciwie spijających każdą plotkę o nowym albumie.

Guy-Manuel de Homem-Christo i Thomas Bangalter zdefiniowali brzmienie French house’u drugiej połowy lat 90. Zręczny miks space-rocka i funku, flirtujący z euro-dancem bazował na house’owej fali tamtej dekady. Charakterystyczne brzmienie, bezwstydna przebojowość i spójny wizerunek wysunęły Daft Punk na czoło gwiazd elektroniki. Duet jednak zamilkł na długie lata, lecz stopniowo stawało się oczywiste, że i w XXI wieku rośnie zapotrzebowanie na nowy materiał od Daft Punk. Nie zaspokoiła go bynajmniej ścieżka dźwiękowa do filmu „Tron”, a muzyczna blogosfera coraz częściej była karmiona plotkami o nowym albumie.

„Get Lucky” sprawdził się jako singiel w stopniu niebywałym. W sieciach społecznościowych zaroiło się od linków, nastąpił wysyp kolejnych wersji i coverów, brzmiących zasadniczo równie udanie jak oryginał, co świadczy o kompozycyjnej zręczności tego utworu. Trzeba jednak przyznać, że poza chwytliwością nie prezentuje on w zasadzie niczego oryginalnego i z łatwością można wskazać piosenki bardziej przebojowe, choć nie firmowane nazwą legendarnego wykonawcy. Jednak w skali całego albumu „Random Access Memories” jest to i tak utwór najlepszy.

Wokal Pharrella Williamsa pojawia się jeszcze w „Lose Yourself to Dance”, niewyróżniającym się niczym spośród szeregu niemal identycznych utworów. Kolejny gość, Julian Casablancas z The Strokes śpiewający w „Instant Crush”, również nie ma wielkiego pola do popisu, jego głos brzmi równie bezpłciowo i sztucznie, co typowe dla Daft Punk efekty vocoderowe.

Wraz z ośmiominutowym „Touch” z Paulem Williamsem kończy się cierpliwość słuchacza. Utrzymane w jednym tempie, bez kompozycyjnych fajerwerków, bliźniaczo do siebie podobne utwory po prostu nużą.

Choć w otwierającym płytę „Give Life Back To Music” rozpoznajemy od razu Daft Punk po kosmicznych efektach, syntetycznym wokalu i charakterystycznej funkowej gitarze, to „Fragments of Time” brzmi jak soft-rock rodem ze Złotych Przebojów. W zamierzeniu romantyczno-melancholijne piosenki sprawiają wrażenie próby zmęczonego knajpianego zespołu przygrywającego do obiadu. Wyjątkowo zaś irytującą pomyłką jest aspirujący do epickości „Giorgio by Moroder”.

Odrobinę wytchnienia przynosi orkiestrowy początek w „Beyond” oraz instrumentalny, niemal röyksoppowy „Motherboard”. Finałowy „Contact” to mocny finał słabej płyty, tuż przed nim znajdziemy jedyny pozytywny przykład  tego, jak Daft Punk odnajduje się w muzycznej współczesności. W „Doin’ It Right” pojawia się Panda Bear, czyli Noah Lennox z kultowego już Animal Collective. Druga połowa płyty może więc zaoferować coś ciekawszego niż zalewające ten album dźwiękowe mielizny.

Album odniósł już wielki sukces, niestety. Skala napięcia, zręczna reklama i kultowy szyld zapewniły mu już wysokie miejsce w rankingach. Ten słaby i wymęczony materiał przepadłby niewątpliwie, gdyby tylko zmienić w nim jedną rzecz – nazwę wykonawcy. Postawienie na większe wykorzystanie żywych instrumentów wcale nie jest złym pomysłem, gorzej, jeśli nie ma się pomysłu na ich wykorzystanie. Zabawnie zabrzmieć może zarzut o przeprodukowanie materiału, prawdą jest jednak, że obcując z tak kompozycyjnie nijakim albumem praktycznie nie ma czego przeprodukowywać.

Daft Punk, „Random Access Memories”
Columbia
2013

alt