Archiwum
03.01.2011

Wesele Amadeusza, przedślubna noc Figara

Kornelia Sobczak
Teatr

W spektaklu Warnera roi się od zwariowanego seksu, od pierwszej sceny po ostatnią, a namiętne, ocierające się o obscenę uściski i figle Figara i Zuzanny w otwierającej arii, na tle wymownie rozpościerających się na paździerzowej płycie rogów jelenia, zdają się nie pozostawiać złudzeń, jaki będzie duch i wymowa spektaklu.

„To utwór zwariowany i pełen seksu” – mówił (w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”) reżyser warszawskiej wersji „Wesela Figara” Keith Warner na kilka miesięcy przed premierą. I ta krótka wypowiedź służy za deklarację programową całej inscenizacji. Erotyka jest tu dosłownie wszędzie, niezależnie od jej fabularnego, psychologicznego czy jakiegokolwiek innego uprawomocnienia i uzasadnienia. Nie dziwi – choć z początku szokuje – fakt, że centymetr, za pomocą którego Figaro tradycyjnie dokonuje pomiarów przyszłej małżeńskiej sypialni, jest tu użyty do czynionych wspólnie z Zuzanną,  niewybrednych pomiarów jego przyrodzenia (wyliczanka dociera, przypomnijmy, do 43 centymetrów), które kończą się radosnym przewalaniem pary po małżeńskim łożu; że wszystkie postacie obściskują się we wszelkich uzasadnionych i nieuzasadnionych librettem konfiguracjach, z wykorzystaniem każdej scenicznej przestrzeni; że w scenie przebierania Cherubina (znakomita Anna Bernacka, znacznie słabsza Vernea Gunz) widzimy jego (jej) nagie plecy. W tym momencie spektaklu jednak jesteśmy już tak przyzwyczajeni do rozerotyzowanej atmosfery domu hrabiego Almawiwy, że „tylko” plecy Cherubina wydają się nam zachowawczym zatrzymaniem się w pół kroku. Nie dziwi także, że reżyser wyzyskał erotyczne napięcie wokół postaci Cherubina (którego postać jest zazwyczaj – jak zauważył niegdyś Piotr Kamiński –  odtwarzana przez najseksowniejszą dziewczynę na scenie) aż do metapoziomu homoerotyki – Cherubin jest tu ściskany, molestowany i wręcz miotany po scenie nie tylko przez mające do niego naturalną słabość postacie kobiece, ale także przez samego Hrabiego, zachowującego się wobec niego w sposób już nie tyle dwuznaczny, co właśnie dość płasko jednoznaczny.

Od początku mamy zatem do czynienia z komunikatem, iż będzie to Mozart zdjęty z piedestału, Mozart rubaszny, nieprzyzwoity i wieloznaczny erotycznie, Formanowski Amadeusz, który tak zniesmaczał Salieriego, i, sądząc po reakcjach widowni, także co bardziej konserwatywnych widzów warszawskiej opery. Owszem, „Wesele Figara” zostało napisane jako dzieło skandalizujące, czerpiące obficie z obyczajowej swobody i wzorców osobowych komedii dell`arte, w którym Mozart ujawnił się jako nieco figlarny, nieco rubaszny, niewinnie zdeprawowany. Rozbuchana seksualność adaptacji Warnera jednak zdaje się znosić wszelkie niuanse, anihilować subtelny dystans obyczajowej komedii wobec samej siebie i czynić z niej dość mało wyrafinowaną farsę, która swą erotyczną swobodą nie będzie i tak przecież wyważać otwartych drzwi seksualnego tabu w teatrze XXI wieku.

Ambiwalencji recepcyjnej dostarczają tu jednak nie tylko rozwiązania inscenizacyjne, ale także warstwa muzyczna spektaklu. Już od pierwszych taktów widzowie (czy raczej w tym momencie: słuchacze) przyzwyczajeni do klasycznych wykonań, mogli poczuć lekkie rozczarowanie efemerycznością i wątłością uwertury, zagranej (głównie z powodu liczebności operowej orkiestry) jakby na pół gwizdka, bez Mozartowskiej werwy, pasji i porywającego wigoru. Wrażenie niedosytu potęgował także ledwie słyszalny Figaro, którego partie należały niestety do najsłabszych w całym spektaklu. Niedostatki wokalne męskich protagonistów nadrabiały jednak z estetyczną nawiązką odtwórczynie ról kobiecych: wzruszająca, zwłaszcza w arii „Porgi amor…” Hrabina (Wioletta Chodowicz), a przede wszystkim fenomenalna Anna Bernacka w roli Cherubina – zdecydowanie najmocniejszy punkt całej inscenizacji. Zgodnie z duchem wykonawstwa zaordynowanym w warszawskiej operze pod rządami Mariusza Trelińskiego, wykonawcy nie tylko śpiewają, ale i grają, a przecież pretekstów do aktorskich popisów opera Mozarta dostarcza niemało. Keith Warner postanowił wyzyskać je wszystkie, a nawet dużo więcej, przy czym „aktorstwo” wykonawców przejawia się głównie w nieskoordynowanym przemierzaniu sceny we wszystkich kierunkach i wspomnianym już zachłannym obłapianiu pozostałych postaci.

Na spektakl Warnera można więc spojrzeć albo jak na metakpinę ze snobistycznych oczekiwań odbiorców kultury wysokiej zapominających o skandalizującym wydźwięku „Wesela …” i obnażającą ich estetyczną hipokryzję, albo jak na niesmaczną i nieudaną próbę udowodnienia „że po ponad 200 latach wciąż jego muzyka jest pełna życia” (Keith Warner). Jakby muzyka Mozarta nie broniła się sama, chociaż akurat obrona ta jest w warszawskiej inscenizacji mocno utrudniona, gdyż niestety pod względem muzycznym spektakl kuleje – od wspomnianego falstartu w uwerturze, poprzez niedomaganie wokalne Figara i pozostałych odtwórców ról męskich, dyrygencką galopadę niepomagającego solistom Rolanda Bőera, aż po… akustykę, która wypada nieoczekiwanie słabo, co może być konsekwencją wyboru drewnianych (paździerzowych? z płyty pilśniowej?) dekoracji. W ostatnim akcie rozgrywającym się, inaczej niż poprzednie, w fantasmagorycznej scenerii wielkiego drzewa-korzenia (przywodzącym na myśl po troszę „Labirynt Fauna” Guillerma del Toro, po trosze Tolkienowski – a raczej Jacksonowski – las Fangorn, a po troszę perypetie księżniczki Fantaghiro z włoskiej baśni filmowej z początku lat 90.) nijak niepasującym do Mozartowskiej komedii pomyłek, widzowie odczuwają już znużenie. Kolejni bohaterowie przemierzają drewniane stopnie ukrytych w drzewie drabin, zupełnie bez pomysłu rozgrywając fabularne nieporozumienia delpontowskiego libretta. A przecież nużyć Mozartem jest o wiele trudniej niż Mozartem bawić i może w tym właśnie tkwi siła Warnerowskiej adaptacji?

Wolfgang Amadeus Mozart, „Wesele Figara”
libretto: Lorenzo da Ponte wg Pierre`a Augustina Beaumarchais
dyrygent: Roland Bőer
reżyseria: Keith Warner
scenografia: Boris Kudlička
kostiumy: Nicky Shaw
asystenci reżysera: Neil Robinson, Amy Lane
kierownik Chóru: Bogdan Gola
światła: John Bishop
obsada: Karoly Szemeredy, Wioletta Chodowicz, Agnieszka Tomaszewska, Daniel Okulitch, Verena Gunz, Anne Marie Owens, Paweł Wunder, Borys Ławreniw, Dariusz Machej, Mieczysław Milun, Ingrida Gapova
premiera: 10.12.2010, Teatr Wielki Opera Narodowa, Warszawa

fot. Krzysztof Bieliński
http://www.bielinski.art.pl



W spektaklu Warnera roi się od zwariowanego seksu, od pierwszej sceny po ostatnią, a namiętne, ocierające się o obscenę uściski i figle Figara i Zuzanny w otwierającej arii, na tle wymownie rozpościerających się na paździerzowej płycie rogów jelenia, zdają się nie pozostawiać złudzeń, jaki będzie duch i wymowa spektaklu.