Archiwum
22.09.2015

„We will win”

Marcin Krasny
Sztuka

Marcin Krasny: Studiowałaś fotografię na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu oraz na wymianach studenckich w Nottingham i Szanghaju. Obecnie jednak częściej destruujesz zdjęcia, niż je wykonujesz. Jak doszłaś do tego momentu?
Diana Lelonek: To jest ewolucja. Nawet teraz, pracując na uczelni, zauważyłam u studentów chęć ucieczki od fotografii. Co do mnie, to nie jest tak, że wcześniej robiłam tylko zdjęcia. Na przykład mój dyplom licencjacki był instalacją. Później stwierdziłam, że chcę dokładniej zbadać czyste medium fotograficzne, poznać je jak najlepiej. Obecnie jestem na etapie, w którym najbardziej interesuje mnie działanie na bazie fotografii (na której się wychowałam i która jest mi bardzo bliska), wykorzystywanie jej nie jako celu, ale jako narzędzia – jako materiału do późniejszej obróbki, umiejscowienia w jakimś innym, szerszym kontekście wizualnym. Tak było na przykład z pracą „Tam i tak nic nie ma”, w której wraz z Markiem Kucharskim przerobiłam książkę Karola Darwina „O powstawaniu gatunków”. To był moment, w którym fotografia rzeczywiście okazała się niewystarczająca. Przywieźliśmy wtedy plik zdjęć z podróży i okazało się, że one nigdy nie powiedzą tego, o czym w trakcie tej podróży rozmawialiśmy i jaki kontekst chcieliśmy przedstawić. Fotografie posłużyły nam wtedy jako półprodukt do końcowej pracy, która ostatecznie stała się instalacją.

Dlaczego zajęłaś się właśnie teorią Darwina?
Teoria ewolucji wydała mi się interesująca, bo tłumaczyła, że niektóre gatunki, ale też rodzaje ludzi, są mniej rozwinięte. Stała się przez to – pośrednio – narzędziem politycznym w okresie XIX-wiecznej ekspansji terytorialnej. Stwierdziliśmy, że to wykorzystamy. Spasożytowaliśmy wydany w 1908 roku egzemplarz książki w taki sposób, że korektorem wykreśliliśmy z niego fragmenty tekstu. Powstała całkiem nowa treść. Zastosowaliśmy subiektywizację teorii naukowej. Chcieliśmy opowiedzieć o współczesnych ludziach, o naszych osobistych przemyśleniach. Było to też ilustrowane zdjęciami wykonanymi w czasie podróży. W nowym projekcie sposób myślenia o medium fotograficznym jest zbliżony do tamtego, bo wykorzystuję coś, co już istnieje – zdjęcia, które wycięłam z „Historii filozofii” Tatarkiewicza. Wybrałam podobizny filozofów, jak choćby Kartezjusza, którzy prezentowali treści najbardziej antropocentryczne, dające podwaliny pod bardzo silnie wpojone w zachodnie myślenie dualne podziały na ciało i umysł, naturę i kulturę. Zaczęłam się zastanawiać, jak pojmowanie świata według zasady antropocentrycznej rezonowało na historię Europy, jak to poczucie wyższości wpłynęło na nasze współistnienie nie tylko z innymi gatunkami, ale też z ludźmi. Założeniem projektu jest zdewaluowanie hierarchicznego, europocentrycznego sposobu konstruowania świata. Postanowiłam dokonać jego dekonstrukcji za pomocą mikroorganizmów, bo reprezentują one czystą formę życia, życia samego w sobie, życia materii ożywionej. Podział na dwa rodzaje ożywionej materii – zoebios – po raz pierwszy pojawił się w starożytnej Grecji. Zoe to właśnie ta biologiczna energia życiowa, witalność, w przeciwieństwie do samoświadomego życia, bios, utożsamianego głównie z życiem ludzkim, pojmowanym oczywiście jako to bardziej wartościowe. W moim projekcie próbuję zrównać te dwie strefy.

Sadzisz różne gatunki grzybów na portretach filozofów. Czy można powiedzieć, że ten gest wpisuje się w logikę zemsty? Czy używasz mikrobiologii jako symbolicznego oręża?
W pewnym sensie tak jest. Przejrzałam najbardziej znane książki, z których uczymy się historii filozofii, historii sztuki, historii świata, i wycięłam z nich indeksy nazwisk należących prawie wyłącznie do białych europejskich mężczyzn. Bo w centrum dominacji nie znajduje się cały nasz gatunek, ale wręcz konkretny człowiek. Wykorzystanie biologii też nie jest przypadkowe. Nurt biohakerstwa, w którym wykorzystuje się biotechnologię jest obecnie bardzo popularny w Stanach Zjednoczonych. Powstał jako reakcja na to, że wszystkie patenty z tej dziedziny posiada zaledwie kilka największych korporacji. Biohakerzy to piwniczni biologowie, którzy siedzą w jakichś garażach i półlegalnie hodują różne rzeczy i wdrażają patenty oddolnie, dzięki czemu uwalniają rynek biotechnologii. Podczas pracy nad tym projektem staliśmy się, wraz z moim współpracownikiem, trochę takimi biohakerami. Wynajęłam halę fabryczną, gdzie w domowych warunkach urządziliśmy laboratorium i przygotowaliśmy hodowle bakterii i grzybów. To narzędzie wydało mi się ciekawe: wykorzystać najmniejsze organizmy, które służą rozkładowi, do tego, żeby przedefiniować ten silny dualny podział charakterystyczny dla tradycji europejskiej. Niektóre z tych gatunków mają też specyficzne znaczenie. Biolog, z którym współpracuję przy tym projekcie – Jan Garstka, student biologii na UW – sprawdził historię niektórych z nich. Okazało się na przykład, że istnieje grzyb, który nazywa się Aspergillus niger, czyli „Czarnuch”. Został odkryty na początku XX wieku. Pomyślałam, że nawet nazwy naukowe są zdeterminowane przez konteksty historyczne i polityczne, dlatego niesamowicie ciekawe wydało mi się przestudiowanie biologii w takim kontekście. Nie jesteśmy samotną wyspą i każde działanie człowieka ma swoje konsekwencje w biosferze. Ekspansja terytorialna Europy wywołała nieodwracalne zmiany nie tylko w historii ludzkości. Weźmy chociażby znany przykład: bakterie przywiezione przez kolonizatorów spowodowały śmierć około 5 milionów Indian w Ameryce Północnej. Żadna wojna, tylko mikroorganizmy. To jest to, co mnie obecnie interesuje, biologia w kontekście historyczno-społecznym. Fascynująca wydaje mi się współpraca międzydyscyplinarna. Mój projekt jest tego próbą; chyba udaną, bo mamy z Jaśkiem trochę planów na kolejne realizacje.

Jak duże pole oddajesz naturalnym procesom?
Uczyłam się tego, jak funkcjonują kolonie grzybów i bakterii, jak żyją i rosną, i dopiero po pewnym czasie doceniłam to, jak same potrafią się rozwinąć. Na początku nimi manipulowałam, ale później stwierdziłam, że pozwolę im rozrastać się naturalnie. Z reguły działa to w ten sam sposób. Są trzy fazy: faza wzrostu, faza stabilizacji i faza upadku, która z reguły występuje szybko i nagle. Zaczęłam zatrzymywać hodowle w momencie optymalnym, czyli chwilę przed „upadkiem”. Ma to dla mnie symboliczne znaczenie. Z drugiej strony to właśnie wtedy struktury są najbardziej rozwinięte. Mogę to częściowo kontrolować dzięki temu, że wiem, jak dane organizmy się rozrastają i co z nich powstanie, choć nie mam nigdy stuprocentowej pewności. To się zmienia z godziny na godzinę.

Jaki efekt chciałaś uzyskać na początku, w wyniku manipulacji?
Na początku zachwyciłam się możliwością pisania za pomocą bakterii, zaczęłam układać nimi różne hasła, w taki sposób, jakby to one mówiły. Chciałam stworzyć wielki napis „We will win” bezpośrednio na ścianie galerii, ale okazało się to niemożliwe ze względu na przepisy Sanepidu. Później doceniłam to, jak rozrastają się same. Zastosowałam podstawowe techniki laboratoryjne i pozwoliłam im się rozrastać na pasożytowanych elementach zachodniej cywilizacji.

W jednej z pierwszych koncepcji zakładałaś udział innych żywych organizmów w procesie destrukcji. Chciałaś na przykład wpuścić do galerii żywe papugi.
Z papug nigdy nie zrezygnowałam, ale pierwotny pomysł zakładał umieszczenie ich żywych w galerii. Później stwierdziłam, że jeżeli wypowiadam się przeciwko poczuciu wyższości wobec innych gatunków, to kiedy umieszczę żywe papugi na wystawie, bardzo mocno je zdominuję, zaprzeczając w ten sposób samej sobie. Chcę, żeby ta wystawa miała jednak dwie warstwy: z jednej strony występowała przeciwko antropocentryzmowi, a z drugiej wyrażała lęk przed odchodzącą siłą i władzą, jaką ma zachodnia cywilizacja europejska. I to właśnie dlatego zainteresowałam się tymi papugami. Gatunek Aleksandretta obrożna, przywożony do Europy jako zwierzę ozdobne z Bliskiego Wschodu, Azji i Afryki Północnej już w czasach kolonialnych, po pewnym czasie zaczął funkcjonować na wolności. Uciekające z domów papugi nie ginęły, lecz przystosowywały się do nowych warunków. Obecnie w Anglii jest około 50 tysięcy takich papug żyjących na wolności, tak samo we Francji, Belgii i Holandii. Ptaki te należą do tak zwanych gatunków inwazyjnych, czyli organizmów, które przywiezione z innych stron świata stają się zagrożeniem dla rodzimego środowiska. Powstała nawet cała organizacja w Unii Europejskiej zajmująca się ochroną granic przed napływem tego typu gatunków roślin i zwierząt. Taki Frontex dedykowany innym gatunkom. Zobaczyłam w tym analogię: lęk przed emigrantami w postaci roślin i zwierząt oraz plany ochrony granic przed ich napływem; jest to strach przed egzotycznym obcym analogiczny do tego, który pojawia się wobec ludzkich imigrantów. Stąd właśnie na wystawie miała pojawić się papuga. Pierwotnie egzotyczna ciekawostka, atrakcja i obiekt badawczy – obecnie potencjalne zagrożenie, z którym próbuje się walczyć. Ostatecznie zdecydowałam się motywowi inwazji papug poświęcić osobny projekt, który zacznę realizować od października.

Teraz zajmujesz się bardziej bio artem niż fotografią. Czy będziesz jeszcze wykonywać zdjęcia?
Cały czas je robię. Wszystkie moje obecne działania w laboratorium dokumentuję za pomocą fotografii, bo nie wszystkie żyjące hodowle da się przedstawić w sposób inny niż za pomocą dokumentacji fotograficznej. Powstał oddzielny cykl zdjęć pokazujący obiekty, których się nie da zachować. To nie są tylko fotografie mające wartość dokumentacji, stanowią one autonomiczne obrazy. Dzięki zastosowaniu technologii fotografii zarejestrowany za jej pomocą proces zarastania, przejmowania wizerunków przez grzyby, zyskuje nowy wymiar wizualny i nie tylko, siła oddziaływania tych obrazów jest inna niż samych obiektów. Przez przeskalowanie samego grzyba staje się on jeszcze bardziej dominujący, przytłaczający. Nie zamierzam odchodzić od fotografii. Manipuluję nią. Ona ewoluuje, ale cały czas leży u podstawy moich działań.
Ostatnio pytano mnie o to, jak widzę ewolucję medium fotograficznego, dokąd ono zmierza. Myślę, że coraz bardziej istotne są te działania, gdzie fotografia przekracza klasyczną formę płaskiego wydruku i zaczyna funkcjonować jako instalacja. To było widoczne na tegorocznej wystawie ReGeneration 3 w Lozannie, gdzie organizatorzy położyli nacisk na intermedialność fotografii. Natomiast co do tego, czy to, co robię obecnie, to bio art, to wydaje mi się, że nie do końca, przynajmniej nie w znaczeniu takim, jak to funkcjonowało w pierwszym wydaniu, kiedy bio art był ukazaniem pewnych możliwości i narzędzi technologicznych. Prace z pierwszej fazy bio artu – te wszystkie wyhodowane uszy, świecące króliki i inne – wynikały z zachłyśnięcia się biotechnologią i były ukazaniem nadchodzących zmian epoki technokratycznej. Z drugiej strony wydaje mi się, że współczesne działania oparte na wykorzystywaniu materii żywej funkcjonują trochę inaczej, wykorzystują to medium jako narzędzie. Ważniejsze są znaczenia, które się w związku z tym rodzą. W wypadku mojego projektu najważniejsze jest to, co zostało zniszczone.

Pełna wersja rozmowy, wraz z dokumentacją wystawy, ukaże się w „Czasie Kultury” 3/2015

fot. Diana Lelonek

alt