05 sierpnia 2016
alt

W oczekiwaniu na skrzydła

„Wróble” otwiera ujęcie pokazujące symetryczne wnętrze kościoła i jego nieskazitelną biel. W środek harmonijnego obrazu, zgodnie z renesansową wizją, wpisany jest człowiek. To obdarzony anielskim głosem szesnastoletni Ari (Atli Oskar Fjalarsson), który właśnie występuje z chórem podczas świątecznego koncertu. Życie Ariego jest jednak dalekie od wzniosłości jego śpiewu i doskonałości sakralnej budowli. Jego matka postanowiła wyjechać do Afryki, przez co Ari musi zamieszkać z nadużywającym alkoholu ojcem (Ingvar Eggert Sigurðsson), z którym nie miał kontaktu przez ostatnie sześć lat. Trudnym relacjom z rodzicem towarzyszą typowe trudy dojrzewania: nowe przyjaźnie i antypatie oraz pierwsze zauroczenie. Wybranką bohatera jest jego przyjaciółka z dzieciństwa, Lára (Rakel Björk Björnsdóttir), która, niefortunnie dla niego, ma bardzo zazdrosnego chłopaka. Jedynym wsparciem Ariego jest pogodna i wyrozumiała babcia, która rozumie go bez słów.

Jeśli prześledzi się tematy obecne we współczesnym kinie islandzkim, które zostało dostrzeżone poza granicami kraju, to właśnie dojrzewanie i relacje rodzinne stanowią główny temat większości produkcji. Tym, co wyróżnia obraz Rúnara Rúnarssona pośród wielu podobnych filmów, jest duża wrażliwość i umiejętność uchwycenia drobnych, ale niezwykle istotnych momentów w życiu bohatera. Reżyser z wyczuciem pokazuje dyskretne podglądanie się chłopaków podczas prysznica, subtelny uśmiech babci i wnuka podczas zwijania wełny czy demonstracyjne całowanie się nastolatków, które jednocześnie irytuje pozostałych członków grupy, a jednocześnie wzbudza ich szacunek.

Rúnarsson jest specjalistą w tworzeniu przygnębiających historii. W swoich krótkich metrażach: „Dwóch ptaszkach” i „Ostatniej farmie” udowodnił, że wystarczy mu piętnaście minut, aby całkowicie zawładnąć emocjami widza. W swoim pierwszym kinowym filmie, świetnie przyjętym na Nowych Horyzontach „Wulkanie”, do tej umiejętności dodał jeszcze sprawność tworzenia autentycznych i uniwersalnych historii o relacjach rodzinnych. „Wróble” miały potwierdzić pozycję Rúnarssona na rynku młodych europejskich reżyserów. Choć kolejne nagrody i opinie świadczą o dobrym przyjęciu filmu, to w moim odczuciu islandzki twórca zaniżył loty.

Wielu odbiorców porównuje kino Rúnarssona do twórczości Krzysztofa Kieślowskiego. Są to porównania trochę na wyrost, jednak można dopatrzeć się u reżysera „Wróbli” podobnej wyrazistości i intensywności emocji oraz chętnego łączenia patosu z prozą życia. We „Wróblach” mnogość trudnych, a nawet patologicznych zdarzeń, które spotykają bohatera, jest trudna do zniesienia. Rúnarsson pokazuje niektóre z nich w bardzo intymny, delikatny sposób, przez co w najgorszym scenach udaje się mu przemycić pierwiastek doniosłości i zwycięstwa wyższych humanistycznych wartości nad instynktem. Te cechy obecne były również w poprzednich produkcjach Islandczyka, więc można je uznać za charakterystyczne dla jego stylu. Niestety w przypadku „Wróbli” zamiast o stylistycznej konsekwencji należy mówić o odtwórczości.

Żeby wyrazić mój główny zarzut wobec filmu, muszę posłużyć się spoilerem, dlatego osoby, które nie oglądały filmu, proszę o ominięcie tego akapitu. Rúnarsson dokonał zabiegu, który dość rzadko zdarza się w kinie. Niemal w całości odtworzył we „Wróblach” swój krótki metraż „Dwa ptaszki” z 2008 roku. Zmiany pomiędzy wersją oryginalną a tą pokazaną w jego nowym filmie są naprawdę niewielkie, ograniczają się do strony łóżka, po której leży bohater i innych aktorów odgrywających pozostałe role, ponieważ, co najciekawsze, głównego bohatera w obu filmach gra Fjalarsson. Dialogi, forma oraz emocjonalny wyraz pozostały bez zmian. Biorąc pod uwagę fakt, że fabuła „Dwóch ptaszków” stanowi punkt kulminacyjny akcji „Wróbli” i ich najdotkliwszą pointę, można powiedzieć, że nowy film Rúnarssona nie jest niczym innym jak historią nadbudowaną do sytuacji przedstawionej w etiudzie. Sam zabieg nie jest niczym nowym, wiele krótkich metraży przerodziło się w pełnometrażowe dzieła. Produkcja zwyczajnie traci na wartości jako dopełnienie tak bolesnego i skończonego filmu jak „Dwa ptaszki”. Doklejenie sytuacji z poprzedniej produkcji pozbawiło ten obraz autentyzmu – nawarstwienie zbyt dużej liczby problemów i wątków „rozcieńczyło” przekaz i emocjonalną siłę filmu.

Rúnarsson zaliczył na swej drodze twórczej pierwsze potknięcie. „Wróble” są przejmującym i bardzo ciekawym obrazem, jednak osoba, która poznała esencjonalne krótkie metraże twórcy, może się poczuć jego drugim filmem kinowym wyłącznie rozczarowana.

„Wróble”
reż. Rúnar Rúnarsson
premiera: 29.07.2016

My się znamy?
27 maja 2020

My się znamy?

Łona to zdecydowanie jeden najciekawszych piosenkowych publicystów naszych czasów, jednocześnie ktoś, kto w swojej opowieści o Polsce bywał niesłychanie naiwny.
Drukowanie internetu
26 maja 2020

Drukowanie internetu

Książkowe zbiory internetowych artykułów mnie nie nęcą, bo wydają mi się niepotrzebne, choć przyjmuję ewentualność, że nie wszystko trzeba kwitować kategorią użyteczności.