Archiwum
09.02.2011

W imię ojca i córki

Adam Kruk
Film

Obraz Coenów jest rozkosznym marzeniem o „prawdziwej przygodzie”, które reżyserowie wyczarowują zarówno swoim bohaterom, jak i widzom.

14-letnią Mattie (Hailee Steinfeld) poznajemy już jako półsierotę. Jej ojca zastrzelił i obrabował niejaki Tom Cheney (Josh Brolin), pijak i zbir, który uciekł z dziką bandą na indiańskie terytoria stanu Arkansas. Prawo tam nie działa, chyba, że się posmaruje. Rezolutna Mattie, nie mając zbyt dobrego zdania o zaradności matki, sama mianuje się głową rodziny i zatrudnia starego szeryfa „Roostera” Cogburna (rewelacyjny Jeff Bridges), by złapał i powiesił oprawcę ojca. Nie jest się mądrym w czternastej wiośnie, więc Mattie dołącza do pogoni by dopilnować, że Cheneya nie pojmie gapowaty LaBoeuf (Matt Damon), chcący ukarać złoczyńcę na terenie Teksasu, gdzie czekałaby go nagroda pieniężna. I tu zaczyna się dla dziewczynki przygoda życia, która jednak kosztować ją będzie więcej, niż zaproponowała szeryfowi za jego usługi.

Na remake’ach poległo już wielu, także największych mistrzów kina. Kto pamięta chociażby „Psychola” Gusa Van Santa, próbującego na nowo opowiedzieć „Psychozę” Alfreda Hitchcocka, ten jak najszybciej chce o nim zapomnieć. Do dziś niezrozumiałym jest też, dlaczego Michael Haneke powielił swoje „Funny Games”. Każdy remake jest hołdem dla oryginalnego dzieła, ale do sukcesu konieczna jest transakcentacja. Coenowie stosują ją bardzo subtelnie. Michał Walkiewicz pisał w Filmwebie, że sukces „Prawdziwe męstwo” zawdzięcza kontaminacji tradycji westernu i antywesternu. Trudno dziś zachowywać się jakby nigdy nie było Sama Peckinpaha czy Artura Penna, ale to, co wydawało się antywesternem, tylko gatunek wzbogaciło –  nie ma więc już potrzeby, by go atakować. Coenowie znają przywary dzikich z Zachodu – widać to doskonale, kiedy szeryf Cogburn kopie młodego Indianina albo kiedy LaBoeuf spuszcza manto Mattie. „Prawdziwe męstwo” przyjmuje reguły gatunku, w którym Amerykanie wykuli swoje założycielskie mity, mając świadomość kostiumu, która jest w „Prawdziwym męstwie” kluczowa. Kowboje mogą być rozumiani jako dzisiejsi dziwacy i odludki, a tych Coenowie przecież lubią najbardziej.

Autorzy „Poważnego człowieka” kostium bardzo lubią i wielokrotnie pokazali, że potrafią ze smakiem stroić w niego swoich bohaterów i swoje rozważania. Zresztą kostium, co dobitnie pokazał Quentin Tarantino w „Bękartach wojny”, nie musi uwierać, można go traktować bardzo swobodnie. Ogarnięci indywidualizmem mieszkańcy pociętego na stany Południa walczą tu dopiero o to, by na miano społeczeństwa zasłużyć. Nie chodzi tylko o walkę dobra ze złem, ale bardziej prawa z bezprawiem, o narzucenie siatki reguł i zasad – zazwyczaj przez ludzi, którzy niejedno mają na sumieniu. Western jest tu kostiumem nawet nie tylko współczesnej Ameryki, ale każdego bytu, próbującego uzgodnić warunki umowy społecznej.  Iran czy Afganistan, podwórko czy rodzina.

Film Coenów opowiada zatem nie tylko o społeczeństwie, ale i małych, partykularnych grupach oraz najprostszych dwójkowych związkach międzyludzkich, i uwaga – czai się tu morał. Tylko w grupie można się doskonalić, przekraczać samego siebie. Podróż w górę drabiny moralnej odbywa się nie w imię ideałów (stróże prawa ścigają bandytę dla pieniędzy), ale by uzyskać piękniejszy obraz siebie w cudzych oczach. Chodzi o dobre imię, albo image, jak powiedziałoby się dzisiaj. Okazuje się, że są ludzie, są sytuacje, które potrafią wyciągnąć z nas najlepsze cechy, zmotywować, sprawić, że będziemy więksi, niż jesteśmy w rzeczywistości. Taką osobą jest Mattie, która motywuje szeryfa Cogburna, by przełamał swoje pijactwo i lenistwo. Obudzi w nim uczucia i zbliży do ideału Johna Wayne’a, który grał tę rolę w oryginalnym filmie Henry’ego Hathawaya z 1969 roku. Jej determinacja nie pozwoli też poddać się Strażnikowi Teksasu – obaj będą walczyć o względy dziewczyny. Nie jednak w sensie seksualnym, co taktownie potrafili pokazać twórcy (dziewczynka nie ma w sobie nic z Lolity), ale właśnie o obraz w jej oczach. Zakończenie pokazuje, że aż nadto im się powiodło – wywarli na niej piętno, którego nigdy z siebie nie zdejmie.

Prawdziwe męstwo okazuje się nie tylko umiejętnością dotrzymania obietnicy, ale i sposobem na uwiedzenie kobiety. Jest nim siła fizyczna, posługiwanie się bronią i koniem, stanowczość. Te wielokrotnie ośmieszone jako implant męskości, starodawne atrybuty nabierają u Coenów nowego blasku jako przedmiot kobiecego zainteresowania. Scenariusz oryginalnego filmu, od którego daleko nie odeszli, pisała Marguerite Roberts, autorka tekstu do „Ivanohe” i „W kręgu zła”, Coenowie dodali swoistego czarnego humoru, nie zmieniając głównych założeń. Uwypuklili tylko żeńską perspektywę (narratorką jest Mattie), nietypową dla westernu, który to, jak chce Maria Kornatowska, „dostarcza licznych przykładów kina podszytego homoseksualizmem, a to, co najistotniejsze w westernie: walka i lojalność, dzieje się między mężczyznami. Kobiety są zazwyczaj albo prostytutkami albo niedoścignionymi wzorami idealnych cnót”. W „Prawdziwym męstwie” jest inaczej – obserwujemy fantazmaty Mattie, które nie mogą znaleźć spełnienia, dlatego z czasem nabiorą jeszcze siły. Utrata ojca i okres dojrzewania splotą się w fascynację atrybutami męskości, które sama zapragnie posiąść.

W kończącym film utworze „Leaning on the Everlasting Arms” (słowa te nabierają zresztą podwójnego znaczenia), Iris DeMent śpiewa o bezpieczeństwie i słodyczy oparcia się na męskich (bóg, ojciec, kochanek?) ramionach. Obraz Coenów jest rozkosznym marzeniem o „prawdziwej przygodzie”, które reżyserowie wyczarowują zarówno swoim bohaterom, jak i  widzom. Wraz z napisami finałowymi okazuje się też hołdem dla utraconego fantazmatu „prawdziwego mężczyzny”.

„Prawdziwe męstwo”
reżyseria: Ethan Coen, Joel Coen
premiera polska: 11.02.2011
dystrybucja: UIP



Obraz Coenów jest rozkosznym marzeniem o „prawdziwej przygodzie”, które reżyserowie wyczarowują zarówno swoim bohaterom, jak i widzom.