Archiwum
26.08.2013

Uwolnić lekturę od historii

Piotr Filipkowski
Literatura

Warszawa jest gęsta od pamięci. Jej po-gettowa część jeszcze gęstsza od całej reszty. Tyle że do niedawna ta pamięć była słabo obecna – zasłonięta, przykryta, wyparta. Ostatnio się intensywniej odsłania. Jedną z takich odsłon, najbardziej pewnie spektakularną, jest otwarte w 70. w rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim Muzeum Historii Żydów Polskich, zbudowane w sercu dawnej dzielnicy zamkniętej, w miejscu siedziby Judenratu.

Muzeum, pomniki, tablice pamiątkowe, uroczystości rocznicowe to wszystko próby podtrzymania i utrwalenia tej pamięci, zakodowania jej w prostych i łatwych do przyswojenia i powielenia symbolach. Pamięć, o jakiej tu na razie mowa, mało ma jednak wspólnego z indywidualnym wspominaniem, z przypominaniem sobie własnych doświadczeń czy zdawaniem relacji z obserwowanych zdarzeń. To pamięć odpodmiotowiona, społecznie czy kulturowo zobiektywizowana. Podobna więc w tym do historii (w sensie historiografii, a nie przeszłości), która – mimo ciągle ponawianych prób (naukowej) emancypacji – od pamięci uwolnić się nie może. Ani tej zbiorowej, do której w pewien sposób, przynajmniej po części przynależy. Ani indywidualnej, bez której jej baza źródłowa skurczyłaby się niepomiernie.

Najnowsze dzieje polskiej – a także w Polsce dostępnej, czytanej, komentowanej –  historiografii Zagłady, w tym warszawskiego getta, dobrze pokazują związek historii z jedną i drugą pamięcią. W ostatnich kilkunastu latach stan historycznej wiedzy istotnie się zmienił, tak jak zmieniła się pamięć – ale i oparta na pamięci baza źródłowa. (Świetnie to widać na przykładzie nowego wydania monumentalnej pracy Barbary Engelking i Jacka Leociaka  „Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście. Wydanie drugie, zmienione, poprawione i rozszerzone”.) Jedna stymuluje i napędza drugą – a pytanie, która którą bardziej, jest pewnie nierozstrzygalne.

Siedemdziesiąta rocznica wybuchu powstania w warszawskim getcie stała się także okazją do kolejnego powrotu „Ciągle po kole” Anki Grupińskiej. Można to wznowienie widzieć pragmatycznie: dawno rozeszło się wydanie drugie tej książki, czy może być lepszy moment na trzecie jak okrągła rocznica wybuchu powstania, uświetniona otwarciem Muzeum Historii Żydów, którego logo widzimy na tylnej okładce? Jednak tak płasko widzieć, znaczy niewiele zobaczyć. Ta książka pasuje bowiem do rocznic i upamiętnień tylko na zasadzie kontrapunktu, wystawia je na ciężką próbę. Zapisane w niej indywidualne pamięci nijak nie dają się użyć na takie okazje. Nie tworzą wspólnej opowieści, nie niosą żadnego spójnego przesłania, nie bardzo dają się podsumować, momentami wchodzą w otwarty konflikt. Są zindywidualizowane, rozproszone – przez to do instrumentalnego wykorzystania w ramach jakichkolwiek pamięciowych polityk mało użyteczne. Nawet tych najbardziej, wydawałoby się, potrzebnych i słusznych.

Ale nie tylko zbiorowa pamięć i wzory rocznicowego upamiętniania wystawione są przez tę książkę na próbę. Także historia – jako względnie pewna wiedzy o przeszłości, ujęta w zwartą, spójną opowieść – zostaje tu poddana w wątpliwość. „Po kole”, pierwszy zapis rozmów Anki Grupińskiej w żołnierzami getta warszawskiego, ukazał się w 1991 roku. „Ciągle po kole” – zapis poszerzony o kolejne rozmowy, uzupełniony licznymi fotografiami i solidnymi historycznymi przypisami, wyszedł 9 lat później. W ważnym wstępie do drugiego wydania – a raczej drugiej książki, bo obie edycje istotnie się różniły – Paweł Szapiro zaliczył te opowieści do holokaustowej historii mówionej. Nazwał ją przy tym – jakby mimochodem, choć zapewne z rozmysłem – zupełnie inną historią niż historia pisana. Podstawowa różnica między nimi byłaby taka, że ta druga nie musi się liczyć z pamięcią pamiętających – podczas gdy ta pierwsza w oczywisty sposób jest na tej pamięci ustanowiona.

Powiedziałbym, że dziś – gdy czytamy nowe wydanie „Ciągle po kole” – ta inność historii mówionej odsłania się nam jeszcze wyraźniej, radykalizuje się. Nie każdej historii mówionej, a nawet nie każdej holokaustowej – ale takiej, jaką zapisuje i proponuje Anka Grupińska. Skąd ta różnica, skoro tegoroczne wydanie w tekście głównym niczym nie różni się od poprzedniego? Mówiąc najkrócej: z kontekstu. Dziś bowiem, inaczej niż przed kilkunastu i dwudziestu kilku laty – z powodów o których wyżej – znacznie śmielej możemy uwolnić lekturę zawartych w tej książce tekstów/rozmów od historycznych obowiązków, czy od historii po prostu: od dociekania „co”, „gdzie”, „kiedy” i „jak” wydarzyło się podczas powstania w warszawskim getcie. Oczywiście owo „co”, „gdzie”, „kiedy” i „jak” wypełnia znaczną część rozmów Grupińskiej z żydowskimi żołnierzami. Dopytuje ich przecież o te faktograficzne szczegóły, a oni odpowiadają. Albo próbują odpowiedzieć. Albo mówią, że nie potrafią, nie wiedzą, nie pamiętają. Albo – jak Marek Edelman – najważniejszy rozmówca autorki, że „to wszystko nie ma żadnego znaczenia…”.

Dla historyków specjalistów faktograficzne „to” nadal ma i pewnie długo jeszcze mieć będzie spore znaczenie. Tak gęsty i znaczący jak gettowy i powstaniowy świat – które tu nakładają się na siebie – rekonstruować można bez końca. To tylko kwestia gęstości opisu – oraz dostępności źródeł. Rozmowy z „Ciągle po kole” nadal mogą zresztą służyć za dobre źródła do takich rekonstrukcji (pod nieoczywistym warunkiem akceptacji takich retrospektywnych, „subiektywnych” opowieści w historycznym warsztacie).

Zachęcam jednak do innej lektury tych holokaustowych historii mówionych: bardziej podmiotowej niż przedmiotowej. To znaczy takiej, która mniej podąża za historycznym „co”, a skupia się bardziej na jednostkowym „kto” każdej z tych opowieści. Oraz na „jak”, które tę podmiotowość określa. „Ciągle po kole” to zapis rozmów z dziesięcioma wyjątkowymi osobami. Wyjątkowymi nie dlatego – a na pewno nie tylko dlatego – że byli dzielnymi żołnierzami (z) warszawskiego getta, bohaterskimi powstańcami.

Są wyjątkowi, bo przyszło im „doświadczyć” granic tego, czego w ogóle można po ludzku doświadczyć. I że przez całe życie zmagają się – a raczej zmagali, bo w większości już nie żyją – z nieusuwalną, nawet jeśli fragmentaryczną i kruchą, pamięcią tamtego ekstremum. I z poszukiwaniem języka, by tę pamięć i to doświadczenie wysłowić, ułożyć w opowieść, nadać im sens. Widzimy, że to są bardzo różne opowieści i bardzo różne sensy.

Każda z zapisanych tu opowieści ma wiele warstw, wiele poziomów. Jednak gdzieś na najniższym czy raczej najgłębszym poziomie wszystkie dotykają gettowego i powstaniowego dziania się. Dotykają, ale jakby tylko punktowo, znakowo, sygnalnie. To i tak bardzo wiele, najwięcej, jak możliwe. Bo dzianie się – zwłaszcza tak gęste jak tamto wtedy – jest w języku słabo uchwytne. Język przychodzi po wszystkim, gdy dzianie się ustaje (choć w jego trakcie jest często w intensywnym użyciu), porządkuje, na ile potrafi, na ile sił starczy jego użytkownikom, zaledwie zapamiętane resztki. Nic innego uchwycić nie może.

Ale to nie znaczy, że nic innego nie ma. Że doświadczenie nienazwane, niewysłowione, nawet niezapamiętane nie osadziło się gdzieś głęboko, nie zostawiło trwałego śladu. „Ciągle po kole” prowadzi nas gdzieś poza obrys tego, co nazwane, opowiedziane, zapisane. Pokazuje ślad niewysłowionego śladu. A także to, że wysłowić go w ludzkiej mowie nie sposób.

Rozmówcy Grupińskiej bardzo się różnią. Jako ludzie, to oczywiste, ale też jako pamiętający, opowiadający, interpretujący doświadczenia z powstania w getcie. Także doświadczenie tego powstania jako pewnej całości, zamkniętej przeszłości, historii. A mimo tych różnic, a nawet konfliktów i napięć – wokół spraw stamtąd albo późniejszych życiowych wyborów i postaw – mamy wrażenie, że tych niewielu ocaleńców łączy wspólnota doświadczenia. Przede wszystkim tego wprost niedostępnego, niewysłowionego, gdzieś głęboko osadzonego. Tego z poziomu tamtego, gettowego dziania się.

Tamto dzianie się było – tego też dowiadujemy się z „Ciągle po kole” – kłębowiskiem przypadków. Przypadków ostatecznych, rządzonych prostą, dwuwartościową logiką: zagłady albo przeżycia. „No przecież jestem!” – powtarza kilkukrotnie Luba Gawisar. I to jest może najbardziej radykalne – a przy tym najprostsze z możliwych – wysłowienie (wykrzyczenie?) metafizyki przypadku, z którą ta książka nas mądrze oswaja.

Historia mówiona, z jaką „Ciągle po kole” pozwala nam obcować – jeśli tylko zechcemy wytężyć wzrok i słuch – przestaje być tylko powstańcza, gettowa, holokaustowa. Staje się radykalnie egzystencjalna.

Anka Grupińska, „Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego”
Czarne
Wołowiec 2013

alt